W ten oto – wcześniej opisany sposób – stałam się osobą czekającą na niezwykle ważną przesyłkę.
Która miała być wysłana w poniedziałek i osiągnąć cel we wtorek rano. Tak zapodał Głos Allianza, no nie?
Czekałam, rytmicznie rzucając się do kuchennego okna:
Wtorek – listonosz był o 12.11 – nie przyszło.
Środa – nie przyszedł listonosz.
Czwartek – listonosz był o 13.12 – nie przyszło.
Piątek – listonosz był o 12.21 – przyszło.
Przy-szło.
Przypełzło.
Bo musiało pełznąć, choć koperta ozdobiona była znaczkiem first class.
Strajku poczty nie było, była tylko ładna pogoda, co wszystko tłumaczy i wiele wyjaśnia.
Dodam, że od wtorku do piątku wsłuchiwałam się w Mozarta, próbując wyjaśnić, gdzie i którędy została wysłana moja polisa. Za każdym razem Głos Allianza pocieszał mnie, że nie ja jedna na coś czekam.
Doceniając filozoficzną głębię tego stwierdzenia, ćwiczyłam jednak na nich mój potoczny angielski: this is very important to get that sheet on time!
Będąc cudzoziemką, pozwalałam sobie wymawiać słowo sheet niepoprawnie, jeśli rozumiecie, o co mi biega.
W piątek o 15.17 znalazłam się znowu w moim ulubionym miejscu: w poczekalni Police Station, St Helens, Merseyside.
Tym razem wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
Plastikowe krzesła były zajęte, w środku unosił się zaduch rzadkiej urody: skarpety, old szajs, kupa niemowlęcia, pachy perfumowane i pachy a la naturel, tłusty czizburger z cebulą i merkaptany.
Dopiero po godzinie domyśliłam się, że trafiłam na porę sign in, czyli czas, w którym towarzystwo z zawiasami przychodzi meldować się u konstabla.
Dama, na oko trzysta kilo patrzyła na mnie wrogo, nie wiem czemu. Mogę się tylko domyślać, że chodziło o moją reakcję na jej dezodorant. Bo wiecie, pewne warstwy społeczne tutaj bardzo dbają o to, żeby nie śmierdzieć. Zauważyłam to już w licznych pracach: krótkie powąchanie pachy i obwite spryskanie ciała dezodorantem. Robią to osoby płci obojga. Ja, niestety, reaguję zawsze tak samo: zaczynam rzęzić.
Jak zarzęziłam w tej poczekalni, to dama pomyślała pewnie, że jakaś zasrana księżniczka ze mnie. A przecież to zwykła alergia, Ludzie.
Dama trzymała na podołku niemowlę, które trzymało tę kupę w pieluszce.
Ale tatuaże miała wypas!
Zielono-różowe rękawy z tatuaży, ale bałam się bliżej przyglądać.
Niemowlę od czasu do czasu włączało syrenę, wtedy wielka mama potrząsała nim energicznie i milkło na jakiś czas.
Za to włączały się inne dwa stworki, na oko dwuletnie, trzymane na uwięzi w wózku dla bliźniąt. Ich mama w tym czasie wrzeszczała w komórkę: you fucking lazy bastard, I’’ll kill you!
Kilka innych osób też rozmawiało przez komórki, a każdy czymś komuś groził, albo na kogoś wrzeszczał.
Kiedy przyszła moja kolej podejść do pleksiglasowej szyby, zmówiłam paciorek dziękczynny i z dumą podałam oficerce Neill nowiusieńką polisę, MOT, mandat i uśmiech.
Wyglądała na zmęczoną, więc uśmiech był naprawdę śliczny.
– Jesteś out of time – warknęła na mnie zmęczona oficerka. – Twój czas minął.
– Nie jestem! – zaprzeczyłam. – Mam czas do dziś do północy.
– Jest po czasie – powtórzyła policjantka. – Miałaś czas do Thursday midnight.
– Ale ja już tu byłam – tłumaczę spokojnie. – Okazało się, że nie mam polisy i właśnie rano ją dostałam…
– Thursday midnight.
– Przecież dopiero dziś dostałam pocztą…
– Thursday midnight.
Nagle poczułam, jak trafia mnie szlag.
Trafił was kiedyś najprawdziwszy szlag?
– Chcę natychmiast rozmawiać z twoim kolegą, który dał mi czas do piątku!
– A ja nie wiem, co to za kolega.
– Nic mnie to nie obchodzi! Dawaj kolegę! – wrzasnęłam cienko.
– Chwileczkę – powiedziała oficerka i schowała się za monitorem. Zaczęła stukać w klawiaturę, co chwilę zerkając na mnie z obawą.
Trochę mi przeszła furia, więc pytam:
– Co ty tam robisz?
– Wdrażam procedurę – ona na to.
– Czyli co?
– Za niedotrzymanie terminu idzie się do sądu.
Zrobiło mi się biało przed oczami, potem ciemno, znowu biało.
Słowo: court podziałało na mnie jak jakaś mózgowa viagra. Zauważyłam, że stoję, więc idąc za impulsem wyciągnęłam przed siebie złożone dłonie i:
– No dalej, już! No, na co czekasz, aresztuj mnie! Przecież jestem wielką kryminalistką, największą w ju-kej, co?
– Calm down, calm down – przeraziła się policjantka. – Nikt nikogo nie aresztuje przecież.
– A po co sąd? – drę się dalej. – Od razu mnie zamknij, będzie taniej! A najlepiej mnie zastrzel, przecież taki ze mnie przestępca! Chcesz mnie zastrzelić? Strzelaj!
Chyba mi odpierdoliło, Ludzie.
Wystraszyłam tę kobitę, wariaci są straszni przecież.
– Zrobimy co innego – zaproponowała bardzo łagodnym i ciepłym głosem. – Napiszesz oświadczenie, że byłaś, potem czekałaś, oficer dał ci czas do piątku i przyszłaś na czas.
– Great – powiedziałam grzecznie. – Przecież tak właśnie było.
Rozstałyśmy się w zgodzie, ale ja temu nie ufam.
Czuję przez skórę, że to jeszcze nie koniec.
Zresztą mandat i tak będę musiała odsiedzieć w areszcie.
Dokładnie 28 godzin i 48 minut. Wedle cennika dla kryminalistów.
To by było na tyle, jeśli chodzi o jazdę bez MOT, ufanie, że dokumenty są tam, gdzie być powinny i naiwną wiarę w to, że jeśli miły oficer mówi Friday midnight, to tak jest.
W areszcie powinni siedzieć przestępcy.
Dla półgłówków mogliby wymyślić inne kary.
Jakieś batożenie, sprzątanie posterunku policji, albo łaskotanie na śmierć.
Zobaczymy, Ludziska czy akt czwarty nastąpi…
Nooo Pani Aniu zaczynam się Pani bać. Tak dołożyć policjantce-oficerowi. Strach pomyśleć co było by gdyby to był facet. Ale to dobrze, czasem taki wybuch gniewu pomaga rozładować stres,i”Niech narody wżdy postronne znają,iż Polacy nie gęsi,i swą Nowakowską mają”.
Aniu… :))) totalnie mnie powalasz! Opis zdarzeń jest po prostu fenomenalny! no jakbym tam była! co nie oznacza, że chcę! oczywiście… 😉
Zastanawiam się jak to jest, że kiedy czekamy na jakąś przesyłkę w danym terminie to jest to na miliard % pewne, że właśnie w ten dzień oczekiwany wielce nie dotrze do nas!?
Zachowanie Twoje względem powyższej sytuacji… no kurde pokerowe! Pewnie jakbyś tak planowała to by nie wyszło, bo by Cię zeżarł strach… a tak 🙂
Mam jednak nadzieje, że wrażenie wywarłaś oczekiwane i skończą już na ten czas Cię gnębić.
Bo jak babcie kocham… shit! Jak dziadek mawiał w sytuacjach krytycznych, wpierw spluwając siarczyście „Kurwy a nie ludzie!”.
Czego tym razem jednak nie życzę 😉
Powodzenia Anula! trzymam kciuki nadal!
🙂 pozdrawiam
Hm… no i po co się przejmować, że się Człowiek jak Wariat zachowuje :))))))) o ile osiągnął swój cel z wynikiem pozytywnym :)))) to już będzie koniec sprawy :)))))))))) Pozdrawiam :))))
Za każdym razem jak wchodzę, szukam pół godziny belki z napisem: [Dodaj komentarz] NIE MA takiego!!! No to się poddaję. Ale dziś się uparłem z okazji powrotu. Tylko swojej głupocie zawdzięczam, że kliknąłem w Komentarze() bo normalnie, na to w takie coś klika się, jak chce się poczytać innych. A mam sprawę – chcę wiedzieć za co zamkną i czy moralnie będzie, jak wyślę ci (po zamknięciu) jakieś cygara. Teraz wiem, że to normalne wariatkowo i nie tylko powinno ale wręcz trzeba pomóc rodaczce w kraju prymitywnym będącej.
To daj znać, kiedy zafundują ci darmowe wczasy z niebem w kratkę. Buziaki – tenmen
Widzę tu pomocną dłoń. Nie wiem ile kosztuje paczka markowych cygar, ale przypuszczam, że taniej będzie spłacić ten mandat, a za resztę można zaprosić autorkę do dobrej restauracji,w której występuje James Blunt.
Aniu, każdemu by odpierdoliło na Twoim miejscu:), widzę, że ostro dałaś dżezu pani urzędnik z UK. Jak zrobisz kolejną awanturę, to Ci tę odsiadkę też darują;D
Pozdrawiam
CC
Tak się zastanawiam od jakiegoś czasu..
Żadnej bliźniaczej kropli szelmowskiej krwi z niejaką Joanną Chmielewską Ania nie ma na żył dnie? 😉
Buźka!
🙂