Happy cziken

Dziś rano daremnie czekałam na herbatę z sokiem.
Niedzielny poranek cichy jakiś.

W sąsiedniej sypialni odkryłam jakiś stękający zezwłok, który okazał się moim mężem.
– Mam to samo, co ty, Misiu – wystękał z dumą. – Umieram.

To zrozumiałe, że mężczyźni nie miewają grypy, oni od razu wchodzą na orbitę letalną.

W kuchni, kiedy już się do niej zaczołgałam, odkryłam kolejne okropności:
Skończył się lemsip, czyli pitne remedium na ciałobóle
Skończył się syrop malinowy Łowicz (30% soku z malin w syropie z malin, że co?)
Nie ma nic jadalnego prócz jednej wielkiej szuflady zamrożonych grzybów

To nie byłby aż taki kłopot, bo jeść to mi się od dawna nie chciało, ale rozumek, te resztki ocalałe w szarej strefie, podpowiada mi, że trzeba te nasze żołądki czymś wyścielić. Ohyda.

W przebłysku geniuszu przypominam sobie, że chorym gotuje się rosół.
Rosół, no jestem fenomenalna!

Szkoda, że nie zrobiłam go wczoraj z tej salamandry, co mi się w łóżku zalęgła.
A tak, to z kogo mam go ugotować?
No? Z kogo?
Ptaki za oknem jakieś wątłe, same sroki zresztą. Łapać i gotować? Jadalne toto?

Rzucam się do Johna – Henry’ego, żeby kupić jakieś zwłoki na rosół przez Internet w Tesco. Przy okazji herbatki, soczki no i ten lemsip, na te bólojęki.
A juści! Najbliższa możliwa dostawa… Tuesday.

W zakichany Tuesday to ja mam nadzieję być już za Kanałem Angielskim, albo przynajmniej gdzieś koło Dover!

No cóż, na kogo wypadnie, na tego bęc. Kto ma prawo jazdy, ten ma władzę.
A kto ma władzę, ten musi iść i upolować obiad.

To jest Anglia, więc nikogo nie dziwi czupiradło  okutane w paltot na piżamie, w czapce na oczach i szaliku na reszcie twarzy.
Jadę do Tesco, takiego na uboczu,  żeby mnie znowu nie wzięli za terrorystkę w tych zwojach, co je na sobie mam.

Wózki powiązane łańcuchami, można wziąć tylko koszyk.
– Czego te fucking trolleys są zakute w fucking łańcuchy? – pytam grzecznie oznakowanego I AM HERE TO HELP człowieka.
– Wózki będą do dyspozycji klientów od 11.00 – informuje mnie członek (załogi Tesco).
Patrzę na zegarek, jest 9.35.
– Żeby was obesrało – składam na jego ręce życzenia dla całej firmy.

Nie mam siły się tu pieklić, ale czuję, że moim przeznaczeniem jest stać się zawodową zmorą wszystkich idiotów na kuli ziemskiej.
Ledwo mogę unieść portfel, a co dopiero koszyk z zakupami.

No ale już tu jestem, w tym zaułku ciemnego zadupia, więc ciągnę się z tym koszykiem, jak ostatni łach. Przytomna jestem pi razy oko na 3 w skali Glasgow.

Co to ja miałam… rosół!
Omijam z pogardą kurze zwłoki z nalepką Tesco, po 2,59 i szukam marki organic.
Takiego tłustego, żółtego kurczaka z farmy. Co wiódł spokojne życie i umarł szczęśliwy.

Szczęśliwy kurzy trup kosztuje 6,70.
Ale prozdrowotny rosół – bezcenny!

Jeszcze tylko warzywa. Sok. Woda. Lemsip. Masło. Chustki do nosa.
Z każdym krokiem mój nos jest bliżej podłogi, zaraz się wyłożę.

Przy kasie dopada mnie nagła fala mdłości, więc przerywamy operację nabijania punktów na kartę stałego klienta. Płacę i resztką sił wyłażę na powietrze, kucam obok zakutych w łańcuchy wózków.

Mister I AM HERE TO HELP przygląda mi się z ciekawością.
Pokażę mu palec, jak będę odjeżdżać – myślę sobie odrażającą myśl.
Ale – odrażająca, czy nie – rozśmiesza mnie i fala mdłości i zawrotów głowy mija.

Zawsze Wam to powtarzam, Ludziska: co mnie nie zabije, to mnie rozśmieszy.

Szczęśliwy martwy kurczak w towarzystwie uśmiechniętych (halucynacje?) warzyw mości się w wielkim garze i spędza tam sześć godzin, bo jakoś przysnęliśmy.

Krzyś charczy i wcale nie wygląda jak ten facet, za którego wyszłam kiedyś za mąż.  W ogóle nie wygląda jak człowiek, ale ja podobno też nie.

Dorota napisała email, coś o Titanicu, że do połowy utonął, czy jakoś tak. Dobrze, że jeszcze ktoś do mnie pisze, Ludziska.

Nic nam się nie polepszyło od tego gotowania rosołu.
– Może go trzeba zjeść – zasugerował nieśmiało Krzyś. – Bo może samo ugotowanie to jeszcze…
– Błeeee – orzekliśmy zgodnie.

Pora wypić lemsip, nim gorączka zwęgli nam ostatnie synapsy.
Pchły na noc, Ludziska.

6 komentarzy

  1. Ja uważam, że rosół z salamandry by Was wyleczył z miejsca.
    Gorączka odbiera jasność myślenia, zdecydowanie.. jak mogłaś pozwolić jej zwiać, skoro już siedziała na kołdrze:)

    Jutro, za kanałem? Nie za wcześnie z łóżka? Grypę trzeba wyleżeć. To nie żarty.

    Buziaki, i pa, pa

  2. Ciekawa jestem ile płacą temu od HELP na koszulce? Pewnie marnie skoro potrzebującemu tej HELP nie udzielił.
    Aniu, masz fantastyczne poczucie humoru:))))

  3. Aniu:)
    Nie spiesz się z tym „za kanałem”. Kambu ma rację – grypę trzeba wyleżeć. I czosnek, czosnek, czosnek… Od czosnku wszystkie salamandry a nawet krokodyle uciekają. Słowo!!!

    Chciałem Ci napisać maila, ale grzech Cię męczyć.
    I nie przezywaj Krzyśka, że umiera, bo my – chłopy, to cierpimy bardzo, od… grypy na perzykład.
    Tak, tak!
    Cieplutkie uściski dla Was obojga:)))

  4. Jak już wyleżycie grypę, zabieracie się autem do Polski, tak? Strasznie Wam zazdroszczę, to fantastyczna podróż 🙂 Życzę duuuużo zdrowia, tak, żebyście wyjechali jak najszybciej, a bez ryzyka powikłań.

  5. Aniu !

    Ja wiem że Ty za ten kanał to już się doczekać nie możesz ale kanał nie zając, grypa nie czkawka a ten szczęśliwy kurzy trup made in UK to nie nasza narodowa dumna kura rosołowa 😉

    Zdrówka Kochani !!!

Leave a Reply