
Chwalcie łąki umajone.
Znam takie miejsca, gdzie drzemią sarny i zające. Idę najciszej jak potrafię, niech się nie wystraszą.
Chwalcie góry i doliny zielone.
Patrzę jak słońce zachodzi za Dębową Górę. Żarząca się pomarańcza znika, w dolinę spływa chłodny zmierzch.
Chwalcie cieniste gaiki, cieszcie oczy subtelnym wdziękiem smukłych brzóz, odzianych w młode listki jak w koronkowe sukienki.
Źródła i kręte strumyki też majowo wychwalajcie, bo nadal płynie w nich woda, a nie smar, kwas i gnojowica.
Chwalcie piękno.
Póki wciąż jest co chwalić.
Spacerujcie, wąchajcie kwiatki, jedzcie stokrotki, bo nieźle smakują i jeszcze nie zawierają rtęci.
Niech pieści wasze uszy śpiew wilgi i słowika.
Jestem bardzo bogata, mając te skarby natury w zasięgu wzroku i słuchu.
Rodzaj bogactwa, który nie zna chciwości, nie boi się kradzieży, nie zniewala.
Piechotą przemierzam zaorane pola, zielone pagóry, zakola rzeczki. Towarzyszą mi dudki, bekasy i czaple. Nad głową mam skowronki, pod stopami świętą ziemię; trawę i piach.
Chodzę z energią, którą odczuwam tylko w maju: specyficzna lekkość i radosne zaciekawienie, jakby wszystko wydarzało się po raz pierwszy, chociaż właśnie obeszłam pięćdziesiąte któreś urodziny.
Idzie ze mną cień smutku, schładza mi serce, gdy napotykam kupę śmieci, butelek, zużytych opon.
To znak firmowy wiejskiego chama, traktującego ziemię jak śmietnik.
Większy smutek ogarnia mnie wraz z przeczuciem, że takie miejsca wkrótce przestaną istnieć.
Szmatławego rozumu i jeszcze podlejszego charakteru dorobkiewicz nie rozumie, jakie bogactwo zostało mu dane. Rajski ogród ogrodzi parkanem, wyłoży polbrukiem i zaprosi turystów z Warszawy, żeby sobie pospacerowali jak po Marszałkowskiej.
Nazywa się to „agroturystyką”.
Kiedy z podwórza usunie się środkiem chwastobójczym ostatnią trawkę, należy wymurować gigantyczny grill. Okolicznym rolnikom trzeba kazać nakryć folią pryzmy gnoju, żeby agroturyści się nie porzygali, grillując.
Łagroturystyka w betonie, też coś!
Ale tym, co mnie naprawdę przeraża są pomysły władz wszelakiego szczebla. Jak kraj długi i szeroki trwają urzędnicze tańce godowe – zanęcanie inwestorów, żeby zbudowali nam drugi Bangladesz. Każdą piękną krainę należy obowiązkowo do 2020 roku przemienić w cuchnącą zonę przemysłową.
To wcale nie jest problem socjoekonomiczny.
To jest studium psychopatologii, wystarczające na doktorat i habilitację.
Opisuję przypadek uśredniony, bez żadnych nazwisk czy funkcji; wszelkie podobieństwo do osób żyjących za pieniądze podatnika jest czysto przypadkowe.
Oto typowy mądrala na stołku urzędniczym, dającym jakąś władzę. Uważa, że osiągnął oświecenie, uzyskawszy jakiś dyplom (często metodą “kopiuj-wklej”), lecz tak naprawdę jest większym zagrożeniem dla cywilizacji białego człowieka niż AIDS, asteroida i dżihad razem wzięte.
Targają nim sprzeczne stany emocjonalne: poczucie niższości wobec „warszawki” i poczucie wyższości wobec ziomali.
Klasyczny koktail – mieszanina kompleksów, dręczących ambicji i powierzchownych, stereotypowych sądów na temat „sił napędowych światowego postępu”.
Wystarczająco elokwentny, żeby uwieść pożytecznych idiotów.
Miernikiem postępu jest dlań wysokość kominów, smog, hałas, tony odpadów, toksyczne ścieki i hektary hal przemysłowych.
Popatrzy światu w twarz bez kompleksów dopiero wtedy, kiedy zbuduje lokalne imperium.
Każdy z tych cynicznych karierowiczów coś po sobie zostawi: spartolone lotnisko, zimne termy, rozpadające się, zadłużone stadiony, niedokończone baseny, zdewastowane środowisko.
Cuchnąca zona przemysłowa przyniesie lokalnej społeczności takie same korzyści jak dżuma.
Młodzi wyjadą i więcej nie wrócą.
A mogłoby być inaczej!
Wystarczy pójść po rozum do głowy i skorzystać z gotowych doświadczeń, chociażby brytyjskich. Mając w zasięgu ręki czyste rzeki, unikalne krajobrazy, historyczne miejsca, leżąc na szlaku turystycznym można dostatnio żyć z wędrownych lemingów, spragnionych ciszy, zieleni i zapachu obornika.
Jasne, to mniej efektowne, niż obłąkana budowa jakiegoś „zagłębia rury”. Wabienie inwestorów jest łatwiejsze niż żmudna integracja i edukacja społeczna na wzór szkockich czy walijskich asocjacji turystycznych.
Ludzie musieliby nauczyć się współpracować i dbać o swoją krainę, zamiast ją dewastować tylko po to, żeby grupa nadętych bałwanów mogła przeciąć kolejną wstęgę.
Urzędnikom lokalnego szczebla, dotkniętym megalomanią polecam ciekawą i pouczającą lekturę, wydaną przez SGGW: Turystyczne funkcje obszarów wiejskich –praca zbiorowa pod redakcją naukową Izabelli Sikorskiej-Wolak.
Macie tam, dobrzy ludzie podane na tacy i dobrze uzasadnione odpowiedzi na wszelkie pytania o ekonomiczną wartość turystyki.
Infrastruktura została stworzona, wystarczy odrobina wolnej od korupcji woli.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 7 maja 2013 / nr19
Piękny psalm pochwalny.
I „piękna” analiza skłonności ludzi do samozagłady.
Cyt. „Wystarczy pójść po rozum do głowy i skorzystać z gotowych doświadczeń, chociażby brytyjskich.”
Jak to łatwo powiedzieć homo sapiensowi (człowiekowi myślącemu), a jak nieosiągalnym jest poziomem dla durniów (nie waham się użyć tego sformułowania) na górze. Niekoniecznie wyższego szczebla.
Nie twierdzę, że należy chodzić po rozum do własnej głowy. Ale wyobraź sobie, Rollins, że znam ludzi gotowych angażować się w rozmaite mądre i dobre przedsięwzięcia za pół, albo i za całe darmo. Zgadnij, czy ktoś jest w ogóle zainteresowany?
Zgadłeś:)
Bezwład, impotencja moralna z emocjonalną i mentalność syfiarza 🙁 Cechy rzadko wymieniane w cv a w sumie częstsze. To, co gównianego z rzadka to już tylko kupa.
A wszystko przebrane w porządne i drogie garnitury i okulary w oprawkach guczcziego.
Ja bym powiedziała śmiało, że został tu zaprezentowany typowy homo zgnilens.
Chwalcie łąki umajone 😀 to jedna z najpiękniejszych pieśni jakie powstały. Tu tak ładnie wpleciona. Szkoda, że homo zgnilens przeżyje to swoje życie i jednej nawet lekcji nie odrobi przy tej modlitwie.
Niedługo mój odzyskany niedawno fotograf wstawi piękna galerię o łąkach umajonych. Podzielimy się z Wami tymi obrazkami z naszego edenu.
I jeszcze jedno: Kay – Twój komentarz wpadł do spamu i niechcący został usunięty. Proszę prześlij jeszcze raz, dobrze?
o to i łon raz jeszcze a nóż się przyda „komuś”, zatem „taca” w pełnej krasie 😉 http://keekid.wne.sggw.pl/wp-content/uploads/2013/01/Turystyka-w-rozwoju-obszar%C3%B3w-wiejskich.pdf
próbowałem razy kilka….widocznie niedobrze xD czeakm na galerię łąkową ….jakem fan odzyskanego mistrza 🙂
i jeszcze słów kilka o felietonie, no tak się nie da żyć ni w mieście, ani na wsi…trzeba się zdecydować tak mówiła mać ma, nie wiedziała, że można żyć trochę tu i trochę tam taki współczesny Nomad polski, gatunek pojawiający się już w dawnej Polszcze ale skutecznie wypierany przez jedną z opcji jesteś z nami a jak nie z nami to przeciw nam. Widocznie po ojcu mem odziedziczyłem ów gen /memów nie przekazał był nie zdążył/ no i pomieszkuje trochę tu i trochę tam wśród łąk, pól i pierdzących koni/ mechanicznych bo w każdą sobotę na wsi mej pierdzą piły, kosiarki i inne cudeńka/ głośniej zatem jest niż w mieście mem . I mimo tego widzę zmiany zachodzące wśród ludzi nowego pokolenia coraz bardziej dbają nie tylko o t o co do płota ale i to co za nim też . To samo w mieście. Czasami w pochmurne dni wychodzi cały brud świata tego, opony, plastiki, zużyte agd, rtv i inne adhd, wychodzą i straszą zniechęcają, wrzeszczą ale nas to już nie rusza …świeci słońce majowe. trzyMAJcie się bracia i siostry, tylko nie za mocno, za tę skołowaną głowę 😉
Kiedyś miałam takie marzenie/plan który miałby szanse spełnienia, gdybym wygrała w lotto: chciałam nabyć starą a wielgachną chałupę na kołach, najlepiej z Hameryki, bo tam mają różne rozmiary king-size z rozkładaną werandą nawet. I tym zaprzęgiem chciałam przemierzać Jewropę, a nawet poza nią jeździć i tak po pół roku w jednym miejscu sobie mieszkać, pracować miotłą i szmatą i na polu i gdzie się da, w knajpie, w kostnicy (mam liczne umiejętności:)) na utrzymanie i dalszą podróż. Ja też mam geny tułacza, niestety nie mam genu ciułacza, więc kwestia zakupu hamerykańskiego wehikla to sprawa przegrana:)
wampirze plany, marzenia .tak to wszystko się zgadza wampir jako najwyższa forma ssacza…;) mnie o inny rodzaj nomadyzmu chodziło …dziękuję za te wszystkie prawdziwie i piękne teksty. wiem, że warto było w końcu Ciebie poczytać.dziękuję „czekoladowo” i czekam na więcej 🙂
Dziękuję, Kay.
Czekam na te łąki umajone 🙂
W Polsce w realizacji marzeń
(niekoniecznie jakichś wygórowanych) przeszkadza zawsze to samo, drożyzna i brak pieniędzy.
Ja też czekam. A Łysy ma inne priorytety: łąkę kosi:)
Mnie w realizacji marzeń przeszkadza zupełnie co innego, Rollins. Dysurzędia wrodzona i brak ambicji:)))
Aaaaaaa rozumiem, najpierw fotka zarośniętej łąki, a potem skoszonej, artystyczna wizja 😉