Dwanaście minut

Jestem ogromnie dzielną Dziunią, Ludziska.

Mam certyfikat dzielności od rządu Zjednoczonego Królestwa, przekładalny na pieniądze.

Pytanie brzmiało:
Położyć się i umrzeć czy walczyć z systemem?

Mam na myśli mój system nerwowy (walka w wadze ciężkiej) oraz system socjalny Jukej reprezentowany przez Department of Work and Pension (waga superciężka).
Mój system nerwowy zaś reprezentowany był przez trzęsionkę trembelinkę (ręce) zimne poty (reszta ciała) oraz bezdech na przemian z hiperwentylacją.

Zasada brzmi: maszeruj albo giń.
I ja maszeruję.

Tym razem pomaszerowałam do Trybunału Apelacyjnego, do miejsca, gdzie nikt normalny nie zapuszcza się bez representative.
Ja byłam sama.
Z konieczności, nie z wyboru.

Pamiętajcie:
Maszeruj, albo giń!

Stanąć przeciwko systemowi, albo poddać się i narzekać na niesprawiedliwość społeczną.
Albo jakąś inną niesprawiedliwość.
To nie mój styl.

Mój styl to maszeruj, albo giń.

Żeby ten styl podkreślić i wzmocnić, po rozprawie udałam się do Doków Alberta, przyciągana przez najpotworniejszą rzecz (nie licząc samolotów) jaką znam – wielkie koło z doczepionymi kapsułkami na ludzi.
Trochę mniejsze, niż London Eye, ale równie makabryczne.

Liverpool Echo Wheel – zapraszamy na łamanie kołem dla ludzi z zestawem fobii przestrzennych.

Wyobraźcie sobie: z własnej woli dać się zamknąć (klaustrofobia) w malutkiej kapsułce z plastiku, a następnie z tej samej własnej woli pozwolić się unieść (lęk wysokości) i kręcić młynka nad Liverpoolem jak naćpana mewa (bujana w te i z powrotem).

Mój mąż należy do obcego gatunku, który lata samolotami, a nawet jeździ windą.
Dla niego to pikuś.

I teraz uwaga, Ludziska:
Wsiadłam (z własnej woli za własne 6.50 funta) do plastikowej bulwy i juhu!
Pofrunęłam!

Tysiąc myśli przewalało mi się po głowie:

Gdzie jest przycisk bezpieczeństwa
Ja chcę wysiąść
Ratunku
To się urwie
Dlaczego to stoi, chyba jakaś awaria
Czy te koła nie wylecą z prowadnic
O kurwa
O w mordę
Ja chcę do domu
Wypuścicie mnie

I tak przez dwanaście minut.

Na szczęście Krzysiek robił zdjęcia, więc mogę sobie obejrzeć widoki.
Zrobił też kilka fotek, które nie nadają się do publikacji.
Widać na nich dziko wybałuszone oczy.
 Zgadnijcie czyje.

Jestem dzielna.
Najdzielniejsza!

Nigdy więcej!

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

11 komentarzy

  1. Gratuluję odwagi !!!! muszę przyznać, że wygląda dość bezpiecznie 🙂 no to Kochana jeszcze jedno wielkie koło przed Tobą 🙂 koniecznie jak kiedyś będziesz na Śląsku powinnaś wstąpić co wesołego miasteczka 🙂 tam też jest ogromne koło Diabelskie 🙂 z tą różnicą, nie ma taki pięknych zamkniętych Kabin 🙂 raz wsiadłam z Nastoletnim (troszkę młodszym niż teraz) i… przeżyłam wielkiego stracha 🙂 inaczej się jeździło, gdy człowiek nieświadom bezpieczeństwa i jak sam miał Naście lat 🙂
    http://www.wesole-miasteczko.pl/atrakcje/gwiazda_duza.html 🙂 widok piękny, a buja nieźle 😉

  2. Zwariowałaś?.:-)
    W coś takiego wsiąść z własnej woli, jeszcze za to zapłacić, to nie mieści się w głowie .
    Za żadne pieniądze!! Gdyby mi chcieli zapłacić , to i tak nigdy w życiu w coś takiego nie wsiądę (gacie pełne i żołądek obok mnie).
    Ja dalej na dziesiąte piętro wchodzę po schodach.
    Teraz została tylko do wypróbowania kolejka Roller Coaster i wiem, że przy najbliższej okazji to zrobisz.
    Chciałabym zobaczyć Twoje wybałuszone oczy 🙂
    Zazieleniłaś się tam na górze pod kolor wiosny?:-)

  3. A ja zawsze wsiadam w takie „pułapki”. I zawsze się okazuje, że „nie taki diabeł straszny…”. Co to znaczy? To, o czym już kiedyś mnie nauczyłaś: „Co nas nie zabije, to…”
    I jeszcze jedno, co do „położyć się i umrzeć, czy walczyć”… Walczyć! Właśnie dziś się dowiedziałem, ze… powinienem… do Sosnowca… prywatnie… tylko, że tam kolejki… i nie wiadomo co powie…, i takie tam inne pierdoły, ale… jak nie zobaczę, ( w sierpniu dopiero… kolejka), to się nie przekonam. Może zdążę.
    „Położyć się, TO GŁUPOTA!”. Położysz się? Mimo, że walka taka wkurwiająca jest? NIE! WSZYSCY TO WIEMY!
    I tak samo będziesz tępić te kretyństwa jak ja. A nawet lepiej, bo jesteś „master”.
    :)))
    Pozdrawiam:)

  4. Uczcijmy więc to triumfalne zwycięstwo Dzielnej i niech zabrzmią fanfary Henry Purcella

  5. MAG Aniula 😉
    Maszeruj albo giń !
    I tak trzymaj 🙂

    ps. latałam na London Eye 😉

  6. Tam jest maszeruj albo giń? No ale nie wsiadaj albo giń? A to po cholerę wsiadać:)

    Ale satysfakcja teraz – bezcenna! Ja podobnej nie mam szans zdobyć.. bo ja mam tylko arachnofobię, na poziomie wysokim…i wolę zginąć zamiast wmaszerować w pudełko z pająkami:)

    A ta zabawka, na którą wsiadłaś, to jedna z bardzo niewielu, na jakie odważam się wleźć w wesołym miasteczku. Za to mój teść.. kiedyś wsiadł z wnuczkami do takiego czegoś: kapsuła wieloosobowa, w miarę okrągło-beczkowata, stało się plecami do ścian w przegrodach, jakieś pasy chyba, ale może i nie.. toto na ramieniu, które podnosiło się góra-dół plus ruch obrotowy całości, plus ruch wirowy kapsuły wokół własnej osi.. cóż, podobno nie da się tam nawet palcem ruszyć, a co tam mówić o jakichś atrakcjach ptasiego gatunku…siła odśrodkowa wtłacza .. no, dobra.
    To też było wiosną, więc zieleń teścia potem była w pełni usprawiedliwiona.

    Papa

  7. Otóż największym wyrazem dzielności Twej było stawienie czoła Department of Work and Pension. A przejażdżka tym diabelskim młynem to chyba była spożytkowaniem naddatków tej dzielności, które gdzieś musiały znaleźć ujście 🙂 I bardzo właściwie, bo nierozładowanie buzujących hormonów walki stanowi bardzo poważne obciążenie dla organizmu.
    No, pewnie bym zsiniała i zzieleniała ZANIM znalazłabym się w tym diabelstwie. Choć byłam maniaczką wesołych miasteczek w dzieciństwie. Woziłam się na wszystkich możliwych karuzelach, włącznie z ta najstraszniejszą czyli łańcuchową. Mój młodszy brat, w wózeczku jeszcze naonczas przywieziony, żeby popatrzył sobie, jak Dorotka lata na karuzeli, porzygał się od samego patrzenia. Skakałam z rozbujanych huśtawek w ogródku jordanowskim. I w ogóle uwielbiałam tego rodzaju zabawy, związane z osiąganiem stanu nieważkości i fruwaniem. Do dziś uwielbiam latać samolotem. I bardzo chciałabym polatać takim malutkim, nisko nad ziemią. Ba, popilotować toto. I jeszcze balonem się przelecieć. I motolotnią–bo na paralotni latałam, całe dwa razy, ale chyba już nie pragnę. Na gumie z mostu na łeb też nie pragnę skoczyć. Ani ze spadochronem.
    Ale ten balon i motolotnia i mały samolocik–to bardzo chętnie. Balonem nad Kapadocją, motolotnią nad pustynią w Namibii, a małym samolocikiem–nad Warszawą i nad moim rodzinnym Olsztynem. I nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi.
    A póki co–zostaje mi fruwanie w snach, co całkiem nieźle mi wychodzi 🙂
    Dzielna, dzielna Ania! Najdzielniejsza!

  8. A, i w kwestii zasady–ja wyznaję zasadę: walcz albo uciekaj. Opcji „giń” nie ma w zestawie 🙂

  9. Raz widziałam terror daltonów, takie ustrojstwo na słupie, jakiesi 80 mertów nad ziemią. Ma toto cztery miejsca z zatrzaskami do których siadają straceńcy. Potem powolusku jedzie się do góry, a jak już się jest na tej górze to pierduuut….leci na dół. Grawitacja to nałóg, z którym ciężko zerwać.
    Moje zas starsze latorosle delektowało się czyms na kształt wahadła. Rozmachiwało się toto i na koniec latało zataczając całe 360 stopni. Ludzie gubili buty! Aha, na chwilę zatrzymywało się w najwyższym punkcie, a siedzący tam pomyleńcy:) wisieli głowami w dół. Moje starsze było wprost zachwycone i przepusciło całe kieszonkowe. Zgroza.

Leave a Reply