Ale o co chodzi?
Kogo by tu dziś obrazić? Może wszystkich? Albo inaczej, ja coś palnę, poczekam i zobaczę które nożyce narobią jazgotu.
Z drugiej strony – a po cholerę?
Im bardziej zakompleksiony głąb, tym większa obraza majestatu. Po co mi użerać się z głąbami i ich rozdętym ego?
Nie, dziś nikogo nie obrażę, będę łagodna i życzliwa, pełna zrozumienia, tolerancyjna i spolegliwa.
Ale do rzeczy, bo przynoszę dobrą nowinę.
Już piętnaście procent maturzystów oblało matematykę, a liczba ta, miejmy nadzieję, będzie rosła z każdym rokiem! To wspaniała wiadomość dla nas wszystkich, prawda? Ucho igielne matury jest tak obszerne, że całe stado wielbłądów przejdzie przez nie bez wysiłku, a zobaczcie, wciąż piętnastu na stu matołów po wieloletnich ćwiczeniach umysłu nie da rady wgramolić się na ten szczyt intelektualnego wyzwania.
Wyjaśniam to tak starannie, ponieważ jestem świadoma, że dla wielu słowo procent to jest to, co odróżnia piwo od wódki, a całka, to sześciopak plus jedno gratis.
Czasem zdarza mi się stawać w wielkim autorytecie i udzielać pomocy matematycznej ad hoc. Tak jak ostatnio w sklepie typu wiejski market, kiedy pewien – jeszcze trzeźwy i na oko przytomny – pan próbował wyliczyć, czy cztery i pół litra wódki żołądkowej gorzkiej (w jednej ogromnej butli) za czterysta złotych to opłacalny zakup, biorąc pod uwagę cenę półlitrówki luzem. Mordowały się nad tym potwornie skomplikowanym rachunkiem trzy ekspedientki, porzuciwszy ośmioro klientów, próbujących zapłacić za chleb. Po chwili dołączył do nich kierownik sklepu. I też nie dał rady. Raz im wychodziło, że warto się wysilić i dźwignąć tę butlę, a raz, że nie. Wszyscy trzymali w dłoniach telefony komórkowe, ustawione na funkcję kalkulatora.
Pomyślałam niewesoło, że pewnie wezwą na pomoc dyrektora sieci sklepów, a on, diabli nadali, aż w Warszawie. Cóż było czynić? Durna jestem i substancję szarą mam w zaniku, ale proste równanie wciąż potrafię rozwiązać.
Trzeba było widzieć to zdziwienie!
Miałam ochotę rzucić od niechcenia, że potrafię też czytać i pisać, ale przecież w to, to już nikt nie uwierzy. Nie na tym etapie budowania społeczeństwa szczęśliwych matołków.
Rzecz jasna, do idealnego stanu sporo nam jeszcze brakuje, ale administracja państwowa już pracuje nad projektem nowego systemu nauczania. Będzie luźno i bez dupościsków, nauczycieli zostanie niewielu, bo w razie czego lekcje poprowadzi nawet woźna. Z listy lektur znikną pozycje, które mogłyby wywołać jakiś niepokój lub próby podważania istniejącego porządku. Z programu historii pozostaną tylko fakty, które i tak są powszechnie znane, jak przepis na bimber 1410.
A matematyka? A po co komu matematyka? To nauka niebezpieczna i wywrotowa. Za jej pomocą można policzyć, że jeśli coś jest darmowe to płacisz więcej, niż gdybyś to kupił. Czasem dwa razy tyle. Matematyka dowodzi, że jeśli dziś żyjesz na kredyt, to jutro będziesz żył pod mostem. Matematyka uczy samodzielnego poszukiwania rozwiązań, czyli myślenia.
Myślenie zaś jest czynnością antyspołeczną i nieprzystosowaną.
Szkodzi zdrowiu. Powoduje depresję i zaburzenia trawienne.
Kiedy tak sobie myślisz i myślisz, może ci przyjść do łba, żeby zadać jakieś proste pytanie. Na przykład:
Ale o co chodzi?
Takim pytaniem można wywołać rewolucję! My zaś dążymy do stanu powszechnej szczęśliwości, którą gwarantuje pełna i niczym niezakłócona ignorancja. Niech nikt nie waży się wtykać nam palca w oko, krytykować, poddawać w wątpliwość! My chcemy bawić się świetnie, klaskać zbiorowo, gdy pada komenda burzliwe oklaski.
Oburzać się zbiorowo na hasło obrażają naszych.
I nie będziemy walczyć o nic, poza powszechnym i bezpłatnym dostępem do lobotomii.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 3 lipca 2012 / nr27
Zakładając cenę pół litra żołądkowej gorzkiej 22.00 zł (choć jest raczej niższa)
22 x 9 (tyle jest półlitrówek w czterech i pół litra)
zaokrąglając = 200 zł
Lubię się czasem „popisać” 😉
A żeby się jeszcze bardziej „popisać” dodam, że 200 zł to jest dwa razy mniej, niż 400 zł, więc bardziej opłaca się kupić w połówkach.
Jako że jestem również bardzo przezorny i myślę „przyszłościowo” to bardziej też opłaca się kupić dziewięć połówek, bo jeśli wypadną z „delikatnej rączki” to część może przetrwać, przy cztery i pół litrowej nie ma szans 🙂
PS Co do tego jak rząd niszczy szkolnictwo w tempie matematycznym 😉 to… brak słów.
Eksterminacja Polaków
O, no patrz: jesteś nie tylko mądry, ale i uczony. Następna zagadka może być znacznie trudniejsza. Tytuł: „Sąsiadka na jagodach”. Pewna pani zbiera i sprzedaje jagody w skupie po 7 zł za kilogram. W ciągu jednego pobytu w lesie jest w stanie zebrać 6 kg tych kulek. Dojazd do lasu i powrót do domu zabiera 4 litry benzyny. Do lasu zabiera ze sobą tabletki p/bólowe za 15 zł, które raczej zjada w całości, bo bolą ją nogi, szyja, głowa, plecy i co tam jeszcze ma. Następnie jedzie do skupu, spalając 1,5 litra benzyny. Pytanie: zważywszy, że w lesie spędza 5 godzin, ile zarabia na godzinę moja sąsiadka?
Tej zagadki nie umiem rozwiązać.
Rozwiązuję zagadki tylko związane z alkoholami 😉
A tak poważnie to nie podała Pani ceny litra benzyny, za którą płaci sąsiadka, więc zagadka ma po prostu za mało danych.
Jeżeli chodzi o godziny spędzone w lesie, i bez wydatków, to zarabia 8,40 za godzinę. [Tu pewnie był ten haczyk]
Zakładając, że płaci 6 zł za litr benzyny, to nie opłaca jej się w ogóle jeździć 🙂
42 zł za jagody minus 33 zł za paliwo (przy założeniu, że 6 zł/litr)=9zł
Tabletki bierze ze sobą, ale gdyby nie jeździła, to czy też by je brała?
Mało ważne, bo samo to, że 42 zł zarobi w 5 godzin, to jeszcze straci 33 zł. Zostanie 9 zł, czyli 1,80 zł/godzinę (nie wliczając tabletek
Zapytałam u źródła: Tabletki są ściśle powiązane ze zbieraniem jagód. Bo zbieranie boli:). Należy więc je wliczyć w koszty, podobnie jak paliwo.
Paliwo u nas dziś było po 5.65zł
Trąba powietrzna zaś przeszła całkiem za darmo:(
Trzeba jeszcze wrzucić w koszta odstraszacz na komary, kleszcze i inne gady, a ponieważ i tak pogryzą to jakiś środek do smarowania po ukąszeniu. Gdyby te dochody jeszcze zalegalizować i opodatkować plus inne koszty z tym związane to trzeba jeszcze raz tyle dołożyć.
Radzę sąsiadce, żeby te jagody zjadła sama to przynajmniej wyjdzie jej na zdrowie.
Zjadłaby, gdyby umiała liczyć:)
Ha! A ile ma przyjemności nieprzeliczalnych materialnie…
Ile zdrowego powietrza się nałyka, jak odpocznie psychicznie, jak się zrelaksuje (choć zbierając jagody, to chyba trudno się zrelaksować. Zresztą jadąc na tabletkach przeciwbólowych, to chyba niezbyt ten relaks)
Trudno mi strzelać, bo nie wiem jakie powietrze ma sąsiadka-jagodziarka w swoim domostwie.
Finansowo, to na pewno bezsens totalny.
Idąc spacerkiem do lasu, tylko w celach rekreacyjnych i podjedzenia jagód prosto z krzaczka to i tabletki niepotrzebne. Masz rację Rollins można się zrelaksować.
My tak potrafimy, sąsiadka nie.
Babka matka i całe pokolenie tak wychowane do lasu chodzą tylko w celach zarobkowych, bo tak nauczone i nic tego nie zmieni. A powietrze mają tak samo czyste w lesie, czy koło domu.
To w końcu do tego lasu chodzi, czy jeździ, bo się lekk0o pogubiłem.
7 zł za kg to się w ogóle nie opłaca sprzedawać. Lepiej niech zbiera dla siebie.
Jagody i zdrowe, a w zimie zjeść pierogi z jagodami fajna sprawa.
PS Widocznie niezbyt przekonująco radzisz tej sąsiadce, skoro Cię nie posłuchała 😉