Miałam przyjemność spędzić kilka dni w towarzystwie artystów – fotografików.
Jednego mam wprawdzie na co dzień, ale nie odczuwam tego tak radośnie, bo milczek z niego.
Tak myślałam: milczek z niego – aż do dnia, w którym przyjechali Żaneta i Grzesiek.
Przyjechali, przywitali się ładnie, rozpakowali graty i… zaczęło się.
W mojego męża wstąpił duch.
Jak już wstąpił, to poznać go nie mogłam: japa mu się nie zamykała i gadał w obcym języku.
O czym rozmawiali artyści – pejzażyści, to wiedzą tylko oni. Ja wychwytywałam tylko pojedyncze frazy: balans bieli, saturacja, sigma, krop, pełna klatka…
Zresztą nikt nie oczekiwał – Prezesowi dzięki – że będę rozumiała o czym oni mówią.
Moja rola ograniczała się do robienia kanapek, a w tym jestem niezrównana.
Jedno wszakże udało mi się pojąć – oni są zdolni do najwyższych poświęceń, żeby złapać promień słońca o świcie.
No bo jak inaczej wyjaśnić, że troje dorosłych ludzi nie je i nie śpi, a zamiast tego wdrapuje się na górę, gdzie mają nadzieję uchwycić wschodzące słońce?
Pędzą tam przez ciemny las, rozdeptując po drodze grzyby, owce, krowy i bażanty, żeby zdążyć na ten wschód… a tam nic, zero słońca, chmuuuuuury jak sto tysięcy.
Ale czy oni rozpaczają z tego powodu?
Upadają na duchu?
Otóż nie, nawet jeśli mają mroczki przed oczami ze zmęczenia.
Planują następną wyprawę. Pojadą sto kilometrów dalej, a nuż pogoda się zmieni na lepszą? Może zachód będzie ładniejszy?
Spać? Jeść? E, szkoda czasu, tyle jest pięknych kadrów do odkrycia.
A po zachodzie? Jasne, czas na zdjęcia nocne. Spać? Jeść? Nie ma szans.
Kanapki przyjeżdżają nie rozpakowane. Nie mieli czasu ugryźć ani kęsa.
To właśnie istota pojęcia pasjonaci.
Dla fotografika brak słońca to zmora. Ileż oni czasu spędzają na portalach pogodowych, Ludziska. Wpatrują się w te obrazki, w te przepowiednie (bo przecież nie prognozy). Kiedy portal pokazuje, że będzie słońce – to mu wierzą. Ale jeśli pokazuje chmury i deszcz – za nic nie dają mu wiary.
W przyszłym roku wybieramy się wszyscy do Szkocji. Już się cieszę na myśl, że znowu zobaczę ich w akcji. Będę pisać o nich bloga i robić im kanapki.
Dziwne fotoludki, patrzą na świat trochę inaczej. Oni nie pstrykają zdjęć, oni tworzą małe arcydzieła, złożone ze światła, cierpliwości i natchnienia.
Fotoreportaż poniżej pokazuje trójkę artystów w plenerach i efekty ich pracy.
Samej Żanecie Miderskiej poświęcę w przyszłości całkiem oddzielny tekst. To rzadkość – kobieta wśród pejzażystów. Owszem, są kobiety – i to niemało – w fotografii studyjnej, ale dziewczyn latających w teren z plecakiem pełnym sprzętu jest niewiele. Dlatego chcę, żebyście tę uroczą i zdolną artystkę poznali bliżej.
zdjęcia: Żaneta Miderska, Grzegorz Miderski, Krzysztof Nowakowski
Aniu–życzę Twojemu Milczkowi duuużo słońca, wymarzonego sprzętu i dużo pieniędzy, bo talentu i zapału to mu najwyraźniej nie brakuje, podobnie jak pozostałej dwójce świrów :). A pięknych miejsc do fotografowania jest dużo, oj, jak dużo!
Piękne 🙂 no tak zawsze bywa jak spotkają się Szaleńcy mający wspólną pasję w życiu :)))) Pozdrawiam
Piękne zdjęcia
Fotopasjonaci, może tak ich nazwę, ludzie wolni,czujący piękno,kocham takich.
Zrozumie ich tylko ktoś, kto spędza noce pod gwiazdami,a potem kąpie się w morzu bladym świtem i co z tego, że potem boli tu i ówdzie.
Warto przeżyć tę odrobinę szaleństwa w tym zagonionym świecie.
Pozdrawiam miłośników natury.
Kochana Aniu !
Dziękujemy Ci z całego serca za cierpliwość i kanapkowo-duchowe wsparcie , takiego Anioła jak Ty – nam wariatom trzeba jak chleba!
Już się cieszę na nasz wspólny przyszłoroczny wyjazd 😉
Buziaczki :*
chciałabym też tak umieć… złapać świat… to co niesamowitego widzę! w obiektyw…
będę ćwiczyć umiejętności! wszak mam to po Tacie we krwi :))
podoba mi się pasja tych ludzi :)) żeby umieć tak obrazowo pisać jak oni potrafią pokazać… eh!
pozdrawiam Aniu Ciebie i Męża :)) miło tu
Tacy pasjonaci to wspaniały gatunek:)))