Felietony

Złe miejsce

Trochę czasu spędzonego przymusowo w Warszawie i od razu ręka sięga po prozac.

Automatyzm.
Stereotyp obiecujący przetrwanie w skrajnie niesprzyjających warunkach.

Ale cofam rękę, może dam sobie radę.
Może nie.

Spacerek po parku przy Puławskiej.
Zaśnieżone górki, jak pięknie.

I ani jednego dzieciaka na sankach, tylko para starych pierników, takich jak my, a może i starszych.

Gdzie są wszyscy?

– A pamiętasz? – pytamy siebie nawzajem.

Oboje pamiętamy, bośmy oboje stąd.
Urodzeni w tym samym położniczym przy Madalińskiego, wychowani w tej samej piaskownicy przy Szustra (dziś kibel dla piesków przy Dąbrowskiego).

Każda wolna zimowa chwila spędzona w ruchu, w parku, na sankach. Z dziadkiem, z ojcem, z kimkolwiek, kto rozumiał, że bachora trzeba wyprowadzać i wietrzyć, żeby mu się zdrowo rosło.
No i ten park, ledwo przeszedłeś przez ulicę i już było jak w Bieszczadach.
Przesadzam? Ale tylko troszkę.

Nie każdy Warszawiak miał szczęście mieszkać w takim dobrym miejscu.

Rozbite nosy, mrożone łapięta ściskające sznurki saneczek, sapiące, czerwone na gębusiach stworki z lat sześćdziesiątych.
Latarnie owijane starannie słomianymi matami, żeby dzieciarnia nie zabiła się na śmierć.

Później ja też wyprowadzałam tam swoje młode, żeby się wyszalało na sankach.

Zresztą jeszcze przed emigracją widziałam w parku Morskie Oko małych saneczkarzy z rodzicami. To zaledwie siedem lat, a taka zmiana. Jakieś wymarłe miasto, miasto zombie tkwiących każdy przy swoim komputerze.

I infrastruktura w sam raz dla zombie!

Tam, gdzie kiedyś mogłeś kupić chleb i coś do niego, dziś masz banki, apteki i… używane łachy.

Ciuszek, fatałaszek, wzorcowania, outlet z piątej ręki – między kościołem Świętego Michała a Madalińskiego można się ubrać od stóp po głowę w zalatujące stęchlizną markowe barachło. Tylko mleka nie kupisz.

Apteka U Nas Najtaniej Otrujesz Siebie i Rodzinę na każdym rogu i nic, tylko ćpać.
Legalnie.

Zniżka dla emerytów, oni trują się najbardziej intensywnie, z oddaniem (ostatniego grosza).

– Widzisz, ile leków biorę?
– teściowa potrząsa wielką plastikową siatką. – I dlatego wciąż żyję.

Ja uważam akurat odwrotnie: tyle leków bierze, a mimo to wciąż żyje – istny cud.

– Proszę panią, a co mi pani poleci na taki jakiś ból w plecach tępy?
– pyta stukilogramowa dama w aptece przy Dolnej.
– A, mam tu takie… – odpowiada magister farmacji. – Ostatnio to reklamują w telewizji.

Wychodzę szybko, żeby nie wybuchnąć… nie wiem czym.
Śmiechem?
Gniewem?
Płaczem?
Reklama w telewizji jako źródło wiedzy farmaceuty. Nie sądziłam, że coś mnie jeszcze może wytrącić z równowagi.

Szukam jakiejś kawiarenki, ale wszędzie banki i parabanki.
Kasy Stefczyka (kim na Boga jest ten Stefczyk?), szybkie kredyty, jeszcze szybsze kredyty.

Pożyczki na dowód, bez dowodu, na gębę i bez głowy. Na odcisk palca i na pohybel spadkobiercom.
Podpisz, o tutaj.
Długopis możesz sobie wziąć na pamiątkę, bo my jesteśmy szczodrzy.
Tylko podpisz i już jesteś nasz.
Na amen i po dziesiąte pokolenie.

Ty nam podpis – my ci komornika.
To tylko kwestia czasu.
Bo przecież jesteśmy bankiem, a nie instytucją charytatywną.

Z kawiarenek ostała się tylko paskudna Mozaika, z atmosferą z peerelu minus możliwość zapalenia papieroska.
To jest taki minus, że pokrywa  wszelkie ewentualne plusy.

Kiedyś w Mozaice grywał pianista, a ja i mnie podobni kiwaliśmy się nad szklanką herbaty z rumem w rytm niewesołych egzystencjalnych przemyśleń, które wiodły nas na manowce. Ku wykluczeniu.

Trzeba było trzepać szmal, zamiast użalać się nad światem, który znacznie lepiej sobie radzi, niż ja ze sobą.
Byłabym teraz klientką banku, albo jakiejś kasy Stefczyka (kimkolwiek jest), a nie żałosnym przeżytkiem epoki ambiwalencji.

Byłabym zakładniczką, uwięzioną w kupionym na kredyt mieszkaniu, chodzącą do pracy, której nienawidzę. A wieczorkiem skok na aptekę, po syrop na kaszel z kodeiną. To taka kokaina dla ubogich.
Żeby nie myśleć.
Żeby tylko nie myśleć…

7 komentarzy

  1. Chodziłam na sanki z kolegami do lasu. To były niesamowite przygody. Mieliśmy taką swoja górkę z ostrym zakrętem a przy nim stał stary, wielki dąb. Robiliśmy zawody kto dalej i szybciej zjedzie. Nie mieliśmy stopera, o co to to nie. Jedna osoba zawsze stała i głośno odliczała. Później były spory, że raz liczy wolniej innym razem szybciej. Dochodziło nawet do bójek. Później na tej górce urządzaliśmy zwody w zjeżdżaniu na foliowych workach po nawozach, wypchanych słomą. To dopiero była jazda. Worki się potrafiły obracać i trudno było nad nimi zapanować. Nieraz lądowało się głową w dół górki.Zawsze wracałam cała przemoczona do domu. Teraz jak to wspominam to jakoś mam ochotę wrócić na tę górkę i poszaleć. Ale byłam tam kiedyś jako już dorosła osoba z moimi dziećmi, co prawda latem, ale chciałam im pokazać i opowiedzieć. I górka wydała mi się taka mała i do tego zarośnięta krzakami. Tylko wspomnienia zostały. Nikt tam już nie chodzi zimą.

  2. To prawda, że dzieci są obecnie kiszone po domach. Wiem, bo chadzam trzy razy dziennie z Leonem psem i bachory z rzadka widuję. Nawet w warunkach atmosferycznych całkiem sprzyjających. I potwierdzam, jeszcze parę lat temu w parku Morskie Oko, o którym Ania pisze, widywało się dzieci na saneczkach. A, w zeszłym roku jeszcze były.
    Niestety, w moim rodzinnym Olsztynie, w lesie, na wspaniałych górkach, też jakoś pustkami świeci. Niedawno moja Mama poszła tam z moim bratankiem Frankiem–i byli sami na wspaniałej górce 🙂 Mojej Mamie chce się przez śniegi brnąć, co, najwyraźniej, rzadkie jest. Rodzicom Franka na przykład się nie chce.
    Chyba sobie kupię sanki i będę zjeżdżać w Morskim Oku, bez konkurencji i tłoku.

  3. Ten park… tam była taka długa aleja w dół, bałam się sama tam zjeżdżać, bałam się chyba nawet z tatą. Straaasznie daleko było:).. ciekawe, teraz pewnie bym się zdziwiła, czego się tak bałam:)

    Nigdy nie wróciłam do parku mojego dzieciństwa.

  4. Ach Aniu , przypomniałaś mi moją własną górkę saneczkową na gdańskiej Oruni i te rękawiczki oblepione soplami lodu i śnieg w każdym zakamarku jaki przychodzi na myśl i mokre włosy pod czapką i czerwony nos 😉

    Ach , piękne czasy 😉

  5. Życie zamiera dzięki internetowi. Zamieniamy zimne spacery na ciepłe miejsce przy klawiaturze, bo tak wygodniej, bez zbędnego wysiłku.
    Dzieci ogólnie jest Mniej, a sami rodzice, też nie mają ochoty z nimi się włóczyć po górkach, a przecież czasami fajnie zjechać na sankach….
    Miasto ogłupia… taka jest prawda.

Leave a Reply