Felieton, Teksty psychologiczne

Pozytywne myślenie i inne objawy psychozy maniakalnej

To jest felieton a nie dysertacja naukowa.
Wybaczcie mi więc pewne semantyczne nadużycia.
Jeśli można prosić.

To jest polemika, choć trudno mi określić, z czym dokładnie polemizuję.
Lub z kim.
Z pewnością z osobą, która nachalnie próbuje sprzedać mi (dość drogo) przekonanie, że jeśli  coś złego mi się przytrafia, to jest to moja wina.
I z każdym, kto twierdzi, że …
A zresztą.
Z resztą też.

***

Pracowałam kiedyś (terapeutycznie) z kobietą zamężną od lat dwudziestu czterech. Wyszła za mąż za klasycznego wieprza ze skłonnością do przemocy. Wieprz miał pięści wielkie i ciężkie, choć na pazurach miał manikiur. Nosił złoty sygnet z wypukłym niby-to- herbem i wciąż zostawiał reliefowe krwiaki na dekolcie swojej żony.
Upodobał sobie ten dekolt, więc wieprzowa nosiła bluzki zapinane pod szyję.
Zawsze.
Aż do dnia, w którym usłyszała o  potędze pozytywnego myślenia.
Założyła wtedy suknię z dużym dekoltem, odsłaniając sine i czerwone blizny w różnym stadium gojenia. Jak pamiętnik długich lat mariażu z wieprzem i jego rzekomo rodowym herbem.

– Tego tam nie ma – oznajmiła. – Jest tak jak myślę.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – nie zrozumiałam.
– To proste – popatrzyła na mnie zdziwiona. – Ty powinnaś wiedzieć, jako terapeuta, że jest tak jak myślimy.

Trochę mnie zaniepokoiła, by po chwili na dobre wprawić mnie w konsternację:
– Bo widzisz moja droga – zaczęła dotąd u niej nie spotykanym protekcjonalnym tonem. – Byłam we Wrocławiu na warsztatach pozytywnego myślenia i już wiem, co źle robiłam przez całe życie. Ale to nie wszystko – ciągnęła z emfazą. – Ja wiem, co robić, żeby to zmienić. Czuję się silna i wolna, bo znam potęgę swoich myśli i potrafię jej użyć.

Przy kolejnym zdaniu popadłam w przerażenie:
– Jest tak, jak myślisz – powtórzyła z mocą po raz nie wiadomo który. – Nawet jeśli zabijesz dziecko w wypadku, to potęga myśli sprawi, że to się nigdy nie wydarzyło.

Tego dnia zerwała kontrakt terapeutyczny i wyśmiała wszystkie nasze wcześniejsze ustalenia: sprawę karną przeciw wieprzowi, przygotowania do separacji, szukanie pracy, wystąpienie o alimenty – rutynowe postępowanie w sprawach wieloletniej domowej przemocy.
– To wszystko jest negatywizm – orzekła. – To nie przyniesie niczego dobrego. Wszystko zaczyna się i kończy tu – stuknęła się w czoło.

Nie mam uprawnień moralnych do wygłaszania kazań, więc tylko powiedziałam, co mnie niepokoi i co budzi moje wątpliwości. Zapytałam, czy jest pewna skuteczności pozytywnego myślenia w starciu z pięścią.
Ale wieprzowa była w transie.
Była pewna.
Wróciła z tych warsztatów napakowana, nakręcona i w jakiś koszmarny sposób nawiedzona. Nawiedzenie polegało na ciągłym powtarzaniu: to proste, powinnaś się tego nauczyć, żeby przekazać innym w mojej sytuacji.

– Tego tam nie ma – powiedziała na pożegnanie o swoich bliznach.
Ale były tam i żadne myślenie ani zaklinanie nie mogło tego zmienić.

Ani tego, że dziewięć dni później znalazła się na ostrym dyżurze z pękniętym mostkiem i wykręconym barkiem.
Bo pozytywne myślenie nie może zastąpić tego, co jest do zrobienia.
Pozytywne myślenie – to prawdziwe, a nie nawiedzone – jest myśleniem adekwatnym do sytuacji, realistycznym i opartym na tym, co jest.
Nie na tym, co nam się wydaje.

Nie stanę na torach przed nadjeżdżającym pociągiem ufna w potęgę mojej myśli.
A już na pewno nie będę sobie wmawiać, że tego pociągu tam nie ma.
– Jest tak jak myślisz – te słowa ciągle przypominają mi wieprzową i jej chwilowe nawiedzenie.
Dziś jest już ex-wieprzową, na szczęście.

***

Jest tak, jak jest.
Czasem wieją dobre wiatry i płyniemy z prądem.
Czasem przedzieramy się przez życie z maczetą lub czołgamy ostatkiem sił.
Raz wleczemy ciężar, kiedy indziej sami jesteśmy ciężarem.
Myślenie pozytywne nie ma tu nic do rzeczy.
Myślenie realistyczne – jak najbardziej.
To ono przynosi rozwiązania, nawet jeśli są połowiczne, albo wymagają poświęceń.

Bycie szczęśliwym nie jest obowiązkiem, wbrew nawoływaniom psychologii zorientowanej na permanentny orgazm.
Posiadanie pasji nie jest obowiązkiem, na przekór bajaniom kobietologów, tych telewizyjno-gazetowych guru od siedmiu boleści.

W życiu jest miejsce na ból, smutek, rozczarowanie i znudzenie.
Wieczne radosne pobudzenie nie jest oznaką zdrowia psychicznego, tylko hipomanii.

Nie chodzę do sklepów z używaną radością życia i nie kupuję bajdurzenia o przymusowym poczuciu spełnienia.
Jeśli czuję się szczęśliwa, to z własnego wewnętrznego powodu a nie poprzez psychomanipulacje godne Pollyanny:
– Umieram? Jak to cudownie, robaczki będą miały co jeść i śliczne kwiatuszki tu wyrosną.
Błeee.
Obrzydliwość.
Nie cierpię Pollyanny. Jest absolutnym przeciwieństwem Dziuni, której też zresztą nie cierpię.

Myślenie pozytywne jest żałosną karykaturą myślenia mistycznego.
Myślenie mistyczne nie jest umiejętnością.
Jest łaską.
Ja dostępuję jej w bardzo niewielkim stopniu.
Raz na jakiś czas, niezwykle rzadko, udaje mi się doznać łaski absolutnego spokoju z towarzysząca mu myślą: jest tak, jak ma być, wszystko było, jest i będzie w porządku, cokolwiek się wydarzy.
Nie jest to myślenie przynoszące radość, nie niesie też ekscytacji.
Tylko spokój i odrobinę ulgi.
Tego nie można wypracować na warsztatach.
To po prostu przychodzi, jak nieoczekiwany słodki pocałunek, jak dar, jak chwila przerwy w pulsującym hałasie.

Dodam cynicznie, że kiedyś osiągnęłam tę łaskę paląc gandzię.
Ale tylko za pierwszym razem, niestety.
No, no, już się tak nie gorszyć proszę!
Prawdziwy szaman zawsze jest czymś ujarany.

Dla tych, którym mylą się techniki wspomagające osiąganie celów z pozytywnym myśleniem mam złą wiadomość.
Albo dobrą.
Afirmacje, wizualizacje, wibracje, techniki wielokanałowego zaangażowania, techniki NLP, metoda Silvy, tańce Apacza dookoła sracza – nie tyle w nie wierzę, ile wiem, że one działają.
Potwierdzam.
Podobnie – mogę potwierdzić działanie modlitwy, cokolwiek przez to rozumiemy.
To działa.
Czasem.
Czasem nie.

Chcę tylko zauważyć, że ich używanie nie jest obowiązkowe, tak jak nie jest obowiązkowe dążenie do czegokolwiek. Na przykład do szczęścia permanentnego.
Nie dajcie się nabrać, Ludziska.
Nie jest sztuką czuć się dobrze, każdy głupek na haju to potrafi.
Sztuką jest czuć się adekwatnie i rozumieć, czym są i po co są uczucia.
Za każdym razem, kiedy przyjdzie Wam do głowy, że macie obowiązek dobrze się czuć, puknijcie się w czoło.

Czołem, Kochani Ludzie.

7 komentarzy

  1. Dziękuję Ci Aniu bardzo za tekst pełen rozsądku. Zdrowego–ale czy jest rozsądek niezdrowy? 🙂 Ja prawo do czucia się parszywie nazywam prawem do chujopoczucia. „Psychologia zorientowana na permanentny orgazm” jest niezmiernie pięknym (i trafnym) stwierdzeniem!
    Pozdrawiam i przesyłam trochę dobrego samopoczucia (chyba ja się dziś czuję nieadekwatnie, bo mam dobre samopoczucie POMIMO parszywki wokół. Ale do tego też mam prawo, żeby czuć się dobrze POMIMO:))

  2. Born to be Wild
    Easy Riders
    You and Me
    Live is Live

  3. Czytam raz, drugi, trzeci i piąty i jako niepoprawna optymistka, zwolenniczka pozytywnego myślenia, której stany manii nie są obce, jednak rozpaczliwego smutku także:)) dziękuję Aneczko za felieton!

  4. Aniu… na finał aż przeszły mnie dreszcze (jakkolwiek zabrzmi to głupio).
    Otwarłam wczoraj po całodziennym zabieganiu Twoją stronę zobaczyłam nowy felieton, pootwierałam wiele blogów, które zostały w tle, przeglądałam fotografie, a raczej ludzką umiejętność złapania świata w obiektywie. Dobre miałam przeczucie czytając Twój tytuł, że ten felieton to trzeba na spokojnie przy chwili oddechu z aromatem kawy.

    „Krótko mówiąc”… genialne!
    Naprawdę doskonały opis (choć taka ocena wydaje mi się zbyt płytka i nieadekwatna)…

    Mówienie o czyjejś winie, że zdarzają mu się pewne rzeczy w życiu przez niego jest również wysoce nie na miejscu. To tak jakbyśmy byli supermanem i mieli wpływ na działanie każdego. Wierutna bzdura!

    Przytoczony przez Ciebie przykład państwa wieprzów, a raczej „myślenia” pani wieprzowej kojarzy mi się ze słynnym polskim wychowaniem bezstresowym. Ilekroć o nim mowa mam pianę na ustach. Wkurzają mnie zarówno zwolennicy tematu, jak i krytykanci. Ponieważ wszystko mogłabym sprowadzić do jednego stwierdzenia: przeczytali tytuł książki. Co oznacza, że polski styl na luzie spowodował, że dzieci spod twardej ręki zostały puszczone samopas i totalnie olane. Ku uciesze negatywnie nastawionych do tematu, którzy mogą stwierdzić, że mieli rację, że to system do dupy.
    No i wracając do tematu polskie wychowanie podkreślam wychowanie, nie ma z nim nic wspólnego. Ludzie usłyszeli hasło nie wgłębiając się nigdy rozumnie w temat. A wtedy… to tak łatwo krytykować.
    Jak z panią wieprzową, boleśnie przekonała się na własnym błędzie o powierzchowności własnej oceny nowo poznanego tematu.

    Analizować Twojej analizy pozytywności i realizmu chwili nie będę… powaliłaś mnie na kolana i tu z pewnością nie ma czego dodawać. Chylę czoła!
    Zgadzam się z Tobą w zupełności. Szkoda, że niewielu ludzi tak logicznie to widzi, bo w tym temacie logika właśnie jest niezbędna.
    Co do metody Silvy to przypomniało mi się jak pewien znajomy wychwalał jej skuteczność i moc w pełnym zachwycie. Idealizował świat własnymi oczami jeszcze silniej niż zwykle po owym poznaniu. Szkoda tylko, że nasze drogi rozeszły się „chwilę” po ów oświeceniu… kiedy to publicznie na imprezie z dziećmi obił ryło przyjacielowi nie zważając uwagi na swoją ciężarną żonę! Więc metoda ta… działa zapewne… i tylko i wyłącznie z nim mi się kojarzy.

    Akurat wczoraj rozmawiałam ze znajomym na temat pozytywnego nastawienia do świata, dialog bardzo konstruktywny zresztą i budujący z przewagą i naciskiem na logikę.

    Ups! Wybacz… się rozpisałam… zmobilizowałaś mnie do myślenia Aniu 😉 zdecydowanie!

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. Czy ja wierzę w wszystkie te nauki, które wymieniłaś… chyba raczej nie 🙂 można pozytywnie myśleć, afirmować, zmuszać się do radości (próbowałam afirmować schudnięcie, jak na razie nic mi z tego nie wyszło ;]) Brakuje mi w ludziach normalnych uczuć, zachowań (nie mylić z pierdzeniem czy smarkaniem w dłoń ;]) Czy te wszystkie Metody nie są przypadkiem dla Fanatyków i Szaleńców? Zgubić zdrowy rozsądek można przecież bardzo szybko. Dzisiejsze czasy w ogóle są bardzo dziwne.
    Ciekawe jak kiedyś ludzie dawali sobie radę bez tych wszystkich metod?

  6. Normalnie sobie dawali radę. Jak dziś. I nie dawali sobie rady. Inni. I to się zmieniało, raz baba na wozie, a raz pod.

    I tylko nazwy na to nie mieli, takiej uczonej. Afirmacja, np. Wizualizacja. Albo coś.

    To może śmiesznie dla Was zabrzmi, ale jak przyszedł czas dla nastolatki wybrania życiowego celu… postanowiłam, że moim celem życiowym jest być szczęśliwą. I wiecie, udaje mi się. Bez wizualizacji:)

    Może mam szczęście. A może umiem mieć szczęście? Cieszę się z tego, co mam, i nie pożądam tego, czego mieć nie mogę. Kiedyś wmówiłam sobie, że nigdy w realu nie poznam tak dobrze kraju, jak w telewizji. Bo taki producent wie, co jest ważne, bo jego wpuszczą tam, gdzie zwykły turysta nie ma szans zajrzeć. I on mi to pokaże lepiej niż bym zobaczyła jadąc. Parę życiowych doświadczeń potwierdziło.

    Dziś chcę zobaczyć ten kraj. Dziś przestałam wierzyć, a wierzyłam szczerze, że ekran tv da mi to, co osobiste doznanie. Dziś chcę poczuć wiatr w tych uliczkach.. dziś o tym marzę. Ale dziś to marzenie ma realne szanse się spełnić. Właściwie, po prostu trzeba się zdecydować, tylko. Kiedyś, w czasach wiary w ekran, nie mogło się spełnić.

    Może dlatego jestem szczęśliwa.

    Ania, mam kociokwik, młyn i inne takie, i niedoczas. Ale kiedyś zacznę być dla ludzi. Już niedługo. Za trzy tygodnie:)

    Buziaki

  7. Uffffffffff! Co za ulga!!! Coś takiego przeczytać. Zgadzam się całkowicie – myślenie adekwatne do sytuacji, żadnych rojeń i „tańców Apacza dookoła sracza”. Pozdrawiam serdecznie :))))

Leave a Reply