I ręce mi opadają, luźno, martwo, smutno i bezużytecznie.
Jak biedne, smutne i bezużyteczne skrzydła pingwina królewskiego.
Tak i moje ręce, ot, ozdóbka.
(To był atak depresji, Ludziska.
Publiczny akt ekspiacyjny na dodatek.)
Ale o co chodzi?
A o to, że nic nie robię, tylko gapię się w okno i to, co tam widzę, napełnia mnie trwogą:
Na moim ogromnym, rozłożystym klonie nie ma już ani jednego liścia!
Za to:
W miejscu zieleni buja się na wietrze odrażający, czarny, plastikowy wór.
Zapętlił się na amen i niczym nie zdołamy go stamtąd strącić.
Zawiązał się na odrażający, czarny supeł.
Ten wór będzie tam dyndał – razem z gaciami sąsiada – aż do wiosny.
Później też tam będzie, ale zakryje go zieleń.
Jeszcze kilka dni temu – zanim nadszedł wielki wicher – patrzyłam na złotą jesień, syciłam oczy kolorami. Wygrzewałam się jak pingwinica przed nocą polarną, żeby złapać tyle słońca, ile zniesie moja blada skóra.
(Jeśli wydaje Wam się, że mam obsesję pingwinią, to macie rację. Mam. Jestem głęboko przejęta losem pingwinów, a one moim wcale, bo mają co innego do roboty. Muszą przetrwać.)
Te fotografie, to reportaż z podróży w czasie.
Ja jestem na zdjęciu numer 9.
Kilka dni po zrobieniu tych zdjęć świat wygląda już zupełnie inaczej.
Ponuro.
Przyodziany w czarny wór, pamiątkę po Halloween.
Małe dziewczynki – ubrane w te czarne worki na śmiecie – nawiedzały nas przez trzy dni z rzędu.
Puk, puk.
– Sorry. No sweets at home.
Więc za karę muszę patrzeć na ten wór, bo chytra jestem, skąpa baba, a fuj.
I nie umiem się bawić.
I nie lubię szkieletów zwisających tu i ówdzie dla ozdoby.
Naturalnej wielkości, plastikowych szkieletów, świecących wyłupiastymi ślepiami.
Porozwieszanych.
Na drzewach.
Wciąż tam wiszą, chociaż po Halloween zostały już tylko kupy śmieci, puszek, petów i opakowań po słodyczach.
Które wiatr wciąż niesie i niesie… na moje podwórko.
Chichocząc.
A mnie liście opadają, opadają.
I ręce opadają, opadają.
I trzeba iść zamiatać, zamiatać.
Bo za bałagan przed domem płaci się, płaci.
2.500 funtów.
Kary.
zdjęcia: Krzysztof Nowakowski
Liście
Rumieńce lata pobladły,
Liść złoty z wiatrem mknie.
I klonom ręce opadły,
i mnie…
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
-tak, czasem mi się tkliwa i ckliwa wydaje, a czasem…
A czasem bardzo na miejscu 🙂
A na zdjęciu trzecim to ja jestem:) Skąd Ty Aniu wytrzasnęłaś moją fotografię?
Witaj Aniu:)))
Mnie też liście opadają. Wyślę Ci Aniu potem linka, to będziesz widziała jak opadają, bo ten link przyszły to mój „aparat do zdjęć”.
Niech Cię rozgrzeją i rozchmurzą moje gorące pozdrowienia:)))
P.S. Czekam na wieści:\
Jesień, jesień już. Mnie też jesienny smutek i melancholia łapie. Na szczęscie dzieciaki nie chodzą, ani w workach, ani bez worków:) Tylko dyniowe dekoracje jak okiem sięgnąć. I ten wiatr, deszcz i zią, a ja marznę nawet w polarze.
Byle do wiosny:))))
Aniu u nas nadal złota jesień, choć każdego dnia widzę coraz więcej liści pod drzewem niż na nim…taka kolej rzeczy , jednak nie martw się już za kilka miesięcy zaczną pęcznieć młode soczyste pączki , więc aby do wiosny kochana 😉
Aniu, na te opadające liście, i na czekanie (bo czekamy z Tobą) masz od nas prezencik:)))
Ja mam dzisiaj dobry dzień, ale to osobna opowieść:)
http://stamark.freehost.pl/usmiechnijsie/usmiechnijsie.html
Swietne,jak nie kochac jesieni….