Wyspa Kochanków

Nie jest wyspą, bo rzeczy nie są tym za co je uważamy, nie są tym, czym się wydają, jak zwykł mawiać agent Cooper.
Rzeczy (i ludzie) nie zważają na to, jak są nazywane i są dokładnie tym, czym mają okazję być.

Llanddwyn jest wyspą w czasie przypływu. Llanddwyn nie jest wyspą w czasie odpływu.
Trzeba tylko umieć odróżnić jedno od drugiego i można się przeprawiać suchą nogą.
Rzecz jakby prosta, ale i nie. Na dowód tego powiem tylko tyle: pewien bliski mi fotografik – artysta brodził po pas w wodzie, żeby zdążyć opuścić wyspę przed nocą. A był to luty.

Do rzeczy:
Patronem wyspy-nie wyspy jest Święta Dwynwen, taki walijski Walenty. Dzień walijskich zakochanych przypada 25 stycznia, reszta jak u Walentego: kartki, całusy i obiecanki-cacanki.
Legenda opowiada, że sczezła tam marnie, w samotności i zapomnieniu, pewna niewłaściwie zakochana panna. Zanim sczezła, próbowała negocjować z losem, ale guzik z tego wyszło (jak zawsze).
Tak czy inaczej, Dziunia twierdzi, że lepsza śmierć niż mezalians.
Ja uważam, że lepszy mezalians niż śmierć.

Jeszcze nie zwariowałam, żeby rozpisywać się o historii Llanddwyn. Wklepcie sobie w Googla, jeśli Was to interesuje. Internet to jest Boże Arcydzieło. Nawet szatan by na to nie wpadł, choć inteligencji mu nie brakuje.

Zamiast tego, pokażę Wam zdjęcie, na którym widać także pobliską Snowdonię. Jest ona bowiem o rzut beretem, zwłaszcza, jeśli umiecie chodzić po wodzie.

Mój fotografik nie przeprawiał się wpław tym razem. Mój fotografik nauczył się z doświadczenia, że woda jest po to, żeby pływała tam i z powrotem.  Nie ta sama woda, ale tak samo mokra.

W czasie, kiedy on polował z aparatem na światło, ja drzemałam słodko w samochodzie. Opatuliłam się w portki z freezer (Ci, którzy czytali Anglię dla Angoli wiedzą, co mam na myśli) i miałam w nosie, że jest trzy stopnie Celsjusza, o Fahrenheicie nie wspominając.
Śniła mi się Dziunia, nie powiem co, bo nie.

Otworzyłam oczy, słońce już wschodziło, jak zawsze, na wschodzie. Kiedy zasypiałam, na parkingu nie było żywej duszy a martwe też siedziały po krzakach.
Otworzyłam więc te oczy i oto, co ujrzałam:

Trzy panie około siedemdziesiątki i psa.

Pani Pierwsza: zielona kurtka, czerwony szalik, kalosze i rogi renifera na głowie.

Pani Druga: czerwona kurtka, żółty szalik, kalosze i czapka Świętego Mikołaja z dzwoneczkami na głowie.

Pani Trzecia: brązowa kurtka, bez szalika, adidasy i czapka Świętego Mikołaja ze światełkami na głowie.

Pies: czerwony kubraczek, bez szalika i butów, różki renifera na główce.

Uśmiechnęłam się do nich. One uśmiechnęły się do mnie. Pies pomachał mi ogonem. Był poranek Bożego Narodzenia i wszystko było jak trzeba.

Wyplątałam się z portek, kurtek i koców i poszłam na Wyspę Kochanków. Poszłam popatrzeć, jak ładnie Prezes urządził to wszystko i jeszcze oświetlił słońcem, żeby zaakcentować mocne punkty. Sami popatrzcie, a jak chcecie więcej pięknych obrazów, to z boku jest link do strony www mojego artysty-fotografika. Tego, który wprawdzie nie chodzi po wodzie, ale zdjęcia to robić potrafi.

fotografia: Krzysztof Nowakowski

A jak całuje!
Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiicho, mała.
Kto oglądał „Half Light” z Demi Moore, rozpozna może latarnię morską, w której Rachel Carlson była straszona przez rzekomego ducha (a w rzeczywistości wrednego acz seksownego dupka).

Tyle na dzisiaj. Jutro wróci do Was Dziunia, bo siedzi wciąż w mojej głowie i już kopie.

Leave a Reply