Felieton

Migrena czy atak serca? Wybieram migrenę.

A Wy, Ludziska?
Co byście wybrali?

Nie mam już grypy, więc śmiało możecie wstawiać komentarze, bez obaw, że się zarazicie wirusem.
Najbardziej spektakularnym sposobem wyzdrowienia jest – oczywiście – przeczołganie się przez ostry kryzys.
Mnie uzdrowił kryzys migrenowy i oto powstałam jak nowo narodzona, choć nadal w średnim wieku, niestety.
Albo stety.
Zależy jak na to spojrzeć, znacie tę ulubioną frazę Dziuni.

Miewacie migreny, Ludzie?
Strasznie ambarasująca przypadłość.
Zaczyna się subtelnie:
W prawym polu widzenia pojawiają mi się prześliczne srebrne nitki.
Falują romantycznie.
W bardziej ordynarnej wersji są to stada wirujących much, od których się oganiam.
Zwykle pytam wtedy: są tu jakieś muchy?
A Krzysiek na to: o nie, o nie, o nie, znoooowu.
I idzie zaciemniać sypialnię i zamykać okna.

Ale do bólu jeszcze daleko, najmarniej dwie godziny.
Najpierw dziwacznie drętwieją mi nogi i muszę chodzić w kółko, bo dostaję szału.
Wszystko zaczyna śmierdzieć trupem albo szczerą gnojówką.
Dźwięki, nawet te ciche, dostają pogłosu i słyszę je poczwórnie, jak w pustej hali.
Najbardziej przerażająca staje się ludzka mowa – dudniąca i/lub straszliwie piskliwa.
A kiedy jakiemuś psu zbierze się na szczekanie…albo sąsiadowi na piłowanie…

No mówię Wam, parodia chińskiego teatrzyku ponurych cieni.
Na tym etapie zaczynam już tęsknić do bólu głowy, bo on oznacza, że impreza ma się ku zakończeniu, za jakieś marne pięć godzin.

Ale nie.
Zanim pojawi się prawdziwy ból, muszę jeszcze przejść przez fazę zawrotów głowy, ślepoty na jedno oko i bardzo poniżającego klęczenia przed kiblem.
Mdłości, które przychodzą nagłą falą, przykuwają mnie do sracza na godzinę lub dwie. Z pustego i Salomon nie naleje, więc tylko skrzeczę, jęczę i wyję nad tym sedesem.
Wtedy dopiero pojawia się prawdziwy ból, rozrywający mi czerep na kawałki.
W mojej głowie mieszka wredny skrzat, który biega w podkutych buciorach, z maczetą w skrzaciej łapie, i rąbie na oślep. Właściwie – sądząc z natężenia bólu – jest tam tych skrzatów cały szwadron.
One tam rąbią, a ja leżę z głową przytuloną do muszli klozetowej i jęczę, jęczę, jęczę.

Wtedy przychodzi Krzysiek i pomaga mi doczołgać się do łóżka.
Zazwyczaj już w połowie czołgania muszę zawrócić nad sedes.
Później następuje faza leżenia płasko i bez ruchu, bo każdy ruch wywołuje mdłości, a te potęgują ból.
Rozumiecie zatem, że połknięcie jakiegokolwiek środka przeciwbólowego mija się z celem.
Zresztą żaden nie działa, a wierzcie mi – wypróbowałam wszystkie, jakie kiedykolwiek istniały.
Przez większość życia modlę się, żeby migrena dopadała mnie w dni wolne od zajęć. Zazwyczaj tak właśnie jest, z jakiegoś powodu, ale…
Raz złapało mnie w czasie prowadzenia treningu i biedne, wystraszone uczestniczki wezwały pogotowie. Myślały, że mam co najmniej udar mózgu. Innym razem rzygałam w lesie płosząc ptaki i grzybiarzy, a cały autokar wściekłych podróżnych mi kibicował: zdechnij albo wróć i jedźmy dalej.

Tym razem jednak miało być inaczej.
Teraz ja miałam panować nad migreną a nie na odwrót.
Tylko czekałam, żeby nadeszła, żeby pokazać jej, kto tu rządzi.
Oto bowiem jestem w posiadaniu leku na migrenę. Nazywa się Maxalt i zawiera rizatriptan. Już samo brzmienie działa przeciwbólowo, co?
Nie trzeba go połykać, rozpuszcza się w pysku, więc jakby na miarę zrobiony, dla mnie.
Usłyszałam  jakiś czas temu, że skutecznie przerywa atak migreny i od tamtego czasu próbowałam wyżebrać receptę od mojego GP.
Nie było to łatwe, Ludzie.
Lek jest drogi a ja jestem biedna i za leki nie płacę. Dlatego mój GP musiał skonsultować się w tej sprawie z kimś ważniejszym. Zważywszy na kilkumiesięczne czekanie, pewnie z ministrem zdrowia.

Tak czy inaczej dostałam upragnioną receptę dwa tygodnie temu, aptekarz wręczył mi (very, very expensive!) niebieskie plastikowe pudełeczko z trzema cudownymi tabletkami, każda w pancernym opakowaniu.
Od tamtej pory o migrenie myślałam z głęboką pogardą: spróbuj mi skoczyć, wredny skrzacie z maczetą!

Dlatego kiedy wczoraj rano zobaczyłam srebrne nitki w prawym oku, wcale się nie przejęłam.
– Do booju – zaśpiewałam radośnie i poszłam po moje magiczne niebieskie pudełko.

I wtedy popełniłam okropny błąd, Ludzie.
Przeczytałam ulotkę.
A tam.
W zgrabnej kolumnie.
Ujęto.
Skutki.
Uboczne.

Wśród nich: nagły wzrost ciśnienia tętniczego, wstrząs anafilaktyczny, udar mózgu, atak serca.
Czemu miałabym włożyć do ust coś takiego?

Wiecie, jak to ze mną jest, Ludzie.
Już Wam mówiłam, jaka ze mnie szczęściara – mam skutki uboczne i działania niepożądane nawet po wodzie z cudownego źródełka.
I tym sposobem, po raz pierwszy mając wybór – wybrałam atak migreny.

Kiedy po dziewięciu godzinach atak minął, wiedziałam, że dokonałam właściwego wyboru.
Zdecydowanie nie zamienię migreny na atak serca.

Swoją drogą, nie ma wspanialszej chwili niż ta, w której ze zdumieniem zauważam, że ból minął. Ulga jest tak dojmująca, że łażę po domu i powtarzam: nie boli, nie boli, już mnie nie boli.

W ślad za tym wpisem migrenowym, jutro pokażę Wam pewną głowę i opowiem o rajskim ogrodzie na hałdach węglowych. Bo jak już pisać o głowie, to pisać. Sami zobaczycie, że głowa, to nie jest tylko głowa. To coś więcej, znacznie więcej.
Brzmi jakbym bredziła w gorączce?
Nie szkodzi.
Ja wiem, co mam na myśli, a Wy dowiecie się jutro.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich tych, którzy mnie serdecznie pozdrawiają.

5 komentarzy

  1. Aniu:-)
    Dziękuję, że mnie pozdrawiasz bo Cie pozdrawiam. Tak czy tak Cię pozdrawiam:-)))
    Co prawda nie mam migreny, a moje bóle mają bardziej przyziemne przyczyny. Ale jedno jest pewne: ulga, to jest to, co Stwórcy wyszło chyba najlepiej z wszelkiej jego twórczej działalności:-)))

  2. No… miewam czasem migreny, nic fajnego, bo bywa, że one trwają dłuuuużej, ale przynajmniej jest tylko ból, bez rzygania, ślepnięcia i zaburzeń mowy oraz wszelkich innych dodatków.
    Do pocieszenia – też dostaliśmy kiedyś mega – lek na migreny, Imigran, skutkiem ubocznym mogła być… śmierć. Poza tym wszystkim, co u Ciebie oczywiście.
    Owca wzięła (spray do nosa), pomogło. AardvarK wziął i … nic, kompletnie. Stara poczciwa pyralgina była lepsza. Może zatem lek nic a nic by nie pomógł, a tylko zaszkodził – więc to bardzo dobry wybór był.
    Czuję się pozdrowiona i od-pozdrawiam.

  3. To mnie też. Na pewno. Chociażem wagarowiczka. Ale już wyczytałam wszystko, co dawniej… baaardzo spóźnione, no ale zawsze… życzenia imieninowe plus ogromny, podniebny… e, nie ma takiego słowa… zachwyt nad zdjęciami z najgłębszego jeziora. To jest ten impuls, który kiedyś:) zwlecze mnie z łóżka o świcie, a właściwie przed. Tak, świt to jest to, jak się chce zdjęcie na poziomie. No a wczoraj miałam taką okazję.. kładłam się coś po czwartej, to przecież już niedługo, i nawet taka myśl błysła.. no ale nie miała siły przebicia, rzadko co ma taką siłę o czwartej:). A jakbym wczoraj to obejrzała, to by myśl ma w siłę urosła. Jeszcze jak!

    Migrena mi obcym doznaniem, tylko te okna zaciemniam, na paluszkach chodzę i nie oddycham głośno, a dzieciarnię pacyfikuję bezlitośnie. Mimo to wybieram atak serca:), tak naprawdę wybrałam perforację jelit, oczywiście ze skutkiem śmiertelnym. Ale że najczęściej nie miewam żadnych skutków ubocznych, pocieszam się po głupim czytaniu ulotki (te reklamy każące je czytać to jakiś sadysta wymyślił, prawda?), że to był jakiś jeden przypadek na tysiące… teraz nawet wiem, czyj:)

    Buziaki, a na priv prezent… chyba? To znaczy, jak Ci się spodoba, jak nie, to znęcanie się nad odbiorcą:)

  4. 🙂 Tulę Mocno 🙂 nigdy nie czytam ulotek właśnie z powodu skutków ubocznych :] wtedy czuję się zdrowsza 😉 wybrałabym jednak migrenę :*

  5. To dziwne, bo ja też mam skrzata, ale w żelaznych buciorach z tyłu głowy. Na szczęscie to nie migrena tylko zwyczajny ból głowy więc łykam proszek i naprzód.

Leave a Reply