Nieuśmiechalność
Oto lista fantów, które można otrzymać w drodze wymiany za uśmiech:
Odwrócenie głowy w stronę przeciwną.
Zdziwione spojrzenie.
Połowa uśmiechu.
Zimne spojrzenie.
Puste spojrzenie.
Parsknięcie.
Podejrzliwe spojrzenie.
Wzruszenie ramion.
Ale nic nie przebije tego:
– I co tak wyszczerzasz tom morde!?
Kiedy wynurzyłam się z szoku, który mnie chlasnął w pysk jak kwas solny, musiałam zadać sobie to samo pytanie:
Czego wiecznie wyszczerzam tę mordę?
Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze babą z miasta, spędziłam krótki urlop na Mazurach. Włócząc się samotnie po polach i lasach, marzyłam o małym domku na odludziu.
Pewnego dnia w szczerym polu spotkałam starego człowieka.
Zbliżywszy się zdjął czapkę, skłonił głowę i pozdrowił mnie:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Wtedy jeszcze nie znałam właściwej odpowiedzi, ale wystarczyło mi przytomności by odkłonić się i rzec:
– Niech będzie!
Kontakt nasz trwał kilkanaście sekund, ale w mojej pamięci od trzydziestu lat jest tak samo żywy, jak w chwili spotkania. Było w nim bowiem więcej ludzkiego ciepła, niż w najbardziej ozdobnych pozdrowieniach.
Zostałam zauważona i rozpoznana, choć obca, ale swoja.
Od tamtej pory wiele się zmieniło.
Zostałam babą wiejską z wyboru.
Przybyło mi doświadczeń; w jednym zgłupiałam, w innym zmądrzałam.
Utyłam i schudłam.
Wzbogaciłam się i zbiedniałam.
Ale nigdy nie przestałam szukać spotkania z drugim człowiekiem, takiego, jakie przeżyłam wtedy na polu pod Biesalem: pełnego szacunku i ciepła, w swej istocie absolutnie zwyczajnego.
Normalności szukam.
Do normalności tęsknię boleśnie.
Na wszelki wypadek przestanę się jednak uśmiechać (wyszczerzać) do kogo popadnie. Moje wieczne zadowolenie staje się nie tylko niemodne, ale i podejrzane.
W czasach permanentnego niedosytu, codziennie podjudzanego reklamowym ścierwem, wyszczerzona w durnym uśmiechu morda może budzić nienawiść.
Kto jak kto, ale ja powinnam to rozumieć.
I rozumiem.
Tyle, że trudno mi przywyknąć. Do tego, że jeśli w dwudziestym pierwszym wieku człowiek obdarza uśmiechem bliźniego, to jest albo dewiantem, albo przedstawicielem handlowym.
Zatem w najlepszym razie taka roześmiana potwora wciśnie ci jakiś pakiet, od którego odsetki spłacać będą cztery pokolenia. W najgorszym zgwałci twojego psa i ukradnie samochód, lub na odwrót.
Często, boleśnie często tak się właśnie dzieje.
Ufność wobec bliźnich może być bardzo kosztowna.
Zauważę przy tej okazji, że psychologiczne narzędzia do mierzenia poziomu paranoi są kompletnie nieaktualne.
Weźmy typowe testowe zdanie: „Ludzie są mili tylko wtedy, kiedy mają w tym jakiś interes – prawda czy fałsz?”
Swego czasu twierdząca odpowiedź oznaczała pewien rodzaj zaburzeń osobowości.
Dziś oznacza… zdrowy rozsądek.
Mamy nieco inną normalność, toteż i norma się przesunęła.
Ludzie szczerze wierzą w spiski.
Autorytety, żal mi się ich robi, szukają wyjaśnienia, co jest z tymi ludźmi nie w porządku.
Nad czym tu się głowić?
Ludzie wierzą w spiski, ponieważ spiski istnieją.
Nie w ich chorych głowach, ale w rzeczywistości. I nie jest to kwestia wiary, tylko faktów.
Czasem – a to już uboczny skutek, zwany nieuprawnioną kwantyfikacją – teorie spiskowe rozlewają się na całokształt i powstaje taki „syndrom smoleński”.
Ale to nie jest żadna choroba, tylko zwykła przesada.
Dziś znacznie bezpieczniej jest być paranoikiem i na wszelki wypadek nie ufać niczyim uśmiechom. Wiedzą o tym doskonale ci, którzy dali się nabrać szemranym fundacjom, gdzie prezesi są głównymi beneficjentami „pomocy”.
Wiedzą dobrzy ludzie, którzy wpłacali pieniądze dla „chorej na raka Majki”, od lat żerującej na naiwnych internautach. Goliła nawet głowę, żeby bardziej rakowato wyglądać.
Tak, tak, zdecydowanie rozumiem, skąd w bliźnich tyle podejrzliwości i wrogoobronnej nieuśmiechalności.
Ale żal mi utraconego bezpowrotnie spontanicznego zaufania.
Normalności mi żal.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 30 kwietnia 2013 / nr18
tytuł brzmi jak „Nieprzysiadalność” Marcina eŚ.:))) O tym spotkanym „prawdziwku” na drodze z jezusowym pozdrowieniem piękna przypowieść….jeszcze takiego nie spotkałem ale tu na zachodzie to inna wieś …..kończę krótkie wynurzenie me, parafrazą „a mnie już tylko czystej toni żal….” serdeczności zasyłam 🙂
Oczywiście:)
Ja sobie dzisiaj nucę: Jestem w nastroju nieuśmiechalnym i wszystko równo trzniam… tralala
A tu nagle… ojej, patrzę a matrix nasz powszedni zmienia software, mrugam, sprawdzam, ale wciąż to widzę:
Jedzie traktor polną drogą. Na traktorze chłop. Z tyłu doczepiona metalowa klatka, w jakiej się wozi świnie na targ. A w klatce siedzi…
Osoba, która kazała mi przestać wyszczerzać mordę.
I w ten sposób wszyscy są na swoich miejscach:)
Oj, nieładnie Nowakowska, a gdzie bliźniej miłość?
Już to napisałam sama, tę słuszną i sprawiedliwą reprymendę za nieprzystojną, niechrześcijańską satysfakcję na widok bliźniej w świńskiej klatce. Nie musicie mi ucierać nochala. Chyba, że ktoś ma ochotę, to spoks.
Serdecznostki i wyszczerzenie!
Przeprowadź się Aniu na moją Ukrainę. Bieda tu aż piszczy, ale ludzie życzliwi i przyjaźni.
Tak, naturalnie.
A i domków w leśnych zaciszach pewnie też nie brakuje, bo ludzie stąd uciekają.
Życie w przyjaźni, na dłuższą metę, dla wielu jest nie do zniesienia 🙂
PS Oczywiście przy alkoholu to już tak niekoniecznie 😉
Przeprowadzić to nie, ale pojechać to byśmy całkiem chcieli, żeby robić zdjęcia i poznawać dobrych ludzi. Byle bez C2H5OH, bo wole się komunikować z substancją szarą drugiego człowieka, a nie z jego rdzeniem kręgowym:)))
hmm, chyba nie wiem, o co chodzi, poza tym, że u mnie, na rodzinnej Warmi o Kurpsiach mówią, że to wredne ludzie.
Uśmiechy, pozdrowienia, codzienne gadki ćwiczę z sąsiadami równo, a to Warszawa.
Do-Do w Warszawie to się już jest warszawiakiem, a to zobowiązuje:))
Zagadka na czwartek:
Pan i pani spędzili łikend w swoim domku na Kurpiach. Po powrocie do miasta zauważyli, jak bardzo są opaleni. Pan ma opalone kolana i czoło zaś pani kark i ramiona. Pytanie – co każde z nich robiło w czasie łikendu?
Ja to mam trochę przesrane.
Minę mam zawsze poważną. Nawet jak mam dobry humor, to i tak wyglądam jakbym miał zaraz zabić.
Nie lubię się uśmiechać do ludzi.
Nie lubię tak jawnie, fizycznie, bez powodu.
W ogóle rzadko kiedy wyrażam emocje.
A nawet kiedy staram się patrzeć na kogoś życzliwym wzrokiem, to… i tak wyglądam jakbym chciał go zabić 🙂
Muszę poćwiczyć… 🙂
Ma to też i swoje dobre strony – rzadko kiedy ktoś mi zawraca dupę pierdołami 🙂
Cyt. „Tyle, że trudno mi przywyknąć. Do tego, że jeśli w dwudziestym pierwszym wieku człowiek obdarza uśmiechem bliźniego, to jest albo dewiantem, albo przedstawicielem handlowym”
W Polsce jest jeszcze jeden powód: jeżeli ktoś jest uśmiechnięty, to jest zaraz podejrzewany o to, że coś spożył.
Miłego dnia Państwu życzę w ten przyjemny wiosenny/letni dzionek.
Jak ktoś tęskni za deszczem (ciepłym, letnim)
A ja zawsze wyglądam jak frajer. Ale tylko do pierwszej krwi:)
…a później jak wampir, czy rzeźnik? 😉
pan w okularach przeciw-słonecznych trzymał beczkę piwa na swym brzuchu więc w rzeczy samej kolana były mocno eksponowane wraz czołem wysokiem a jakże mondrem, natomiast pani hm….trzymała głowę w rzeczonej beczce, mocno ją opinając ramionami, prężąc przy tym kark swój co nie uszło uwadze słońcu łikendowemu. odpowiedź w wersji symbolicznej a la Malczewski, hm…dosłownie nie będę opisywał co mi przyszło do głowy …bo wyjdzie z tego Mleczko 😉
Ojej, wiedziałam, że zaraz będzie świntuszenie:)))
A pani tylko pieliła grządki.
Pan zaś – skąd Ty to wiedziałeś???? – piwko żłopał na leżaku.
Rollins, a pomnij na to, że kiedy łapią jakiegoś seryjnego mordercę, to zazwyczaj wygląda bardzo sympatycznie, sąsiedzi mówią „to taki miły człowiek”.
Więc to, że wyglądasz jak killer (lub gupicham) niczego Ci nie ujmuje:))
…ale czasem naprawdę jestem do kogoś przyjaźnie, sympatycznie usposobiony (głównie do lasek), patrzę… a on się mnie boi 😉
Na szczęście takie wrażenie trwa tylko dopóki się nie odezwę.
Swoją bezpośredniością i „pięknym” barytonem rozpraszam w mig lęki wszelakie… 🙂
Mnie prawie popchnęli pod samochód wysiadający z tego samego tramwaju trzej współcześni muszkieterowie- stanęłam ostatkiem sił na równych nogach i zamiast troglodyckiego sorry – usłyszałam od nażelowanego Portosa
-Co szczykasz tak tą mordom?
W samo południe w centrum, parę kroków od rynku.Mnie wiem którym kobietom na widok facetów opadają majtki. Mnie opadają tylko ręce. Jasne. Jasne nie wszyscy faceci są tacy. Ale jakoś tak bardziej się po takich przygodach damsko męskich człowiek przygląda, bo coś co ma siusiaka i jest wulgarne to nie od razu mężczyzna…
Właściwie nie wiem skąd owi muszkieterowie się wzięli. Skąd oni się biorą? Gdzieś ich może klonują i podrzucają, może teleportują skądś? Może tam skąd przybywają robią czystki IQ?
Dżo, a mnie się dziś ktoś odśmiechnął i akurat mogłam szerzej się wyszczerzyć swojom mordom.
Faceta nie poznaje się po siusiaku, tylko po głowie. Czy coś w niej ma, na przykład korę. Mózgową. Szarą. I po tym… no… po barytonie (ale nie sznapsbarytonie, tylko oryginalnym).
A tak to niekoniecznie facet, tylko mamunisyneczekślicznypitupitu rozwydrzony jak durny cap. I to jest nasza wina. Kobiet. Matek. Bo nie wymagają, tylko wielbią. Tandetna diagnoza, ale ma empirycznie podstawy:)))
Oj tak. Oj tak. MożeSyneczekNieRobićTegoMamusiaToZrobiZaSynusia i w podzięce, że taki ktoś łazi potem na świecie i trzeba za niego węgiel dźwigać, zakupy tachać, sprawy urzędowe załatwiać, przy garach stać i wychowanie dzieci brać na siebie, on odpowie za młodych lat „Jak będem duży, to się z mamusią ożeniem i to się jedno, tak czy owak, zawsze im spełnia.
Przynajmniej NH-muszkieterowie tak mają. Jajecznicę podaną jak po kibolowej ustawce do domu wrócą.
Jestem paskudną feministką, ale nie umiem udawać kogoś innego 🙁
R. Kapuściński. Biografia pisarza.
B. Nowacka, Z. Ziątek, str. 284-284
„Inne antidotum na choroby naszej cywilizacji odnajduje Kapuściński w uporczywie podejmowanych próbach nawiązania dialogu z Innym.
Reporter niestrudzenie przekonuje: że przyjacielska rozmowa jest lepszą alternatywą niż samotna egzystencja w odpersonalizowanej i zobojętniałej rzeczywistości. Ta idealistyczna postawa ma dla Kapuścińskiego bardzo osobisty wymiar. Pisze on: .Potrzebuję obecności drugiego
człowieka, bo potrzebuję promieniującej z niego energii, która mnie
wzmacnia; bliskość drugiego człowieka czyni mnie silniejszym”. Wagę tego przesłania ugruntowuje również ostatnia myśl zapisana w Lapi-
darium VI, to swoiste memento skierowane do czytelników: „Uśmiech jest potrzebą życia – człowiek, który się do nas uśmiecha, dodaje nam
sił i optymizmu, wzmacnia nasze poczucie bezpieczeństwa. Kiedy spotykamy kogoś nieznanego, jesteśmy mu wdzięczni, jeżeli się do nas
uśmiechnął. Ileż ta uśmiechnięta twarz daje nam przyjemności i zadowolenia”. Co chciał nam powiedzieć, zamykając swą ostatnią książkę tą
puentą? Może pragnął dać na koniec – jak powiada Kołakowski – kruchą antycypację znośniejszego życia na tym statku szaleńców.”
Cyt. „Jestem paskudną feministką, ale nie umiem udawać kogoś innego :(”
Nie przejmuj się Dżo-ann, w takim razie ja też jestem feministką ;), bo też nie lubię takich ciot.
Dziwię się takim matkom… Niektóre są pierdolnięte równo.
Synek ręce pracą nieskalane, nigdy w życiu nic nie robił, siedzi tylko i pije, bo nie ma co ze sobą zrobić (może i by się za coś wziął, ale za co, jak nic nie potrafi?), a mamusia „Nie wychodź nigdzie, siedź w domu”
I lata po piwo dla pupilka, bo przecież jak w domu pije, to… nic się nie stanie, nie będzie alkoholikiem itd.
No ręce opadają.
Pozdrawiam i miłego dnia życzę
http://www.youtube.com/watch?v=Qy_xmsm2LgI
PS A sprawy urzędowe, to faktycznie wolę jak ktoś za mnie załatwi 🙂 Po prostu nerwowo nie wytrzymuję 🙂
Bardzo dziękuję, ten cytat od Pablo nieźle mnie podniósł na duchu, czego i Wam życzę, Ludziska kochane.
Nie trzeba szukać sobie etykietek, żeby mieć jakąś opinię w danej sprawie. Mam na myśli „feministkę”, „demokratę”, „prawicowca” i temu podobne szuflady na ludzkie myśli.
Być „wolnej myśli”, nawet jeśli jest ona akurat spójna z myślą wroga, albo sprzeczna z myślą przyjaciela. A jeszcze lepiej – nie mieć ani wrogów, ani przyjaciół. Tylko różne bratnie dusze rozsiane po świecie całym…
Co do tych etykietek a razem z nimi potrzeby wejścia do jakiejś szuflady, to przypomina mi się to:
Lubię się kąpać w morzu o każdej porze roku. Za każdym razem, kiedy zdarzyło mi się komuś o tym powiedzieć, słyszałam odpowiedź, jakby wyskakiwała z zaprogramowanego robota:
– To zapisz się do Klubu Morsów.
Aż mnie to zaniepokoiło, że kąpiąc się zimą bez przynależności organizacyjnej mogę zostać… bo ja wiem.. aresztowana???
Miłej soboty!!!!
A idź z tymi Twoimi kąpielami. Wszyscy się gapią. Na grupę "Morsów" się nie gapią jak na idiotów, bo oni NALEŻĄ do klubu:))))
A czy jak człowiek kapię się w zimie, w wodzie, to nie może być właśnie wzięty za Morsa, a nie do aresztu?
Bycie Morsem zakłada zawsze i wszędzie wspólne przemieszczanie się po lądzie (w celu odbycia kapieli) i w wodzie :)?
Jeśli taki Mors nie jest tylko śmierdzącym obibokiem seksistą, który lubi grozić kobietom, że im przywali to nie mam nic przeciwko. Być „wolnej myśli” podoba mi się. Podoba mi się to sformułowanie niezwykle.
A co do facetów w urzędzie, gdzie siedzą głównie same urzędniczki to i tak tysiąc razy lepiej są(zwłaszcza jak są atrakcyjni… urzędniczki w mig zmieniają się ze wstrętnych zołz zawistnych o inne baby w kokietliwe siksy)tam traktowani. Nawet leniwi kanapowcy.
Mój profesor mawiał, że jest feministą. Pracował z kobietami, był bardzo inteligentny, więc wiedział jak się do pracy nastawić i co mówić. Lubiłam w nim chyba właśnie to, że był „wolnej myśli” i kobiecość nie oznaczała „szpilki na nogi, walizeczka na kółeczka, paznokietki różowe i nie ma gościa co, by nie spojrzał na mój tyłek”.
Ja zaś miałam takiego profesora na ówczesnym ATK (powtarzam to już setny raz, ale zawsze kogoś rozśmieszę), który – uważając, że mówi mi wielki komplement zwykł w uznaniu moich zasług dla logiki mawiać: „Pani ma iście męski umysł”.
Z całą powagą i namaszczeniem to mawiał, przyprawiając mnie o dreszcz grozy…
Ale tak po prawdzie to co Wy Laski byście bez nas zrobiły…? 🙂
Idę nie mogę tego słuchać/czytać 🙂
A cóż to za arcydzieło eksplodującej wolnej myśli, Rollins?????????????
Nie rozumiem pytania.