Będę tak witać i witać, aż mi przejdzie głupawica wiosenna, łaskotliwym tematem witania wywołana.
Jak już się mnie jakieś słówko czepnie swoimi słowomackami, to będę je tak mamlać jak mądra inaczej.
Oznaki zdziecinnienia, jak bum cyk, cyk i nawet przez grzeczność nie zaprzeczajcie, bo ja wiem lepiej.
Nawet jeśli nie wiem, to i tak nie wiem lepiej.
W wieku, w którym zazwyczaj trenuje się słowo mama, ja odkryłam słowo dupa. Powtarzałam je całymi dniami, a nawet przez sen.
Mój młodszy braciszek zaczynał od pała.
Nasze losy zostały zdeterminowane przez słowo, które było na początku.
Dosyć tych bredni od rzeczy.
Do rzeczy.
Nie wiem jak u was, ale my tu dopingujemy liście, żeby się wreszcie wzięły za rozwój osobisty.
Według wieloletnich obserwacji naszych, powinny osiągnąć stadium liścia właściwego 20-21 kwietnia. Dlatego my ten miesiąc nazywamy Liścień i piszemy literą wielką, z szacunkiem.
Tymczasem one, te liście, utkwiły w stadium lekko rozchylonych pąków i tak zostały.
Inne sprawy dzieją się we właściwym rytmie:
Żurawie przybyły 9 marca, jak zeszłego roku.
Bociany przyleciały 4 kwietnia, jak zeszłego roku.
Wszelkie drobne kwiatki kwitną, jak nakazano w księgach.
Tylko liści brak.
Za to wiatru nie brakuje i bez przerwy (no dobra, z przerwami, ale krótkimi) łby nam urywa.
Krzyśkowi mielonkę z kanapki zwiało, a więcej nie było.
Ja jestem wegetarianką i nie muszę ganiać mielonki po podwórku.
Nagrałam dla was to, co słyszę o zachodzie słońca, siedząc przed chałupą.
Akurat przestało dąć, więc mogę się podzielić tym, czego u nas zawsze dostatek.
I kilka obrazków.
To żegnam, no nie?
A może…
Nara?
Nie reaguj Roma, to tylko próba orkiestry.
Sprawdzam, z czym się rymuje.
I czy ma słowomacki.
zdjęcia: Krzysztof Nowakowski
U mnie taj świergolą o 5 rano.Tyko po co tak wcześnie. Ja jestem zmuszona, one mogłyby jeszcze pospać.
Dobrze, że koguta nie ma w pobliżu, chociaż z tym poradziłabym sobie , rosół lubię.
Nara- srala- wypirdala. Tych słówek nie używam bo mam na nie alergię i włosy mi stają.
Całuski haaaa 🙂
Ot przyczepili się do liści. Przyroda mądrość ma wrodzoną, wobec czego dawkuje emocje rozumnie. To trochę tak jak z ciupcianiem, tylko bez zbędnego posapywania. Będzie długi łikend, się nadrobi, się pokaże to i owo, żeby nie musieli na przyrodniczych filmach z przyspieszoną klatką gałów wybałuszać, a doznali kontaktu bezpośredniego.
Z angielskiego – lif to gały, gały to lif.
Taką też roztropność posiedli mądrzy Jankesi, którzy nie oglądają piłki nożnej z tego właśnie powodu. Zapłaci człek stosowną kwotę za bilet, a wystarczy że wyjdzie po hot doga na chwileczkę, tymczasem jedyna bramka meczu pada właśnie w tym momencie. Strata może i żadna dla zdrowia, bo odżywianie powinno być regularne, niemniej wychodzi na to, że można to było oblukać w TV, a hot dog tak tam jak i tu z mikrofalówki, więc smakowo bez różnicy. Taniej by wyszło i można bez skrępowania puszczać bąki, choć wymiana powietrza nieco gorsza.
A Krzysztof? – no cóż, już był w ogródku, już witał się z mielonką…
Lajf is brutal end full of pułapkas end zasadzkas.
Oczywiście współczuwam.
Na zdjęciu nr 8 zawiesiłam się na godzinkę 🙂
Kurczę jak Ja bym tak sobie posiedziała z Tobą :))) Piękne zdjęcia, nagranie :))) super :))) Pozdrawiam :))) A.