Ostatnio wzrosła moja (nad)wrażliwość na teksty o wyjechańcach, czyli emigrantach.
Do tej pory puszczałam je mimo oczu, wychodząc ze słusznego założenia, że nikt (łącznie ze mną) nie jest w stanie napisać niczego wartościowego na ten temat.
A to z tego powodu, że nie istnieje żaden spójny portret emigranta, ani żaden trzymający się kupy model życia na emigracji.
Nic.
Nul.
Jesteśmy różni, tak samo jak byliśmy różni przed wyjazdem z kraju.
Pracujemy w różnych miejscach, nie zawsze pachnących.
A Wy tam w kraju wszyscy już jesteście dyrektorami?
Pracujemy czasem poniżej naszych kwalifikacji, tak samo jak – nierzadko – nasi znajomi w Polsce.
Niektórzy znają angielski, a niektórzy nie.
Podobnie jak – w starym kraju – wielu nie rozumie, co czyta.
Choć niby po polsku.
Ci, którzy w kraju byli kretynami, pozostali nimi także po wyjściu z samolotu na Heathrow.
Tacy, którzy nie mieli w Polsce ani jednej książki, nie mają ich i w Anglii.
Ale – tego jestem pewna – polski kretyn ma większe szanse, żeby wyskoczyć ponad własny poziom, kiedy zobaczy odrobinę świata. Trochę to trwa, ale podróże kształcą, nawet te do fabryki i z powrotem do wyra.
Mamy różne priorytety, różnimy się hierarchią wartości i stylem życia.
My tu nie jesteśmy spod sztampy.
Natomiast opinie o nas są – delikatnie mówiąc – sztampowe.
Próby stworzenia uogólnień na temat emigrantów są jak zgłębianie natury oceanu na podstawie wody nabranej wiaderkiem na zaśmieconej plaży w Ustce.
Albo jak pisanie o psychice psa w oparciu o zeszłoroczną psią kupę znalezioną w parku.
Jednak ambitni dziennikarze (ci zawodowi i ci z wewnętrznego przymusu) nie ustają w swoich wysiłkach, żeby kolportować i utrwalać stereotypy i mity na temat, o którym najmarniejszego pojęcia nie mają.
Po każdym takim tekście, będącym zazwyczaj kubłem solidnych pomyj (z rzadka tylko przyprawionych opinią jakiegoś para-psychologa od siedmiu boleści), pojawiają się powidoki, czyli setki komentarzy od czytelników.
Porywające posty, zaczynające od słów: święta prawda, bo córka mojego sąsiada…
Znawcy!
Mity i stereotypy są niezdrowe dla mózgowych zwojów, bo zastępują myślenie i zatrzaskują umysł w pozycji kucznej.
Kucający umysł jest zaś w stanie wyprodukować jedynie jadowite opary zawiści, nienawiści i podziałów na nasi i obcy.
My – swojaki.
Oni – parszywce.
Kucający umysł tkwi w smrodliwym grajdole, z którego wychyla się tylko po to, żeby wrzasnąć: zabrać!
ZABRAĆ IM!
A co konkretnie chcą nam – wyjechańcom – zabrać?
Najlepiej wszystko, poczynając od praw wyborczych i poczucia przynależności, na mieszkaniach w Polsce kończąc.
Zła wiadomość jest taka, że jesteśmy w tej Unii, czy nam się to podoba, czy nie. I nikt nikomu niczego nie zabierze, choć bez wątpienia będą takie próby.
Rzecz jasna, ja rozumiem zjawisko pod hasłem jebać emigranta.
Oto społeczeństwo, któremu każdego dnia udowadnia się, że guzik jest warte dla swoich elit.
Elit, powiadam.
Wybrańców.
Codziennie dobranocka z cyklu: Mamy Aferę.
Teleturniej: Kto Kłamie i Co Jest Grane.
Pipszoł: Kogo By Tu Jeszcze Opluć?
Takiemu społeczeństwu, o rozbujanych acz sfrustrowanych potrzebach konsumpcyjnych wystarczy wskazać wroga, żeby się przeciwko niemu zjednoczyło siłą (malutkich, ale licznych) umysłów.
Kiedyś, za Czerwonego Syfu obiektem zawiści byli badylarze i cierpiarze, czyli złotówy. To na nich donosiło się do skarbówki, im zaglądało się w kieszeń.
Dziś uczta sąsiada-kanibala ma w menu emigranta.
Sąsiad-kanibal dyszy zawistnie, dyszy żądzą pognębienia wyjechańca i puszczenia go w skarpetkach. A skoro się nie da, to chociaż go opluć, ośmieszyć, doprawić mu frajerską gębę i dwie lewe ręce, upaprane po łokcie przez mycie obcych sraczy i podcieranie obcych dup.
Sąsiad-kanibal ma umysł zajęty rapowaniem:
Nienawidzę tych, którzy sobie radzą.
Tych, którzy znajdują rozwiązania.
Tych, którzy do czegoś dążą i coś znajdują.
Tych, którzy umieją się śmiać.
Tych, którzy bywają szczęśliwi.
Tych, którzy wiedzą i mają.
Nienawidzę ich i życzę im wszystkiego najgorszego, bo jestem dumny ze swojego nieudacznictwa, kocham swój śmierdzący grajdoł, szczycę się swoim nieszczęśliwym i pełnym cierpienia życiem.
A ja powiem na to:
Wyrazy współczucia.
To musi być bardzo bolesne.
Czy to jest bardzo bolesne?
PS Odpowiem na słuszne pytanie, które Dorota zadała mi w mailu: co konkretnie mnie tak poruszyło, że aż siadłam i napisałam to, co powyżej?
Kroplą ostatnią (bo przedostatnią był tekst Andrzeja) był tekst pt. Angielski sen głupich Polaczków, promowany w Interii. Oraz nagłośnienie rzekomych opinii pewnej polsko-angielskiej aktorki.
Wiesz nasuwa mi się jedna myśl, Polak kiedyś miał jednego wspólnego wroga Komunizm… a teraz… emigranta. Polacy, też nie długo zaczną wieszać psy na emigrantach z innych krajów, a może to już robią, inna sprawa, nie da sobie sierota rady w Kraju to i na obczyźnie też nie. Znam wielu Polaków, którzy wyjechali którzy sobie dali radę, a i czasami sama myślę o wyjeździe z naszego kraju.
Bardzo dobry posty 🙂
Witam, to drugi Pani tekst, który przeczytałam. Ubawiłam się, bo styl mi bardzo przypadł do gustu, a tekst oczywiście trafiony. Normalnie nie pozwalam sobie na pewne komentarze, ale nie ukrywam, że od czasu do czasu uwielbiam perwersje słowne. Pozwolę sobie, więc ten jeden raz na radę w kolokwialnym języku (delikatnie mówiąc) – a jebać patriotę-bigota i dalej żyć po swojemu 😉 Pani Aniu. Wielu znam takich, co to całe życie chodzą srać za stodołę, ale nie wysilą się, żeby coś zmienić w swoim życiu na lepsze. To właśnie takich najbardziej boli powodzenie sąsiada. Pozdrawiam
Gosia
Ale mnie podbudowałaś, Dyrektor Darek, jak ładnie brzmi. 🙂
Zgadzam się z Tobą w kwestii czytania. Niedawno czytałem instrukcję obsługi i nic do mnie nie docierało. Dopiero od siedemdziesiątej strony, która zaczynała się od takiego szarego znaczka z białymi literkami PL, zacząłem co nieco rozumieć. 🙂
No to pożartowałem a teraz na poważnie. Gdzie Cie licho poniosło na interie. Ja tam nie zaglądam i żyje o wiele spokojniej. Czy Ty nie potrafisz niczego totalnie olać. Czy warto psuć sobie dzień z powodu wypocin jakiegoś pismaka. Pod każdą szerokością geograficzną są zawistni ludzie i żadna siła tego nie zmieni.
Pozdrawiam (niestety jeszcze nie dyrektor) D 🙂
No, jasne, że jestem dyrektorem. Albo dyrektorką? Głównym dyrektorem. I wicedyrektorem. I specjalistą HR. Marketing Managerem. Rzecznikiem prasowym, Specjalistą d/s Wizerunku i PR, Managerem d/s Planowania Strategicznego. Dyrektorem Finansowym. Office Managerem. Recepcjonistką. Bufetową. I kibel myję. I sprzątam biuro.
A, i jeszcze muszę robotę robić, bo samo się nie przetłumaczy. Za wszystkich pracowników tę robote robię.
Jak to na swoim.
Koleżanka po fachu-tłumaczka powiedziała mi kiedyś, że wolny zawód oznacza, że wolno nam pracować 14 godzin na dobę. A nawet 16. I 20 też wolno.
Ale za to jestem dyrektorem 🙂
A na Interię nie łaź, Darek ma rację, nie ma po co. No, bo też sobie powód do nerwów wybrałaś–takie byle co, które się frustratom ulało.
Pozdrawiam
Dzieciak zabrał się za „analizę” tematu i nic dziwnego, że mu takie cos wylazło spod pióra:)
Gorzej, że taką opinię ma jednak wielu rodaków.