Ze stanu zombigrypowego wyrwała mnie okropna myśl, że lato zaraz się skończy, a przecież nawet się jeszcze nie dla mnie nie zaczęło.
Stoczyłam się z materaca boleści z wielką wiarą w siłę wolnej woli. Mojej woli.
Woli wyjścia na powietrze, na świat, na szerokie pola, gdzie ptaki nad głową i ten teges…
No wiecie, o co mi chodzi.
– Zbieraj graty – wycharczałam – jedziemy połazić.
Krzyśkowi nigdy nie trzeba tego dwa razy powtarzać.
– A grypa? – spytał dla porządku.
– Pod kontrolą – zapewniłam. – Wirus jest na krótkiej smyczy.
Nie był.
Ale i tak było fajniście.
Cenną (jedyną?) zaletą mieszkania w St Helens jest bliskość morza; trzydzieści minutek i wjeżdżamy do Formby.
Przepadam za tym miejscem, należącym do National Trust.
Zaraz Wam pokażę, dlaczego.
Kochani Ludzie, to jedno z tych miejsc, w których czuję się wolna. Cokolwiek się dzieje. Cokolwiek mi spada na łeb.
Czuję się wolna.
PS. Darek, zrozum mój punkt widzenia. Zrozum: wirus grypy też musi zostać wyprowadzony na spacer.
Co?
Nie musi?
Ale ja muszę, inaczej się uduszę, oszaleję i nie doczekam szczęśliwego finału.
Uśmiech.
















zdjęcia: Krzysztof Nowakowski
No cóż,jesteś dorosłą osobą i mam nadzieję rozsądną. Więc rób jak uważasz, tylko uważaj jak robisz.Zdjęcia ładne, ale nasze łąki są piękniejsze, bo nasze i swojskie.
„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi”
A.M.
O Jezu jak ja Ci! Zazdroszczę! Tego morza blisko. Nasze łąki są nasze, ale tam jest PIĘKNIE! Po prostu. Ach!
Zakocham się w Anglii 🙂 mimo wszystko 🙂 Anno jak zdrowie dzisiaj? Mam nadzieję, że lepiej 🙂 Pozdrawiam Gorąco 🙂
No ja niestety też zmuszona jestem paluszkiem pogrozić.. z grypy nie warto sobie żartów robić, bo jak ona zażartuje, to tak wiesz – prosto w serce :/