Nieumarta, czyli wciąż żywa

Dzięki dobroczynności udało nam się wczoraj wyskoczyć na dzień do Snowdonii.
Błogosławieni czyniący dobro.

Powiadają, że to był ostatni dzień tego, co w Anglii uchodzi za lato.
Ostatni dzień tego, co Anglicy nazywają ładną pogodą.
W każdym razie złapaliśmy ten ostatni powiew ciepłego wiatru w żagle.
Dziś od rana ziąb, a z góry od czasu do czasu leje i siecze.
Ukośnie, bo wiatr.

Jutro lub w niedzielę wstawię fotki i napiszę story, żeby było fotostory.
Zanim Krzysiek przygotuje te zdjęcia, ja z nudów opowiem Wam, jak się czułam wczoraj, na sekundę przed domniemaną śmiercią. Żeby już do tego nie wracać.

Było tak:
Jeszcze siedziałam na parkingu – po lewej góry, po prawej rozległa dolina; huk wodospadu tłumił inne odgłosy, owca wpatrywała się w skupieniu jak zakładam górskie buty.

Nagle!
Ryk, jak koniec świata.
Wytrzeszczyły mi się oczy.
Bo:
Znad przełęczy leciał na mnie ogromny pocisk, przechylony, bujając skrzydłami, ryjem w dół, z oślepiającym światłem z przodu.
Z ogromną prędkością, jak to pocisk.

Wywiało mi wszelkie myśli z głowy i pozostało tylko pytanie:
CO TO JEEEEEST?????
Mój umysł – próbując poradzić sobie z dysonansem – odpowiedział: spada na ciebie samolot.
Bo tak rozpoznał sytuację.
Moje ciało próbowało dostać zawału i udaru jednocześnie.
Pojęcie: przestraszyć się, ma się nijak do moich uczuć w tamtej chwili.
Raczej: doznać ciężkiego szoku. To już bliżej.

Pocisk przeleciał z rykiem nad moją głową i poleciał dalej, w dolinę.
Dopiero wtedy pojęłam, co to było.
No, Ludziska?
Co to było?

Głupstwo, chłopcy z RAF-u uwielbiają swoje odrzutowe zabawki.
Śmigają między górami, kręcą się jak gówno w przerębli po sielskich dolinach, robią masę hałasu i straszą takie jak ja durne turystki.
Durna turystka Nowakowska – widząc samolot nie więcej niż trzydzieści metrów nad głową – uznała, że nadszedł kres jej ziemskiej wędrówki.
(Niedawno w Szkocji jeden z tych kolesiów rozbił się w podobnych okolicznościach. Szczęśliwie nie spadł nikomu na łeb a pilot zdążył się katapultować. Bum!)

Przedśmiertnie zarejestrowałam, że dominującym stanem mojego umysłu było niedowierzanie i szaleńcza praca, żeby rozpoznać rodzaj zagrożenia.
Zaś jako nieumarta, czyli ocalała, stałam się bardzo podekscytowana. Wprost nie mogłam się doczekać, żeby przeleciał jeszcze raz.
Jeszcze, jeszcze, niecierpliwiłam się,  jak dziecko w wesołym miasteczku.
Bo ja uwielbiam się bać, byle nie śmiertelnie.

Kiedy mój mózg uporał się z chwilowym dysonansem poznawczym, kiedy to doświadczenie zostało ulokowane w kategorii „znane” – zapragnęłam znowu się przestraszyć, ale w sposób kontrolowany.

Wszelkie samoloty wojskowe budzą moje przerażenie, nigdy nie dowiem się, dlaczego.
Mając trzy lata śniłam o nalotach bombowych, choć nawet nie wiedziałam, że istnieją samoloty. Budziłam się z wrzaskiem i do dziś pamiętam, jak próbowałam opisać słowami, co mi się śniło. Żółte bombowce i ja, kryjąca się za jakimiś wątłymi ścianami zrujnowanych chałup.
Nie znałam takich pojęć jak wojna, nalot czy bombowiec, nie oglądałam telewizji, bo nie mieliśmy telewizora w 1963, ale w snach miałam pełną świadomość, że za chwilę zginę od pocisku.
Później, już w przedszkolu, te sny minęły i przez wiele lat miałam spokój z bombowcami. Aż nagle – tuż po urodzeniu córki – wróciły. I znowu w snach uciekałam przed bombami, ale już z niemowlęciem w ramionach.

Oto najdziwniejsza przygoda z tym związana – a zarazem dosyć żenujący wyczyn:
Był 1983 rok, zima. Zawsze, kiedy elektrownia na Siekierkach spuszczała parę, u nas na Górnym Mokotowie brzmiało to jak głuchy pomruk. W dzień ten pomruk zagłuszały tramwaje i inne uliczne odgłosy, ale wtedy akurat puścili tę parę nad ranem. Musiałam coś usłyszeć przez sen, bo ledwie wybudzona, w jakiejś sypialnej koszulinie i z  kilkumiesięczną Asią na rękach wypadłam na schody, uciekając… przed nalotem. Wierzcie mi, biegłam ratować siebie i dziecko, słysząc ponure mruczenie nadlatujących bombowców. Wariatka!

Samoloty, ryki, narastający hałas silników i temu podobne zjawiska od zawsze budziły we mnie paniczny lęk i odruch ucieczki. Musiałam ciągle pamiętać, kiedy – z okazji jakiejś wojennej rocznicy – w Warszawie miały wyć syreny, wiecie, żeby nie wpaść w panikę i nie robić z siebie wariata większego, niż wypada.

Już dawno oswoiłam te lęki, mogę oglądać filmy wojenne (tylko po co?), mogę patrzeć na samoloty na niebie (byle do nich nie wsiadać), umiem odróżnić realne zagrożenie od gier mojej wyobraźni.
Prawie zawsze.
Za wyjątkiem chwil, kiedy tuż nad moją głową pikuje radośnie zawadiaka z RAF-u.
Znienacka.
Co innego, kiedy wiem, czego się spodziewać.
Bo gdy znowu się pojawił, miałam sporą frajdę, patrząc na jego wyczyny.
Korkociąg nad przełęczą, ostry lot w dolinę, hej, Ludziska, ale zabawa.

Co mnie nie zabije, to mnie rozbawi.
Jak zwykle.

5 komentarzy

  1. Pomimo mojej miłości do wszystkiego, co lata (i czym JA mogę latać) też chyba bym prawie umarła. Krew by mi się ścięła w żyłach ze strachu.
    Ściskam i czekam z niecierpliwością na zdjęcia.

  2. Jezus Maria, gdzie Cię poniosło ,na poligon wojskowy?
    Wrażenia w sam raz na Twoją miarę.
    Całkowity odlot.
    Ja, śniłabym koszmary przez miesiąc.

  3. Kochana 🙂 mieszkam w blokowiskach 🙂 osiedla gierkowskie w pięknym zagłębiu dąbrowskim z tym że…. jest to trasa przelotu samolotów pasażerskich do bliskiego, jednakże nie bliskiego lotniska 🙂 czasami schodzą tak nisko w tym swoim locie, a Ja widzę okienka jasne. Widok niesamowity 🙂 urzekający, hałas ogromny 🙂 i zawsze się zastanawiam, który w końcu spadnie na moje bloki, to będzie dopiero sensacja 🙂 tak poważnie oby nigdy tak się nie zdarzyło. Chciałabym zobaczyć takie akrobacje nad swoim osiedlem 🙂 Pozdrawiam Gorąco 🙂 Duszna i parna ta noc dzisiejsza 🙂

  4. „Bo ja uwielbiam się bać, ……ale w sposób kontrolowany.”
    Czy ty aby nie jesteś uzależniona od adrenaliny. Polecam skoki na banji, lub przejażdżkę z Basią, choć to nie będzie takie kontrolowane. Jej trzyletni samochodzik wygląda jakby wrócił po dziesięcioletniej misji w Afganistanie.

  5. Aneczko i ja kilka razy miałam okazję oglądać wyczyny RAF-u tak w Snowdonii jak i w Lake District , tam są strefy niskich lotów , oni mają pozwolenia na te przeloty i faktycznie jest to niesamowicie widowiskowe , ja aż klaskałam w ręce z radości , podziwu i takiego uczucia mocy 😉

    A co do Twoich „wspomnień” o bombardowaniach , ja myślę że to są prawdziwe wspomnienia tyle że nie z tego wcielenia , w 1939 polskie LOT-owskie Fokkery (bombowce ) miały podobno biało-granatowe malowanie kadłuba i zółte skrzydła – link pokazujący ten samolot http://warandgame.wordpress.com/2007/11/23/fokker-aircraft-company-1910-45/ , z tego samego okresu jest też niemiecki Junkers Ju 87 w którym często stosowano żółte malowanie – link https://www.fiddlersgreen.net/aircraft/Junkers-Ju87/IMAGES/variations-ju87.jpg

    Aniu te wspomnienia są jak najbardziej Twoje.

    Buziaki :*

Leave a Reply