Serdecznie
Jestem cyniczną jędzą, a mój ulubiony sport, to latanie na miotle. Cynizm zastępuje mi tkankę tłuszczową, pełniąc , podobnie jak sadło, funkcję izolacyjną. Latanie zaś na miotle pozwala – bez wpadania w pychę – patrzeć na wszystko z góry. Wyznam cynicznie, że wisi mi serdecznie wszelki zorganizowany sport (razem z jego biznesowo-farmaceutycznym zapleczem) i sportu tego święta, cała piłka nożna, oraz piłki tej kręte ścieżki. Takich jak ja jest całkiem sporo, całe plemię śmiesznych ludków, którzy – z całym szacunkiem dla potrzeb innych plemion – nie mają ochoty wikłać się emocjonalnie w żadne Euro. Dlatego marszczy mi się skóra na plecach, kiedy czytam, że „to być może jedne z najważniejszych trzech tygodni w historii naszego kraju”. Zaczynam rozumieć, dlaczego wkrótce nauczanie historii zostanie zakazane. Najpierw okroi się program, żeby nie przeciążać biednych główek, później jeszcze przytnie to i owo. W rezultacie będzie można wychować nowe pokolenie wierzące, że największym osiągnięciem cywilizacyjnym Polaków było serdeczne przyjęcie gromady kibiców w 2012 roku, głównie w celu „pokazania że Polska to jest piękne miejsce na ziemi wspaniałych ludzi, gdzie warto żyć i przyjeżdżać ponownie”. Ojciec nasz srogi, acz serdeczny, pierwszy kibic i – przypadkowo – premier, pouczał w swym kazaniu gdańskim, żeby wszelki element nastawiony jękliwie wstrzymał się z bólami, aż ostatni kibic opuści granice naszego pięknego miejsca na ziemi wspaniałych ludzi. – „Jestem przekonany o tym, że Polacy naprawdę będą potrafili pokazać to, co mamy najlepszego – w sercu, w umysłach” – fantazjował premier Tusk w Gdańsku, żądając, aby wszelkie niedoróbki organizacji i infrastruktury nadrabiać życzliwością i serdecznością. Złapmy więc gości w czuły, słowiański uścisk. Jedną ręką serdecznie ich obejmijmy, a drugą zapuśćmy głęboko w ich kieszenie. Stowarzyszenie Sąsiedzi na Mecze 2012 serdecznie policzyło, że na wynajęciu mieszkania pięciu jeleniom (oszołomionym emocjami i piwem) można zarobić od czterech do – uwaga, uwaga – dwunastu tysięcy za tydzień. A tych jeleni w samym Płońsku ma być tysiąc. Ten matematyczny model robienia gości w bambuko nazwano ideą biznesową. Idea ta okazać się może funta kłaków warta, bo – o zgrozo –kibice znający matematykę będą woleli raczej przekimać na karimacie w parku. Pojawiły się, a jakże, serdeczne idee podniesienia cen na wszystko, od wody, poprzez chleb powszedni aż po prezerwatywy. Ceny owe, choć nadal w złotówkach, będą nazywać się eurocenami. Jeśli ktoś uważa, że po zakończeniu Euro euroceny spadną, niech się uda na tajne komplety z psychologii biznesu (krótki kurs jak być socjopatą tak, żeby nikt się nie połapał). Wielkie poruszenie panuje w agencjach towarzyskich, stacjonarnych i mobilnych, gdzie opracowuje się nowe eurocenniki. Jakże musi pluć sobie w brodę minister finansów, że nie zdążył z nacjonalizacją burdeli, zwaną dla zmyłki legalizacją prostytucji. Nasze serdeczne prostytutki, nieobciążone dźwiganiem kasy fiskalnej, wciąż będą nabijać kabzy alfonsom, zamiast pracować na nasz wspólny dobrobyt. Piłka piłką, ale tym, co nas naprawdę podnieca, jest możliwość serdecznego sprzedania wygłodniałym kibicom całego zapasu śmierdzącej kiełbasy, o kuszącej nazwie „grillowa”. Zawartość mięsa – pięć procent. Sprawą ambicji na skalę historyczną powinno stać się zaprezentowanie gościom z zagranicy szerokiego uśmiechu. Najlepiej takiego dookoła głowy. Bo cały świat będzie na nas patrzył. Nie na piłkarzy, nie na mecz, tylko na nasze szczęśliwe i radosne społeczeństwo. Ja, wiecznie ponura malkontentka, na czas Euro zamontuję sobie uśmiech chirurgicznie i wystąpię o refundację . Ale może nie będę musiała, bo właśnie otrzymałam radosną wiadomość – autostrada A2 jest już przejezdna dla rowerów.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 29 maja 2012 / nr22
Autostradę zbudowali, ale nie tam gdzie chciałam.
Nic mi po niej, dalej będę jeździć po dziurach.
Kibiców nie mam w domu, mieszkam daleko od stadionów, nawet piwa nie muszę kupować i to jest powód do radości na ten czas 😉
Kocham boks, bardzo lubię piłkę nożną.
Można powiedzieć, że jestem kibicem i cieszę się na Euro (nie w Polsce oczywiście, bo to pewnik, że impreza zostanie zjebana).
Uwierz mi Aniu, że takich jak ja (a jest nas naprawdę sporo) też dosłownie wkurwiają te „to być może jedne z najważniejszych trzech tygodni w historii naszego kraju” i cała ta zasrana eurosraczka.
Pewne jest jedno – ta impreza będzie nieudana (z wiadomych powodów) i to boli najbardziej.
Dzisiaj zagościł uśmiech na mojej twarzy i to z powodu Euro.
Wracałam z pracy po godz 19 00 Ulice puste, żadnych korków.
Na sklepowym parkingu można stanąć gdzie się chce i zero kolejek przy kasie.
I to mi się podoba. To kiedy następny mecz bo już wybieram się na zakupy 🙂