Rzeczy, od których odwykłam, jeżdżąc po niewłaściwej stronie drogi
Jestem pod wrażeniem nowej polskiej religii.
Jej istota zawiera się w tym krótkim dialogu:
– Nienawidzę tych świąt!
– O? A to dlaczego?
– Jak to: dlaczego?! Wszystkie sklepy pozamykane!
Nie, nie. Nie był to dialog z nieletnią zakupoholiczką. Wręcz przeciwnie – z oszczędną emerytką, pasjami słuchającą Ojca Podgrzybka.
Ale co się dziwić…
Jestem pod silnym wrażeniem telewizyjnych transmisji z obrad jakiejś komisji.
Wręcz oczu nie mogłam oderwać od ekranu!
Tym, co mnie zafascynowało, było bezgraniczne i bezkarne chamstwo, pogarda i megalomania brzmiące w wypowiedziach jakiegoś pana Czumy. Patrzyłam na jego miny, słuchałam, jak odnosi się do innych członków tej jakiejś komisji, jak cedzi obraźliwe uwagi i nie mogłam uwierzyć, że nikt mu nie zwraca uwagi: panie, puknij się pan w czoło, co to za maniery!
Osobiście lepiej oceniam wystąpienie Gogarty’ego w irlandzkim parlamencie (przypomnę: FUCK YOU!), ponieważ tamten koleś wyraził autentyczne (chwilowe) emocje. Po czym przeprosił.
A co wyraża ten jakiś pan Czuma, oprócz utrwalonej pogardy dla reszty świata?
Ale co się dziwić…
Jestem pod wielkim wrażeniem jazdy polskiej, w której zmiana pasa, wyprzedzanie i wbicie się w najmniejszy nawet odstęp między autami jest sprawą jakby honoru.
Próbując zachować bezpieczną odległość, w istocie tylko prowokowałam Polskich Jeźdźców Apokalipsy do kolejnej szarży w dziurę przede mną. I te tańce po wszystkich pasach ruchu, to jakaś specjalna technika, czy ka kiszka?
Ale co się dziwić…
Jestem oczarowana miejskimi scenkami drogowymi z udziałem kobiet w samochodach zakopanych w śniegu lub buksujących na lodzie. I ta reszta (faceci czekający na wolny przejazd), która nie ruszy dupska i nie popchnie, natomiast chętnie trąbi, komentuje i wznosi oczy do nieba.
Ale co się dziwić…
Wciąż nie mogę otrząsnąć się z osłupienia, wywołanego rozebraniem mojego samochodu na części po to, by stwierdzić, że nie można go z powrotem złożyć prawidłowo, bo nie mam centralnego otworu. Co nie zwalnia mnie z zapłacenia za kompletną usługę, bo to przecież moja wina, że nie mam centralnego otworu.
– A teraz proszę znaleźć sobie taki warsztat, który ma odpowiednie narzędzia ( i zapłacić jeszcze raz). Proszę jechać powoli, bo żeśmy go nie wyważyli (bo nie ma pani centralnego otworu). I proszę nas pocałować w centralny otwór, jak się szanownej pani nie podoba. Zapraszamy, nasz warsztat jest zawsze do usług.
Ale co się dziwić…
Na koniec:
Wciąż rozbrzmiewa mi w uszach najnajostatniejsze pożegnanie warszawskiego parkingowego, który liczył na fuchę przy odkopaniu mojego samochodu (najpierw go zakopał pługiem), a ja bez żadnej pomocy z tej zaspy wyjechałam:
– Żeby cię pojebało, głupia kurwo.
Ale co się do cholery dziwić…
A co? Chciałaś sobie felgi wycentrować bez otworu centralnego? (Ja tylko, z wrodzonej ciekawości, próbuję dojść do tego, czym jest CENTRALNY OTWÓR 🙂
Taa, ostatnie okoliczności przyrody sprzyjają nasileniu pewnych zachowań drogowych. Jako osoba, która nie posiada prawa jazdy ani samochodu staram się okazywać współczucie wszystkim nieszczęśnikom zakopanym w zaspach i pomagam się im wypchnąć, jeśli tylko się da. Pewnie dlatego, że tego prawa jazdy nie mam i nie obowiązują mnie zachowania drogowe 🙂
Pozdrawiam
O take Polskę zawsze walczyłem.
Autor: Lech Wałęsa
😉
To Przecież Nasz Kochany kraj, Umiłowany Kraj… Absurdy Polskiej Kultury… no cóż Naród nam schamiał totalnie 🙂
Pozdrawiam 🙂
PS: Na szczęście można spotkać jeszcze normalnych ludzi 🙂 Ślicznie wyglądasz na zdjęciu 🙂
A to Polska właśnie…
Witaj Aniu:0
Napisałem tekst, który jest ripostą na Twój wpis. Głęboko wierzę, że się nie obrazisz i nie weźmiesz tego do siebie, bo twoje myślenie to standard.
No cóż, czasem sie nie zgadzamy.
Ja też mam jakby inne podejście do sprawy.
Pewnie nie jesteśmy najkulturalniejszym narodem świata (Singapur jest?!), nie uśmiechamy się do obcych osób i nie mówimy im „dzień dobry” (jak we Francji), mamy ochotę zabijać siedząc za kierownicą, nie puszczamy Vivaldiego w słuchawce, używamy łaciny podwórkowej.
Ale to nie jest Polska, za dużo generalizacji, także w komentarzach.
Przecież to MY możemy zacząć się uśmiechać na „dzień dobry”. Powinno się zaczynać od siebie, a później dopiero jeździć po innych, a trudno mi uwierzyć, że wszyscy, każdego dnia, o każdej porze świecimy przykładem.
Przeczytałam ripostę Andy’ego. Może jego tekst miał charakter bardziej ogólny i miał przedstawić stanowisko Autora w kwestii wyrzekań polskich emigrantów, wpadających do Polski na święta czy na urlop, ale nie wydaje mi się, żeby była to riposta na teksty Ani. Gdyż Ania NIE NAPISAŁA, że w Polsce wszystko jest do bani. NIE NAPISAŁA też, że w UK jest raj na ziemi, w odróżnieniu od Polski. NIE NAPISAŁA, że w polskich urzędach jest strasznie. Wystarczy przeczytać kilka ostatnich wpisów na Jej blogu. NAPISAŁA, że w urzędach właśnie zmieniło się na LEPSZE. NAPISAŁA, że w Polsce jej dobrze było. I NAPISAŁA też o paru zjawiskach, które przyjemne nie były, jak chamstwo drogowe w obliczu walki z żywiołami, jak użeranie się z mechanikiem samochodowym czy zachowanie Andrzeja Czumy podczas obrad jakiejś komisji. A zaczęła od specyficznego podejścia do świąt jako tych strasznych dni, kiedy to sklepy są pozamykane.
Powtarzam–NIE NAPISAŁA, że „w Polsce jest wszystko źle”.
Mnie również, podobnie, jak Andy’ego, wkurzają takie opinie, wygłaszane przez polskich emigrantów. Wkurzają mnie litanie narzekań, wyrzekań i krytyki.
Tylko że Ania ich NIE wygłasza. Zauważa objawy chamstwa, nieuczciwości czy niekompetencji. Ale zauważa także dobre strony i zmiany na lepsze i o nich również pisze. I pisze, jak wspaniałe (i jakże za krótkie!) chwile spędziła w Polsce. W tym w urzędach 🙂
Pozdrawiam
Nooo!!! Ty to masz pomysły.
Aniu,W Polsce z Otworem Centralnym chodzimy do ginekologa a nie do warsztatu oponiarskiego.
🙂 I nie dziw się że nie mieli odpowiednich narzędzi. 🙂
Roma–przez Ciebie zadławiłam się w innym otworze (ze śmiechu). I zadławiona spadłam pod stół 🙂
ups… czyli Cię elegancko przywitała warszafka…
no cóż… mamy się za co wstydzić drodzy państwo… brak wychowania i ogłady… mamy już chyba w genach…