Zołza za kółkiem cz.6

Obrazki z autostrady

Dzisiejszy Onet przynosi taką rewelację, że aż deski zapiera.

Oto NAUKOWCY zbadali i udowodnili, że spokojne krajobrazy mają zbawienny wpływ na mózg i jego działanie. A niespokojne – wręcz przeciwnie.

Najgorzej zaś na ten biedny mózg działają obrazki z autostrady.

Trochę zła jestem, że mnie nie zapytali, bo ja bym im to powiedziała bez badań.

Mogliby mi zapłacić połowę tego, co wybulili na badania, nie jestem pazerna.

Najbardziej rozbawiła mnie konkluzja, że mózg zrywa połączenia na widok obrazków z autostrady.
Mowa!
Kiedy 18 lipca zerwały mi się połączenia na A4 w Polsce, to do dziś nie mogę niektórych odzyskać.

A poszło o wodę.
Konkretnie: o butelkę wody Nałęczowianka.

Stacja Orlen, pierwsza po wjeździe na płatny odcinek od strony Katowic:

Biorę butelkę wody i idę do kasy.
Podaję banknot 100 złotych polskich, oficjalny środek płatniczy.
Po drugiej stronie lady młoda osoba z plakietką Elwira na biuście patrzy na mnie ponuro.

– Ale drobne poproszę – żąda stanowczo.
– Nie mam niestety – wzdycham żałośnie.
– To ja tego nie przyjmę – warczy Elwira.

Stoję w osłupieniu, bo odwykłam, jak mi Prezes miły, od takich klimatów.
Wybałuszam ślepia i trzymam tę stówę w powietrzu.

– Tak! – podnosi głos Elwira. – Bo to jest stacja benzynowa i tu się sprzedaje paliwo! Jak mi przyjdzie normalny klient, to ja mu muszę wydać resztę!!
 

Wychodzę szybko, zanim zrobię coś, czego będę żałować.
Coś strasznego.

Jedziemy dalej, ale pić nam się chce.
I oto jest!
Druga stacja Orlen na autostradzie.

Myślę – nauczona doświadczeniem – wezmę trochę paliwa, to uda mi się zapłacić za wodę.
Staję pod dystrybutorem, chwytam rurę, naciskam spust.
Nic.
Obsługa stacji gapi się na mnie przez szybę.
Macham do nich.
Nic. Dalej się gapią.

Odwieszam rurę, idę na stację.

– Przepraszam – zaczynam grzecznie. – Pompa nie działa.
– Przerwa jest – informuje mnie obsługa. – Trzydzieści minut.

Jest za piętnaście północ, jestem zmęczona, chce mi się pić i zrywają mi się połączenia między półkulami.
Skutki tego – wyczyszczenie dysku z pamięcią podręczną – odczuję dopiero wielu tygodniach koło Dortmundu.

Ale tę historię już znacie.

Jeśli odczuliście skutki mózgowe, czytając tę opowiastkę, to wróćcie szybko do obrazków – makatek kurpiowskich z poprzedniego wpisu.
One korzystnie działają na synchronizację.
Mózgu.

7 komentarzy

  1. No to ja też opowiem historyjkę rodem z marketu. Konkretnie z Intermarche w Żarach. Stoimy sobie z kolejce do kasy. Ponieważ zbliżała się godzina zamknięcia marketu do kasjerki podeszła jakaś „kierowniczka” i mówi- „obsłuż tylko tych państwa i zamknij, bo kasę trzeba zrobić”. Po chwili w kolejce za nami stanął jakiś mężczyzna, który nic nie wiedział, że my mamy być ostatnimi obsłużonymi klientami. Gość zaczyna wykładać zakupy a kasjera, taka przaśna młoda dziewucha woła – „nie podchodzić już, bo zamykam”. Gość nie zorientował się, że to do niego i nadal wykłada zakupy. Rozwścieczona kasjerka woła jeszcze raz – ” no proszę zabrać te zakupy z taśmy” – i złowieszczo spojrzała na gościa. Ten się obejrzał za siebie, bo chyba nie wierzył, że to o niego chodzi. Na co kasjera tonek władczym i zarazem nie ukrywając wściekłości – „nie ma co się oglądać, do Paaaana mówię !!!” Obrazek jak z Zoszczenki albo Czechowa. Nas zamurowało, a po chwili prawie popłakaliśmy się ze śmiechu. Gość tak się wystraszył, że zaczął przepraszać i zbierać zakupy do koszyka.
    Patrzcie, kto dziś pamięta Gierka i w ogóle tamte czasy? A jednak nawyki pozostały i przechodzą z pokolenia na pokolenie. Moja babcie nie na darmo mówiła, ze chłopa ze wsi można wygnać, ale wsi z chłopa nigdy :).

  2. A u mnie odwrotnie.
    Kupowałem kiedyś coś w sklepiku motoryzacyjnym za złotych polskich 5,50. Ponieważ z różnych wydawanych mi reszty uzbierało się pół kieszeni monet o nominałach od 1 do 20 groszy, postanowiłem pozbyć się tego obciążenia. Wysypałem drobniaki na ladę i zacząłem odliczać. Pani sprzedawczyni, właścicielka sklepiku, otwierając szufladę powiedziała „Nie ma pan grubszych, takich klepaków mam pół szuflady”. Schowałem kupowany przedmiot do kieszeni i spokojnie zacząłem liczyć od nowa, tym razem zaczynając od monet jednogroszowych. Kiedy skończyłem powiedziałem „To też jest prawny środek płatniczy w R.P.”. Pani spojrzała
    na mnie, jak bym jej ojca harmonią zabił, burknęła coś pod nosem i bez liczenia, ze złością zgarnęła monety , aż część przeleciała nad szufladą i rozsypała się po podłodze. Chciałem powiedzieć że złość piękności szkodzi, ale odpuściłem i wyszedłem.

    Aniu powinnaś po prostu wypić tą wodę i niech Elwira ma problem.

  3. Moja pani w warzywniaku wymyśliła genialny patent: waży 10 groszy w jednogroszówkach a potem każe wsypać jednogroszówki na wagę i tak liczy. Bierze każdą ilość 🙂 I zawsze pyta, czy mam dla niej drobne, te najdrobniejsze drobne. Ot, taki promyczek słońca w tym chujowym życiu chciałam Wam pokazać.

  4. Doroto, skoro ona bierze jednogroszówki na wagę,to ja w poniedziałek pędzę do skupu złomu metali kolorowych. Może one są więcej warte na wagę niż w nominale.

  5. Ja tylko w sprawie naukowej. Rozumiem rozterki i oczywistość wyciągniętych wniosków. Jednak po pierwsze, te badania zostały przeprowadzone z rygorem naukowym i stąd taka wielka pompa wokół wyników. Natomiast po drugie, prasa często arbitralnie dobiera relacjonowane badania, a wyniki analizuje dość wyrywkowo, co z pewnością przyczynia się do spłycenia ich odbioru.

  6. Nie pamiętam, żeby jakiś taki przykry wypadek przytrafił się w moim życiu.
    Zwykle pytają, czy nie mam drobnych – albo mam albo nie i oni wtedy idą gdzieś rozmienić. Sporadycznie coś tam dokupię. Pytam się, czy drobne są potrzebne – tak albo nie. Jeśli nie, płacę normalnie. Komuś się te drobne na pewno przydadzą. A jak mnie wydają w drobnych, to zwykle uśmiechają się i przepraszają. Miły jest ten świat 🙂

    Dwie przykre rzeczy zdarzyły mi się za granicą i nie miały związku z pieniędzmi (w pewnym sensie tak, bo chodziło o nabywanie). Raz sprzedawca ze sklepu w Brukseli wyprosił mnie i moje siostry, kiedy dowiedział się, że tylko oglądamy.
    Drugi raz, w Camargue, kobieta robiła zdjęcia wszystkim wyjeżdżającym na koniu na spacer po parku (nie pytając się o zgodę). Kiedy wróciłyśmy okazało się, że zdjęcia są już wydrukowane. Do kupienia. W jakiejś całkowicie zaporowej cenie. W dodatku brzydkie. Powiedziałyśmy, że dziękujemy bardzo, a pani zmierzyła nas lodowatym spojrzeniem od stóp do głów o powiedziała „to widać”.

    Ale wiecie, ja zawsze sobie myślę w takich sytuacjach, że śmierć frajerom 😉

Leave a Reply