Nadal nie wiemy, kto pożarł owieczkę, ani gdzie byłam, kiedy mnie nie było. Jak na dobry dreszczowiec przystało, główna bohaterka uprzednio opisanych perypetii utraciła pamięć na skutek szoku. Jakiego szoku, spytacie?
Obojętnie.
Czy to ważne?
Szok, to szok.
Może nadziałam się na druty pod napięciem, może uległam gwałtownej mutacji somatycznej na poziomie molekularnym, a może zbyt długo przebywałam na słońcu…
Szczerze mówiąc: kogo to obchodzi?
Zwłaszcza, że zdołałam zapamiętać to, co naprawdę jest warte zapamiętania: dzień od świtu do zachodu słońca w Penmont Point na walijskiej wyspie Anglesey. Znacie już z naszych fotoopowieści inną jej część – tę maleńką i romantyczną Llanddwyn Island, gdzie przebiegł przeze mnie królik bladym świtem, a pewien fotograf nie zdążył wrócić na stały ląd i fala przypływu zmusiła go do brodzenia w wodzie po pas.
Tym razem – tuż za mostem Britania – skręciliśmy w przeciwnym kierunku i wąskimi, skręconymi jak jelito dróżkami, ciemną nocą pojechaliśmy do Penmont, do innej latarni morskiej.
Wskoczyłam za kierownicę z entuzjazmem, spiesząc na spotkanie z kolonią przedziwnych i przezabawnych ptaszydełek morskich.
Bo wyobraźcie sobie, że kilkaset metrów od latarni jest nieduża, bezludna Puffin Island, gdzie żyją puffiny, znane też jako maskonury.
Nie sposób się nie uśmiechnąć na widok tego cudaka, a rzadko można podejrzeć go z bliska, bo płochliwy.
Rzecz jasna żaden nie dał sobie zrobić portretu, ale napatrzyłam się na ich przeloty od samego świtu. Latają w tak charakterystyczny sposób, że nie da się ich z nikim pomylić: stosunkowo krótkie skrzydełka trzepoczą bardzo zalotnie i są w ciągłym ruchu. Nigdy nie krążą jak mewy, na rozpostartych skrzydłach, latają po liniach prostych.
Oprócz puffinów w Penmont żyją ogromne stada kormoranów, o rybitwach nawet nie wspomnę. Ptaki budzą się tuż przed wschodem słońca i jak drużyny wyruszają hen, gdzieś, po coś.
Kiedy zaś słońce staje się purpurowym wspomnieniem na zachodnim niebie, wracają na Puffin Island w tym samym szyku. I cichną, aż do kolejnego świtu. Zorganizowane i uporządkowane ptasie życie, Ludziska.
W ciągu dnia miłośnik przyrody nie ma czego szukać w Penmont Point.
Może albo zamknąć się w bagażniku i spać, albo dać się pochłonąć zielonej dżungli i iść na wędrówkę klifami w dal. Omijając TAMTO MIEJSCE, co to już wiecie, że nic nie wiecie.
W ciągu dnia miłośnik przyrody cierpi męki, ponieważ dookoła Puffin Island pływają łajby motorowe. A w nich turyści, którzy zapłacili za to, żeby przez godzinę drzeć mordę na wodzie, płosząc wszystko, co żyje. Na szczęście rejsy wycieczkowe tylko opływają Puffin Island, turyści nie włażą z kopytami do tego ptasiego raju.
W Penmont Point zaludnia się też parking, otwierają sympatyczną kafejkę o antypatycznych cenach, zjeżdżają wędkarze, psiarze, leżakowy i szpanerzy w kabrioletach. Każdy słucha innej stacji radiowej, wszyscy koniecznie palą grille, gadają – słowem: piknikują.
To jest ich czas.
Kiedy dzień ma się ku końcowi, piknikowcy zabierają swoje wypoczęte, najedzone tyłki i odjeżdżają.
Wtedy przychodzi nasz czas.
Każdemu to, czego mu potrzeba – to się daje zrobić, Ludziska. Trzeba tylko być cierpliwym i poszukać własnego rytmu życia i własnej przestrzeni.
Kiedyś zżymałam się i skręcałam z niechęci do tak zwanych turystów i ich radyjek, telefonów, pobudzenia i gadatliwości. Niepotrzebnie. Nadal nie pałam do nich miłością, ale wiem, że oni też mają swoje potrzeby.
Nauczyłam się znikać.
Szukać własnych ścieżek, miejsc tak ukrytych, że przeciętny piknikowiec nigdy się tam nie zapuści.
Czasem spotykam podobnych sobie cichych ludzi, którzy nie mają przymusu mówienia. Zdarza mi się z kimś postać i pomilczeć o tym, jaki piękny jest świat przed naszymi oczami. Jakie urocze zakątki, oszałamiające widoki, upojne zapachy, żywe barwy i piękne dźwięki są nam dostępne, kiedy umiemy przez chwilę skoncentrować się na nich, bez ciągłej potrzeby wydawania z siebie dźwięków.
Kochani Ludzie, jeśli macie ochotę, to pomilczcie sobie chwilę oglądając zdjęcia, które zrobił dla Was Krzysiek. Wiem, że to nie oddaje pełni moich wrażeń, ale coś z tych klimatów i błogiej ciszy w nich znajdziecie. Widać na nich Puffin Island i latarnię w Penmont Point oraz okoliczne klify. Zwróćcie proszę uwagę na krowie pastwisko z widokiem na Snowdonię oraz baranie łąki, z których widać morze. Też bym się tam chętnie popasła, a Wy?
zdjęcia: Krzysztof Nowakowski
Jak zawsze pięknie.
Teraz rozumie, dlaczego pewna Ania zaginęła w takim miejscu. Wielu z nas chętnie rzuciło by wszystko i zamieszkało w takiej latarni.
A do felietonu, a właściwie do jego początku, mam zastrzeżenie. Jak to kogo to obchodzi!!! Może nie zauważyłaś, my tu po drugiej stronie sieci to prawie fanklub i nie jest nam obojętne co się dzieje z naszym idolem.
Jako pierwsza owca Jej Królewskiej Mości , oświadczam że owszem , tak jest i jawohl , wypasać , popasać i co tam komu jeszcze z takimi widokami mogła bym nieprzerwanie , a tekst pełen wypas jak zawsze 😉 !
Zgadzam się z Darkiem, że obchodzi:)
Co do pasania to mam za oknem pastwisko z małym stadkiem brązowych krów z cielakami. Na wiosnę wybiegają rozbrykane, a teraz już prawie dorosłe i o wiele większe chodzą dostojnie:)