Jak zostałam znaną kryminalistką – akt drugi

W poniedziałek, 1 czerwca słoneczko grzało od rana, więc powinnam była wiedzieć, że nic nie jest w porządku.
Tu, w Anglii, trzeba się podejrzliwie wszystkiemu przyglądać, kiedy jest ładna pogoda. Bo słońce oznacza, że limit fajnych rzeczy został wyczerpany i reszta jest do dupy.
Ale ja zawsze daję się nabrać pozorom.

Idę na tę Police Station i szukam wejścia, omijając szerokim łukiem duże, szklane drzwi. Otwarte zapraszająco.
Ale nie jestem głupia, nie weszłam w nie. Prowadziły one bowiem do aresztu.

Znalazłam inne, nie tak szeroko otwarte.
Wchodzę do recepcji, a tam puściutko, bo ranek wczesny.
Nacisnęłam guziczek przy pleksiglasowej szybie i pojawił się życzliwie uśmiechnięty enquiry officer, czyli urzędnik do zadawania pytań. Czyli: ja pytam – on odpowiada i na odwrót.
Chyba.
Bez tego rynsztunku do obezwładniania i zabijania, normalnie: człowiek – bez – pały.
To lubię i wtedy się nie boję.
Bo tak ogólnie to się boję. Nigdy nie wiadomo, jakiemu psychopacie dają do łapy broń i kajdanki.
Spoko, to tylko stres pourazowy z lat osiemdziesiątych, Ludzie.
A, no i przecież jestem w Anglii.
Tu się kocha policję.

– Przyniosłam papiery i mam tu mandat – uśmiecham się uroczo do pytanioficera.
Przecisnęłam papierzyska przez szczelinę w pleksiglasie, rozsiadłam się na krześle, aż jęknęło ze zgrozy i czekam.
Urzędoficer odpalił komputer i stuka, stuka, stuka.
Później zabrał się za moje papierzyska i czyta, czyta, czyta.
Obserwuję go, bo co tam jest niby do czytania, żeby to tyle trwało?

– Nie masz ważnego ubezpieczenia – mówi do mnie po dwudziestu minutach, patrząc surowo.
Patrzy na mnie przez ten pleksiglas i przez swoje okulary, a ja na niego z otwartą gębą.

– No jak – nie mam? What are you talking about? Przecież co miesiąc ściągają mi z konta pieniądze, a poza tym masz tam całą teczkę papierów! Trzymasz je w prawej ręce
– podpowiadam mu dla pewności.
– Tu jest dużo różnych papierów, ale żaden z nich nie jest certyfikatem – odpowiada spokojnie pan zapytajnik.

Nie kumam.
Co roku dostaję taką samą teczkę i w środku zawsze jest kupa papierów, broszurek, ulotek i polisa.
Chyba.
No bo jak inaczej?
Jeszcze nigdy nie była mi potrzebna.
Nie sprawdzałam. Pakiet, to pakiet.

– To gdzie moja polisa? – pytam z nadzieją, że on jest jakimś telepatą-jasnowidzem i wie.
– I do not know – jednak nie jest, cholera. Tym telepatą.

Za ładna pogoda – przypominam sobie.
Za ładna, żeby sprawy toczyły się gładko.

– Zadzwoń do ubezpieczyciela, może oni wiedzą. Masz kilka dni, zanim minie siedem dni – pociesza mnie policpytacz.
– A jak nie znajdę na czas? – niepokoję się.
– Musisz. Tu jest napisane, że musisz pokazać, więc musisz. Termin mija… – pan sprawdza w komputerze –  we Friday midnight.
Zapamiętuję sobie ten Friday midnight, powtarzam w myślach, żeby nie zapomnieć.

Pędzę do domu i dzwonię do Allianz.
– Czy wy mi przysłaliście moją polisę? – pytam po czterdziestu ośmiu minutach słuchania Mozarta w słuchawce. I po dziesięciu minutach udowadniania, że ja to ja i to właśnie ja dzwonię, w swojej sprawie.
– Hold on – poleca mi Głos Allianza i włącza się Mozart na kolejne siedemnaście minut.
W tym czasie zakładam się z Krzyśkiem, że pierwsze zdanie będzie zaczynać się od słów: we are sorry, but.
Co prawda oboje się zgadzamy, więc oboje wygramy albo przegramy, ale co z tego?

– We are sorry (wygraliśmy!). Nie wysłaliśmy ci polisy. Wysłaliśmy w lutym całą teczkę, ale polisy nie.
– A to z jakiego powodu? – pytam profesjonalnie.
– I do not know – brzmi równie profesjonalna odpowiedź. – Ale jeszcze dziś po południu wyślemy. Pierwszą klasą, to jutro rano dostaniesz.
Uspokajam się zatem, chociaż Krzysiek usiłuje mnie zdenerwować, wyczytując na portalu BBC, że brytyjska poczta ma ogłosić strajk.
Patrzę na niego tak, jak tylko wredna suka potrafi i odechciewa mu się proroctw.

Jest jeszcze kwestia nieszczęsnego mandatu, o który w tym wzburzeniu nie zapytałam. Przecież i tak nie będę miała go z czego zapłacić, do diabła.
Nawiasem mówiąc, to mój drugi mandat w życiu. Pierwszy, to był bilet na pokutu, otrzymany na Słowacji w 2003 roku. Za wjazd na głębokość 13,5 metra do lasu. Wolno było wjechać tylko na dziesięć metrów, Ludzie. Wysikaliśmy się wtedy za trzysta koron, co majątkiem nie było, ale zawsze. Czułam się jak jakaś dama, płacąc tyle za kucnięcie w krzaku. Na dodatek w krzaku jeżyn.

Czekając na obiecaną polisę, zajęłam się przyjemniejszymi myślami. W końcu nie można mieć aż takiego pecha, żeby na  poczta zastrajkowała właśnie wtedy, kiedy ja czekam na super-hiper ważną przesyłkę, co?

A ponadto: żaden pech nie istnieje. Do licha. Nie istnieje, powtarzam.

Akt trzeci nastąpi…

4 komentarze

  1. oby się na tym trzecim pomyślnym akcie skończyło! tak życzę… bo nie ma pecha, ani żadnego złego uroku nad Tobą Aniu! no po prostu nie ma! kurde mać!
    jak to mówią do trzech razy sztuka i oby się ziściło…

    dobrego jutra 🙂

  2. Oj czepiasz się tych urzędników.No skąd taki urzędnik Allianz miał wiedzieć,że ty potrzebujesz ubezpieczenie,a nie druki reklamowe.On już się taki urodził,ze znajomościami,a nie z kompetencjami.I ta jego praca,taka stresująca,ci petenci,którzy wiecznie czegoś chcą,te hektolitry wypitej kawy.Przecież taki człowiek nie jest w stanie myśleć logicznie.Z jego punktu widzenia,klient ważny jest do momentu podpisania umowy.Jeszcze jeden frajer,będzie premia.Życzę burzowej pogody,może wtedy limit szczęścia wystarczy na załatwienie choć jednej sprawy.

  3. A ja myślałem Aniu, że jestem jedyny, co wypadł sroce spod… Parę dni temu dostałem 240,-. W plecy. Kary za… niedoładowanie komórki. Kurde noga, nie miałem kasy. Myślałem, że wystarczy jak mi wyjściowo telefon zablokowali. Bo oczywiście zablokowali, chociaż kasy zasilone chyba na pół roku (przy dzwonieniu – „obfitym” Krystyny. A tu dupa. Dzwonić nie musisz, ale zasilić – tak. A człowiek chciał tylko miesiąc „odpocząć”.
    Pozdrawiam:)

  4. widzę, że urzędnicy wszędzie tacy sami 🙂 Będzie Dobrze :))) zobaczysz :))) a strajku nie będzie :))) Pozdrawiam Gorąco

Leave a Reply