Tak, ale…
Przedstawiam wam Brzuchatego, bohatera pewnej smutnej opowieści. No wiecie, takiej bez happy endu.
I Bezradną, która z Brzuchatym nie ma, na pierwszy rzut oka, nic wspólnego.
Poza jednym: oboje grają w tę samą grę.
O, jest jeszcze Zadłużona. Jej historia też jest warta komentarza. Ona też gra.
Jeśli rozpoznasz siebie w którejś z postaci, to dobrze. Drugie dobrze, jeśli nie.
A może rozpoznasz istotę samej gry? Nadano jej nazwę TAK, ALE.
Nadał ją facet nazwiskiem Eric Berne, który lubił przyglądać się temu, co robią ludzie, gdy na pozór nic nie robią.
Swoje obserwacje posortował według klucza zwanego transakcją, czyli wymianą. A następnie opisał w książce pod tytułem W co grają ludzie.
Niestety, książka ta nie stała się obowiązkową lekturą szkolną.
(Tak, wiemy, że szkoła nie jest od nauki myślenia, tylko od tresury w zapamiętywaniu bzdetów i od ćwiczeń z posłuszeństwa wobec wszelkiej właaadzy.)
My to wiemy, ale mimo wszystko żałujemy, że ludzkość w swej przeważającej (ciemnej) masie nie ma gdzie się uczyć autorefleksji, wnioskowania i logiki w myśli, mowie i uczynku, a nawet (czemu nie?) w zaniedbaniu.
Bo gdyby ta ludzkość przyglądać się sobie refleksyjnie potrafiła, to Brzuchaty nie byłby taki brzuchaty. Nie poszedłby do lekarza w stanie bliskim zawału i nie odbyłaby się ta rozmowa:
– Panie doktorze, czy ja będę żył?
– Bardzo możliwe, że pan będziesz żył, ale jest kilka warunków do spełnienia. Dieta, codzienny spacer, regularne ćwiczenia i zażywanie leków…
– Tak, ale! – przerywa Brzuchaty. – Ja nie mam czasu na spacery i ćwiczenia, bo jestem bardzo zajęty. A o lekach to czasem zapominam, bo jestem roztargniony. Więc CO JA MAM ZROBIĆ?
No właśnie, co on ma zrobić?
A teraz przyjrzyjmy się Bezradnej. Poszła po radę:
– Mąż mnie od dwudziestu lat bije, poniża i traktuje jak niewolnicę. Co ja mam zrobić?
– Może pani zrobić to, to i tamto – odpowiada konsultant, oddany swojej misji niesienia pomocy. – Prawo daje pani takie i takie możliwości, taką i śmaką pomoc otrzyma pani tu i tam.
– Tak, ale! – odpowiada Bezradna po czterdziestu minutach kiwania głową. – Co ludzie powiedzą, jak własnego męża podam na policję? A rozwodu to ja nie planuję, bo może on się jednak zmieni. A do opieki nie pójdę, bo to wstyd. Ani na żadną obdukcję, bo mam daleko do lekarza. Więc CO JA MAM ZROBIĆ?
I Zadłużona, o tak, ona też w to gra.
I Skłócony Na Amen.
Oraz Wieczny Pechowiec.
Ich problemy są rozmaite, ale łączy ich umiłowanie gry w TAK, ALE. Wszyscy oni deklarują (i pod przysięgą potwierdzą), że chcą pomocy i ratunku.
Ale.
Niech ktoś coś zrobi, bo oni sami nie mają czasu, za bardzo się wstydzą, są jacy są i już się nie zmienią, i tak dalej na tę melodię. Refrenem obowiązkowym jest fraza: tak, ale.
Powtarzana z emfazą po każdej zwrotce z poradami.
Powtarzana z oburzeniem, albo z przygnębieniem, albo ze zniecierpliwieniem, że ten lekarz/psycholog/prawnik/pracownik socjalny jest taki głupi.
Fraza nieodmiennie kończy się pozornym pytaniem, które brzmi: To co ja mam zrobić.
Zawodowi pomagacze, zwłaszcza ci dotknięci wewnętrznym poczuciem misji, często dają się złapać na tę przynętę i zaczynają swój wywód od początku. Aby na zakończenie usłyszeć… tak, ale.
I tak przez lata całe.
Od czasu do czasu któremuś puszczą nerwy i warknie: A rób pan/pani, co chcesz, tylko z daleka ode mnie. Nazywa się to w fachowym żargonie wypaleniem zawodowym pomagacza.
Który następnie idzie do psychiatry, aby zapytać, CO MA ZROBIĆ. A otrzymując poradę, lek lub zestaw ćwiczeń do wykonania, odpowiada: TAK ALE…
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 27 listopada 2012 / nr48
A z ust mi, ze tak powiem, waćpani tego Berne’a wyjęłaś – bo całkiem ostatnio myślałam sobie o nim w kontekście gry, w która grywam z pasją – zbieranie głasków (zwanych lajkami) na fejsbuniu 🙂 I jest to jeden z głównych powodów, dla których (poza lenistwem) nie piszę bloga – fejsbuczek jest znacznie prostszy w obsłudze, a głaski przychodzą w czasie rzeczywistym. No, i nie ma hejterów i innych trolli, a tego bym nie zniosła.
W TAK, ALE też jestem niezła. Cóż ja bym bez TAK, ALE zrobiła? Pewnie wszystkie te rzeczy, których nie robię 🙂
Wkurzająca ta gra. Zbyt często słyszę te sakramentalne TAK, ALE 🙂
Do-do a znasz grę w DREWNIANĄ NOGĘ? To jest dopiero hard- core- game:))))
Gra w głaski jest o tyle niebezpieczna, że uzależnia szybciej niż gandzia i makiwara razem wzięte. Niech tylko znikną głaski, jazda w dół aż po ostatni krąg piekieł. Gdzie tylko płacz i zgrzytanie zębów…
Roma, ja bym wprowadziła taką formułę na ślubach: SAKRAMENTALNE TAK, ALE.
O ileż mniej nieszczęścia by było:)
I rozwodów mniej.
Znam, DREWNIANA NOGA to dopiero coś! Znam paru takich, którzy grają jednoczesnie (lub naprzemiennie) w TAK, ALE i w DREWNIANA NOGĘ. Do tego są Prawdziwymi Patriotami, dodam. Gdyby sobie grali na własny rachunek i z dala ode mnie, to spoko, ale, niestety, konsekwencje ponoszę ja. I nie mam tu na myśli ogólnego zjawiska, tylko konkretne osoby, które są moimi osobistymi wrzodami na dupie.
SAKRAMENTALNE TAK, ALE – :))))))))
Tak, gra w głaski jest bardzo niebezpieczna. Mówię to całkiem poważnie. Na szczęście jestem niezła w autogłaskach, więc raczej dostawy towaru mi nie zabraknie 🙂
Mam nadzieję, że przytoczone przypadki mają tylko uzmysłowić (niedomyślnym) na czym polega owa gra.
Bo tak naprawdę, to wszyscy Polacy (oprócz elit rządzących oczywiście) jesteśmy zmuszani grać w „Tak, Ale”.
Co najgorsze, to nikt nie ma szans zwyciężyć – tak elity ustaliły zasady gry.
Przepraszam, ale ja osobiście nie jestem przez nikogo zmuszona do gry w cokolwiek. Sama sobie gram. I chyba w inną grę.
Mieszkasz w innym kraju?
Czy po prostu nie wiesz, że grasz w tę grę?
PS Powiedziałem kiedyś „Uparte nieprzyjmowanie do wiadomości, że jest się niewolnikiem, nie uczyni z ciebie człowieka wolnego”
Uparte powtarzanie tej samej bzdury nie czyni z niej prawdy (wbrew pozorom). Ale nie martw się, Rolek, nawet mędrcom zdarza się pleść trzypotrzyparapiętnaście. Rozumiem, że masz gorszy dzień. Albo… grasz w KOPNIJ MNIE. Jeśli tak, włączam się do gry i zasadzam kopa w zadni tył.
Nie mam złego dnia.
Postaram się wytłumaczyć:
Twoja rozprawka jest o nieporadności ludzi niezaradnych (często leniwych, często niezbyt bystrych).
Teraz w kraju mamy sytuację taką, że czyni się nawet ludzi zaradnych (bystrych, rozsądnych) bezradnymi, czyli nieporadnymi.
Jednym słowem – z każdego czyni się nieporadnego.
Nie wiem, czy dobrze tłumaczę, ale tak to krótko wygląda.
A o tej swojej „złotej myśli” wspomniałem, bo mi tu po prostu pasuje, ale żeby nie być posądzonym o zaniki pamięci, nadmieniłem, że już to pisałem.
Capisci? 🙂
PS Czy może być inny tył, niż zadni? 😉
Ależ capisci, capisci, a co tu jest do nie capisci!
Tak, tył przedni jeszcze, oprócz zadniego istnieje. Już wyjaśniam, krótką rozprawkę na ten temat pisząc:
Tył zadni to ten, na którym pewien myśliwy siedział w siodle.
Tył przedni to ten, którego używał do czynności przypominającej myślenie.
Wydaje mi się, że tekst Ani nie jest o nieporadności tylko o pewnych mechanizmach psychologicznych czy jak tam je zwał, które powodują powielanie określonego wzorca zachowań. Wzorzec ten, patrząc obiektywnie, przynosi trwającej przy nim osobie negatywne rezultaty, ale wynagradza to szczególnego rodzaju korzyściami psychologicznymi, w skrócie: przegrana w życiu oznacza wygraną w grze. Taki wzorzec czyli gra nie jest rzeczą charakterystyczną jedynie dla ludzi niezaradnych czy leniwych lub niezbyt bystrych. Nie obejmuje również wyłącznie obszaru zaradności tzw. życiowej – w tę gę można grać w dziedzinie uczuć, związków oraz wielu innych aspektów życia. I nie ma to nic wspólnego z sytuacją w jakimkolwiek kraju.
Bardzo mądrze Pani Dorotko.
Wnioskuję to stąd, iż wiele z tego nie rozumiem 🙂
Można by tu długo rozważać. Miałbym sporo pytań. Sporo wiem do czego zmierzasz, sporo się domyślam, sporo nie rozumiem, jednak jakoś tak ogólnie, to mi się to w logiczną całość nie za bardzo chce układać.
Pewnie jakby się przeczytało tego Berne’a, to by się człowiekowi łatwiej było dogadać (bez słów), a tak, trzeba by zbyt wiele dyskutować, a przecież… nie jesteśmy u siebie, tylko „w gościnie” u Pani Ani 🙂
Nie chcę tego nadużywać 🙂
Pozdrawiam
A no właśnie. Dlatego napisałam, że żałuję, że książka ta jest praktycznie nieznana poza środowiskiem psycholi(ogów). Byłoby znacznie łatwiej nie tylko rozmawiać, ale jakże zabawnie obserwować innych i samego siebie:)
W gościnie u mnie wolno toczyć spory. Tylko osądzać siebie nawzajem nie pozwalam, ani obrażać. Obrażać i osądzać można wyłącznie gospodynię, czyli mnie.
Gdyby ktoś miał ochotę na lekturę – a naprawdę warto – to książka jest tutaj http://pl.scribd.com/doc/25966973/Eric-Berne-W-co-graj%C4%85-ludzie-Psychologia-stosunkow-mi%C4%99dzyludzkich-Ebook-PL
Pozdrawiam i życzę miłej (choć nie zawsze to będzie miłe) i zabawnej („Z czego się smiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”) lektury 🙂
Aniu uwielbiam Cię czytać! Jesteś The Best !
Pozdrawiam i przesyłam buziaczki :*
Miałem zapytać wcześniej, ale wyleciało mi z głowy (TAK miałem zapytać, ALE wyleciało mi z głowy 🙂 )
A co z tą Zadłużoną, bo dwa razy wspominasz, że jej historia warta komentarza, a w ogóle jej historii nie przytaczasz (czy mamy się domyślić? 😉 Co nie byłoby trudne)
Do Dorotki
A propos książki, to, żeby ją przeczytać, trzeba być zalogowanym na Facebooku?
Bo ja np nie chcę się tam logować
TAK, przeczytałbym książkę, ALE nie chcę się logować na Facebooku 🙂
Skąd ten pomysł z facebookiem? Nie trzeba się logować, książkę mozna przeczytać albo na tej stronie albo ściagnąć sobie plik. Żeby wejść na tę stronę, wystarczy kliknąć w link, który wkleiłam.
I naprawdę polecam.
A swoją drogą, tak mi się przypomniało, jak ta książka trafiła mi w ręce. Otóż dostałam ją od psychologa, który pracował jako kadrowiec, zwany specjalistą od human resources. Poznałam go przy okazji rozmowy kwalifikacyjnej, kiedy ubiegałam się o posadę sekretarki prezesa, w zamierzchłych czasach, jakoś tak na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Pan psycholog bardzo poważnie podchodził do swojej pracy, bo poddał mnie niezliczonym testom psychologicznym. Znalazłam się na czele krótkiej listy, po czym odbyła się rozmowa z prezesem. A właściwie – NIE odbyła się, bo kiedy stanęłam przed drzwiami gabinetu prezesa, pojęłam w ułamku sekundy, że ja wcale nie chcę tej pracy, a co więcej, w ogóle do niej się nie nadaję. I kiedy przestąpiłam próg gabinetu, potknęłam się o własne nogi, a następnie, łapiąc równowagę, przeleciałam lotem koszącym przez gabinet, zahaczając o stolik, by, razem z kawą i cukierniczką oraz coasteczkami wylądować na siedzącym w fotelu prezesie. Bardzo szczerze go przeprosiłam, a następnie oznajmiłam, ze ja własciwie to wcale nie chcę tej pracy i uciekłam. Za to z panem psychologiem się zaprzyjaźniliśmy i, wraz z wynikiem testów, dostałam od niego tę właśnie książkę 🙂
Żanetko najmilsza, a cóż to za akty strzeliste?????? No ja wiem, że jestem debeściasta, ale tak przy ludziach nie wypada….
A teraz powaga: miło Cie znowu spotkać w necie. Podziwiamy Twoje zdjęcia ze Szkocji!!
Ja też raz próbowałam zostać sekretarką. Padło na Jerzego Mellibrudę. Po kilku tygodniach orzekł to, co następuje:
Ty się nie nadajesz do tej pracy. Za każdym razem, kiedy podajesz mi rano kawę, ja czuję się winny.
Zagadka: kto grał w co i po co?
uściski dla Was, Ludziska wszelkie
Dorotko!
Faktycznie. Sorry, że zawracałem głowę. Tam są nawet działy itd. Gdy wszedłem na stronę, zjechałem na dół na pobierz i tam chcieli chyba, żebym się zalogował z Facebooka. Nie to, żebym był taki gapa, ale po co miałem namieszać, skoro po prostu mogłem zapytać (czego zresztą też nie lubię robić 🙂 )
Dzięki za ten link. Dzisiaj książki czytać nie zacznę, bo boksu co niemiara w nocy, ale od jutra pewnie zacznę.
A jak skończę, to dopiero pogadamy o tych tematach… Drżyjcie 🙂
Haha! Dobra ta Twoja historyjka z tym szukaniem posady sekretarki 🙂
Ja, gdybym był tym prezesem, to bym Ci tę pracę dał, a jeśli byś nie chciała, to wręcz bym poprosił 🙂
Mieć tak bystrą sekretarkę i w dodatku taką, która umie rozśmieszyć – skarb 🙂
Miłego weekendu wszystkim życzę (co nie znaczy, że mnie tu nie będzie przez ten czas)
PS Jezu! I pomyśleć, że ja w realu, to raczej jestem milczący 🙂
Ja bym sie na tę sekretarkę nadawała mniej więcej tak jak Ania 🙂 Choć byłam raz sekretarką, przez miesiąc, niedługo potem. Ale to na oddzielną historię 🙂