Nie czytać przy jedzeniu
Nie znoszę wozić powietrza, kiedy podróżuję samochodem. Mam poczucie winy, jadąc pojedynczo pojazdem przeznaczonym dla pięciu osób. A poza tym lubię być uprzejma, choć to niemodne i trąci zidioceniem. Dlatego zabieram pasażerów, zwłaszcza w dni targowe. Przeważnie staruszki i staruszków objuczonych tobołami, czekających na autobus, zredukowany do jednego kursu dziennie. Jest to mój sposób integrowania się z lokalną społecznością, i jest dla mnie bardzo opłacalny, chociaż opłat za przejazd nie przyjmuję. Tylko słucham. Zazwyczaj wdzięczny pasażer urozmaica mi podróż jakąś krew w żyłach mrożącą opowieścią, kawałkiem dawno zapomnianej historii, albo – w najgorszym razie – wredną plotką o kimś, kogo jeszcze nie znam, ale niebawem poznam.
Tym razem zabrałam starszą panią, która wlokła dwa ogromne wory czerstwych bułek. Dla kur. Było jasne, że zboczę nieco z drogi, żeby podwieźć ją pod dom. Rozmowa nam się nie kleiła jakoś, widać moja pasażerka była w marnym nastroju.
– Śliczny dzionek – zagaiłam, żeby jakoś ją rozweselić. – To już chyba wreszcie wiosna.
– A psy jo bierz – odrzekła staruszka. – A żebyto, bo aż człowieka skręci.
I zamilkła, najwyraźniej zła na wszystko, z dzionkiem ślicznym na czele. Postanowiłam nie drążyć tematu. Pewnie zmęczona – pomyślałam ze współczuciem i dalej już jechałyśmy w ciszy, bo sama do gadatliwych nie należę. Wjechałam do wsi, którą znałam tylko z nazwy, choć o rzut skarpetą od mojej leży. Patrzę: ślicznie tutaj, gniazda bocianie, strzechy nawet, drewniane płoty i studnia z żurawiem, można tu film o latach pięćdziesiątych kręcić, tylko anteny satelitarne pozdejmować.
– Stoi pani! – wrzasnęła nagle staruszka.
Noga na hamulec, co jest grane, och, jak ja lubię takich wrzeszczących pasażerów, przez takiego kiedyś padnę trupem za kółkiem, no więc staję, wrzucam luz i co teraz?
– Tu pani mieszka? – domyślam się.
– Nie tu, jeszcze z kilometr, ale tam pani nie jedzie, pani się w gównie utopi.
Przecieram uszy i pytam:
– Co?
– Gówno – odpowiada babuleńka i już mam zamiar się obrazić, kiedy dociera do mnie istota rzeczy. Dociera w postaci uderzeniowej fali smrodu. I nie jest to bynajmniej wiejski, swojski zapaszek krowiego łajna. To fetor gówna zaiste szczerego, pochodzącego od człekokształtnych, czyli naczelnych. Podnoszę szybę, ale jest już za późno. Rozumiecie teraz, czemu w tytule ostrzegałam, żeby nie przeżuwać przy czytaniu tego felietonu? No właśnie.
Babci w tym miejscu rozwiązuje się język i wykrzykuje mi z całą nagromadzoną złością wstydliwy sekret tej sielankowo pięknej wioski. I już rozumiem, dlaczego tu nikt nie wita radośnie wiosny, o lecie nie wspominając.
Oto pewien Straszny Cham zbudował sobie na górce nowy dom z wygodami, ale zabrakło mu pieniędzy na szambo. Wystawił więc rurę przez dziurę w płocie, wprost na main street, przy której stoją wszystkie domy w tej wiosce.
I zapanował ruraterror. Płynie sobie równo z górki miazmat autorstwa Strasznego Chama, jego żony, trójki jego dzieci, a okresowo także gości, których miewa agroturystycznie. Płynie sobie rzeka smrodu przez wieś i nikt nie wie, czym to się skończy i kiedy. Zimą mrożone gówno mniej przeszkadzało, ale – ratunku – pamiętamy ubiegłe lato, tłumaczy babunia.
– I weź pani coś zrób, albo powiedz, to jeszcze cię psem poszczuje. Albo spali! – podsumowuje swoją opowieść, przy okazji gasząc wszelkie moje rojenia na temat możliwych form protestu.
– A daliście znać do Sanepidu? – upewniam się.
– Kiego pidu? – dziwi się babuleńka.
No właśnie. Kiego pidu i co w ogóle. Jest grane.
Żal mi ludzi, którzy przez całe nadchodzące lato będą doświadczać tego, w czym ja postałam pięć minut i nie mogłam pozbyć się wrażeń węchowych przez pięć kolejnych dni. Z drugiej strony, bać się każdego Strasznego Chama, to znaczy oddać wszystkim strasznym chamom władzę nad nami. Bo nas psem poszczują. Albo spalą.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim 24 kwietnia 2012 / nr17
No niestety Polska to kraj bezprawia.
Druga sprawa, że państwo w ogóle nie chroni obywatela i jeśli obywatel niezaradny (czytaj: niepiśmienny), to niestety nikt mu nie pomoże.
A ten Straszny Cham, to zapewne jakiś miejscowy (bądź nie) dygnitarz i zna wszystkich, i nikt mu nic nie może zrobić, bo ludzie niepiśmienni, nie znają swoich praw (a nawet jeśli, to nie potrafią o nie walczyć)
Aniu mam takie pytanie, niezwiązane z treścią artykułu, ale myślę, że odpowiedź nie jest jakąś tajemnicą, więc zapytam tu.
Z tego co pamiętam, walczyłaś kiedyś z przymusem posiadania konta bankowego przez obywatela.
Czy można wiedzieć jak się Twoja batalia skończyła?
Mnie też strasznie denerwuje ten przymus i chciałbym wiedzieć, czy można się od tego jakoś wywinąć.
Pozdrawiam i miłego dnia (dzisiaj chyba w całej Polsce ładna pogoda i fajnie)
Faktycznie niezwiązane:)
Moja batalia skończyła się tym, że groziło mi wyginięcie z braku środków do życia. Nie znalazłam sojuszników, ani zrozumienia dla swoich ambicji wolnościowych. Ludzkość kocha banki toksyczną, chorą miłością, bo uważa się, że oni „dają pieniądze”. Tak jak ofiara kocha swojego kata. Prędzej, czy później i tak ludzkość wróci do płacenia koralikami i solą(drogową?). Ale chwilowo mogłam wybierać tylko między poddaniem się presji, a głodową śmiercią. Ot, co.
Dzięki. Tak myślałem, że nic z tego.