Kiedy byłam mała, miałam ogromny problem ze zrozumieniem słowa święty.
Wychowywałam się wtedy u moich dziadków, którzy byli szczerze praktykującymi katolikami.
Babcia starała się wychować mnie na dobrą, grzeczną dziewczynkę, co niestety nie było łatwe.
Moi dziadkowie ciężko pracowali na roli, każdy dzień miał swój porządek. Co wieczór, po skończonej pracy i zjedzonej kolacji, oboje klękali obok swoich łóżek i głośno odmawiali różaniec, a ja razem z nimi pierwszą dziesiątkę.
Później miałam wolne a oni modlili się dalej, już w milczeniu.

Dla mnie to wszystko było niepojęte, ale wzbudzało moją ciekawość, a zarazem wydawało się podniosłe i ważne.
Babcia w wolnych chwilach czytała mi historię Świętej Rodziny ze starego brewiarza.
Wolałam te opowieści od bajek, tym bardziej, że czytała z namaszczeniem, powagą i odrobiną tajemniczości. Nie wolno mi było zadawać głupich pytań, choć i tak wiecznie o coś pytałam. Płakać mi się chciało, kiedy babcia czytała o Judaszu, jego zdradzie i cierpieniu Jezusa.
Krzyż kojarzył mi się bardzo źle.
Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nikt nie zdejmie tego Jezusa z krzyża i raz na zawsze z tym nie skończy.
Babcia zawsze miała problem z moimi pytaniami a ja pytałam do znudzenia, dopóki nie wyczułam, że jest poirytowana i lepiej zamilknąć. Moja babcia była narywistą kobietą i kiedy traciła cierpliwość, lepiej było nie wchodzić jej w drogę.
A mnie ciągle nurtował problem cierpiącego Jezusa.
Ponieważ nie byłam typową dziewczynką tylko – jak to mawiała babcia – byłam niedobra jak chłopak, miałam zawsze przy sobie scyzoryk. Pamiętam ten scyzoryk do dziś, dostałam go od dziadka. Miał drewnianą rączkę i kształt półksiężyca. Po rozłożeniu przypominał sierp.
Odkąd pamiętam nie cierpiałam sukienek, więc zawsze miałam spodnie jak chłopczyk, a latem krótkie spodenki. Miałam swoją ulubioną jabłoń rosnącą na środku łąki moich dziadków. Lubiłam się na nią wspinać i z niej obserwowałam – jakże wtedy wielki dla mnie – świat.
Obserwowałam pole, na którym pracował dziadek, widziałam murowaną stodołę sąsiada, a z drugiej strony ulicę, którą od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód, albo autobus typu ogórek z przyczepą. Czasami widziałam naszą listonoszkę, za którą biegłam pytając czy nie ma jakiegoś listu, innym razem dzielnicowego jadącego (bardzo wtedy atrakcyjną dla mnie) czarną WSK-ą.
Na tej jabłonce przychodziły mi do małej głowy najdziksze pomysły, które wcielałam w życie, czasem za cenę lania od babci. Tak naprawdę to lanie rzadko było z prawdziwego zdarzenia. Babcia była może narywista, ale nigdy okrutna.
Na tej jabłonce, nie mogąc pojąć kwestii cierpienia, rozmyślałam o męce Jezusa.
Nie mogłam pogodzić się z tym, że ludzie potrafili przybić żywcem człowieka do krzyża.
Postanowiłam więc, że pójdę pod ten krzyż, który stał przy drodze do kościoła i pogadam z Jezusem.
Miałam kilka pytań.
Pod krzyżem, rozglądając się czy nikogo nie ma w pobliżu, zagadałam do Jezusa.
Nic nie mówił.
Wzięłam więc kamienie i zaczęłam w niego rzucać, żeby się odezwał.
Wymyśliłam sobie, że jeśli go uderzę to go zaboli i odezwie się do mnie.
Ja w każdym razie miałam dużo do powiedzenia, nazwałam go głupkiem, kłamcą i nawet nie pamiętam jak jeszcze. Byłam zła, że milczy a przecież skoro jest święty i wszystko może, to może też przemówić.
Nie pamiętam dokładnie co też tam sobie wymyśliłam w tej małej głowie, ale wydało mi się, że Jezus poprosił mnie, żebym go zdjęła z krzyża.
Chcąc pomóc Jezusowi wspięłam się na krzyż, co wcale nie było łatwe.
Miałam jednak wprawę, bo wspinanie się na drzewa było moim ulubionym zajęciem. Poza tym na wiejskim boisku potrafiłam wspiąć się na bramkę zrobioną z gładkich, drewnianych, wysokich kołków.
Uwiesiłam się więc na krzyżu opierając się pod lewą pachą na jego ramieniu, a prawą ręką wydłubywałam scyzorykiem gwoździe z rąk błyszczącej, metalowej figurki.
Kiedy wydłubałam obydwa gwoździe z rąk Jezusa, nagle poczułam, że nie mam już sił dłużej wisieć.
Świadoma tego, że nie ma ratunku, chwyciłam odruchowo za odstającą figurkę i spadłam razem z nią na plecy. Podniosłam się i zobaczyłam, że Jezusowi brakuje kawałka nóg, które po prostu odłamały się i zostały na krzyżu.
To dopiero musi go boleć – pomyślałam.
Poszukałam w posadzonych wokoło kwiatach scyzoryka od dziadka, który wypadł mi z ręki i zwiałam.
W stodole dziadka miałam skrytkę między drewnianą ścianą a stertą słomy. Chowałam się tam, kiedy coś nabroiłam i nie wychodziłam godzinami.
Nie nudziłam się bo była tam masa pająków, których wtedy jeszcze się nie bałam i bawiłam się nimi zmuszając do wyścigów.
Tam właśnie ukryłam Jezusa, a jego okaleczone nogi owinęłam czerwoną szmatką.
W niedzielę próbowałam wykręcić się od pójścia z dziadkami do kościoła.
Oczywiście była afera!
Ksiądz wołał o pomstę do nieba i karę dla tych, którzy zbezcześcili przydrożny krzyż.
Siedziałam tamtej niedzieli grzeczna jak trusia w ławce obok babci i chyba to dało jej do myślenia – zazwyczaj kręciłam się i nie mogłam doczekać się końca mszy.
W domu babcia postraszyła mnie, że to grzech kłamać i w ten sposób wszystko się wydało.
Przyznałam się, usiłując wytłumaczyć, że Jezus cierpiał i chciałam mu ulżyć, ale lanie i tak dostałam. Babcia płakała razem ze mną, prosząc Boga, aby mnie nie opuszczał kiedy jej zabraknie. Nigdy jednak mnie nie wydała.
Moja przygoda z Jezusem pozostała tajemnicą, a ja miałam w skrytce kumpla, z którym jeszcze długo, długo prowadziłam potajemne, ważne rozmowy.
Wierzyłam w to, że on jest obok mnie i że rozmawiamy naprawdę.
Wierzyłam w to, że spełnia moje prośby i nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego ludzie tak uwielbiają krzyż, przez który Jezus tak bardzo cierpiał.
To nie mogło się pomieścić w mojej małej głowie.
W pewnym sensie pozostało to w tej głowie do dziś.
Choć dziś nie ma już starej drewnianej stodoły, nie ma już moich dziadków i… nie rozmawiam już ze swoim dobrym kumplem Jezusem, który zawsze dochowywał tajemnicy. Czasami jednak o nim myślę. Bardzo go wtedy kochałam a żadna miłość nie przemija ot tak sobie.
Teraz żyję po swojemu, nikomu nie pozwalam na ocenianie mojego życia i tylko czasami wspominam ciepło mojego najlepszego kumpla ze skrytki w stodole dziadka.
autorką tekstu i grafiki jest Małgorzata Kaźmierczak
Ludziska, może macie ochotę oderwać się od garów, piekarników i ostatnich – absolutnie niezbędnych – maratonów do supermarketu?
Na chwilę. Tyle, żeby podumać o desancie w obronie cierpiącego Jezusa.
Może… kogoś zdejmiecie z krzyża?
A może sami z niego zleziecie?
Radosnego Zmartwychwstania
Wam życzy
Wasza
Małpa Nowakowska
Piękna opowieść…. :)))
Nawzajem 🙂 🙂 Anno
Przepiękna opowieść!
Ja tam sobie myślę, że Jezusowi było znacznie lepiej w tej kryjówce. No, i miał z kim pogadać, bo pewnie już znudzony był tymi wszystkimi ludźmi, którzy przed krzyżem zawodzili jakieś modły, nie słysząc nie tylko odpowiedzi Jezusa, ale i własnych myśli.
A przede wszystkim–ktoś wreszcie potraktował Go jak człowieka, a nie jak kawał drewna, który tak sobie może wisieć, bo i tak nic nie czuje. Dwa tysiące lat na to czekał, żeby ktoś ZAREAGOWAŁ!
Małgosiu–przebiłaś w akcie odwagi i współ-czucia nawet świętą Weronikę, bo ona tylko Jezusowi w drodze na Golgotę twarz chustą otarła. Ale pewnie nie miała w kieszeni scyzoryka, na wszelki wypadek 🙂
Mam do dziś scyzoryk, który dostałam od mojego Dziadka :)Taki zwykły, drewniany, z dwoma ostrzami, z których od wielokrotnego ostrzenia została połowa. Pamiętam, jak Dziadek ostrzył ten scyzoryk na kamieniu szlifierskim, rozkręcanym korbką. Po drodze miałam wiele lepszych scyzoryków–zgubiłam wszystkie, poza tym stareńkim scyzorykiem od Dziadka.
Wszystkim życzę zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt oraz odwagi i współ-czucia–wobec siebie samych i innych. Także wobec świętych, bo nie mają oni łatwo.
„W jeden z tych poranków
Nie potrwa to długo
Będziesz mnie szukać
A mnie już nie będzie..”
http://www.youtube.com/watch?v=0eDMHyfezxM
Wszystko tak szybko mija, nasze dzieciństwo, nasza wiara, nadzieje, wyobrażenia i zaczynają się poszukiwania…..siebie i swojego miejsca, swojej bezpiecznej skrytki, gdzie zbierzemy siły, ukryjemy wielkie tajemnice z poczuciem, że wszystko co robimy jest coś warte, ważne,dobre i prawdziwe. Komuś i czemuś służy i nie jest śmieszne.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość-te trzy: z nich zaś największa jest miłość.
Wesołych Świąt Wszystkim !
02.04.2010 Wielki Piątek
Wielki Piątek, wielki początek
Dzień kresu męki, końca udręki
Dzień spełnienia słowa
Aby móc żyć od nowa
Dzień Krzyża, nadziei
Wielkiej Epopei
Bycia
Życia
Zbawienia
Istnienia
Stało się to co się stało
Gdyż zbyt mocno bolało
Boga nasze życie
Któreśmy wiedli skrycie
Dokonało się byśmy
mogli być znów czyści
Łza w oku się kręci
z żalu, smutku, chęci
wsparcia i współczucia
tak pełnego czucia
Czy jest Ci dane
Idąc w nieznane
Dźwigać krzyż twardy
Od ludzkiej pogardy?
Czy Twój krzyż cierpienia
Też coś w życiu zmienia?
I czy umiesz szczerze
dziękować w Swej wierze?
Czy zbyt duży ciężar
Barki nadwyręża
Pytania o sens życia, bycia
umierania
Sens męki, bólu, udręki
Sens swego imienia
Sens swego istnienia
Jak żyć by na grobie Twym
Wyryto słowa
„Ten co żył”
Moc uścisków Aniu, spokoju i miłości nie tylko od Święta dla Wszystkich
Są w nasz „rzeczy”, których nikomu nie chcemy oddać. Czasami jednak spotyka się osobę, której daje się coś, co było tylko dla niej „przechowywane” jak największy skarb. Inni parzą na to „coś” i chcieliby też dostać kawałek. Nie potrarią zrozumieć, że duszy nie da się podzielić na kawałki. Można ją ofiarować tylko temu „komuś”. Tak jet z moją opowieścią. Dostałą ją jedna jedyna osoba, wyjątkowa. Niech Was nie zwiedzie fakt, że każdy mógł czytać tę opowieść. Ona należy tylko do jednej wybranej osoby i choć ciągle jest częścią mnie.