Najpierw odpowiem na pytania:
Tak, Iza. Wiem.
Nie, B**A, nie zostałam zjedzona (czy tylko rozszarpana) przez kosmicznych kolesi o wyłupiastych oczach i cuchnącym oddechu.
Chociaż…czekaj.
Zależy, jak na to spojrzeć.
Właściwie, to owszem.
Zostałam zjedzona i właśnie przechodzę przez układ trawienny.
Stwora.
Zwanego systemem.
Akt pierwszy
28 czerwca rano pojechałam do mojego dżi-pi. Jakieś pół mili (patrzcie, jaka jestem cholernie angielska!) od chałupy. Coś się za mną wlokło przez całą drogę, ale dopiero na parkingu zwróciło moją uwagę. Granatowy Peugeot przyblokował mi wyjazd, stając prostopadle do mojej dupy. Wysiadłam, kląsknęłam zamkiem centralnym i słyszę:
– Ana Nuokasko?
Coś, jakby o mnie, Ludzie.
W powietrzu rozległ się ten głos.
Rozglądam się, patrzę w niebo, ale tam nic, tylko niebo.
Z Peugeota wyłazi dużego rozmiaru kobieta.
Na niej czarna kamizelka kuloodporna z napisem POLICE, u biodra gnat i obrączki-na-rączki, przy ustach łoki-toki na krętym kablu.
– Ana Nałuwkoski?- pyta, otwierając zapraszająco tylne drzwi cywilsuki.
Nie mam szans wyparować ani się obudzić, więc wsiadam grzecznie.
Drzwi bez klamki – bęc – i już jestem więźniem, bo sama nie wysiądę – uświadamiam sobie. Muszę zostać wypuszczona.
Robi mi się słabo, bo w środku pachnie pachami.
I jeszcze to, że nienawidzę być zamknięta. Dostaję wtedy lekkiego pierdolca i system mi się zawiesza, ten centralny-nerwowy.
– Czy wiesz, że jazda bez ważnego MOT jest nielegalna? – pyta policja, dźgając palcem ekran komputera na desce rozdzielczej.
– No… – stękam po polsku.
– To, że nie wiesz, nie zwalnia cię w tym kraju od odpowiedzialności – przestrzega surowo władza.
Kiwam łbem monotonnie, osuwając się z lekka w stronę podłogi.
Z tego, co pamiętam, to jeszcze rozmawiamy przez jakiś czas. No tak, tłumaczę się głupawo, choć prawdziwie, że kiedy opłaciłam podatek drogowy i ubezpieczenie, to zabrakło mi na MOT, ale przecież to tylko kilka dni, niech tylko przyjdzie moja renta, zaraz całą wydam tylko na przegląd, bo jeździć muszę, bo, bo, bo.
No bobo.
Popłakałam się, kurwa, jak bobo.
Wystraszyły mnie te policewomen, bo druga była jeszcze większa, ta, co nie wysiadła.
I to zamknięte ciasne wnętrze, Ludzie.
Usmarkałam się po pas, aż stanęło na tym, że mi wypisały mandat. Duperelka, w wysokości mojej dwutygodniowej renty. Mogły tego nie robić.
Mogły poprzestać na ostrzeżeniu.
Ale.
Z drugiej strony:
Mogły też odholować mnie na parking policyjny i puścić piechotą do domu.
Czyli źle, ale nie aż tak źle.
Jak mogło.
Być.
Dostałam też pisemne polecenie, żeby w ciągu siedmiu dni stawić się na posterunku policji i okazać:
1. Ważne MOT.
2. Certyfikat ubezpieczenia auta.
Upewniłam się jeszcze (szlochając), czy jest gdzieś jakaś instancja, do której mogę pójść na kolanach i błagać o umorzenie mandatu.
– Gdzieś jest – brzmiała odpowiedź.
Ucieszyłam się.
Pierwsza duża wysiadła i otworzyła mi drzwi, za co miałam ochotę pocałować ją w rękę.
Ulga jest tak przejmująco radosnym uczuciem, że ma się ochotę całować w dupę cały świat, co nie?
Kochani Ludzie, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Najadłam się strachu i wstydu, należało mi się.
Jeszcze tego samego popołudnia rozpoczęłam rozpaczliwą akcję „kto mi zrobi przegląd techniczny za małe pieniądze i na raty”.
Nie znalazłam takiego, ale znalazłam inne rozwiązanie. Miałam coś wartościowego, małą pamiątkę lepszych czasów i wymieniłam ją u pewnego Polaka, który znał innego Polaka na pewną przysługę (ocenzurowano). Wystarczy, jak powiem, że już w sobotę rano miałam ten cholerny przegląd.
Dzięki czemu w niedzielę śmigałam po Peak, jak pamiętacie.
Przy okazji mojego kontaktu z Dobrym Człowiekiem z Polski usłyszałam to:
– Ale ty, kurwa, to jakaś pechowa jesteś. Tu, kurwa, Angole jeżdżą miesiącami bez MOT, bez taksu i bez inszuransu. Ty to, kurwa, jakaś pechowa jesteś, ale jaja. Chachacha.
Chachacha, Ludzie.
I jeszcze: uchachacha.
W poniedziałek, pierwszego czerwca – całkiem spokojnie – zabrałam moje nowiusieńkie papiery MOT oraz paczkoteczkę z papierami od ubezpieczyciela wozu. Pojechałam na Police Station, pewna, że moje kłopoty prawne dobiegają końca.
Pomyliłam się, bo ja zawsze się mylę.
Moje prawdziwe kłopoty właśnie się zaczynały.
Akt drugi jutro, czyli cdn.
uhhh… Chyba naprawdę masz dar wpadania w kłopoty po same uszy. Ale ponoć każde doświadczenie czegoś uczy. Tylko dlaczego tak boleśnie trzeba zostać doświadczonym, żeby cokolwiek zrozumieć…:(?
Cholera Jasna zaczynam podejrzewać, że wisi nad Tobą jakaś cholerna klątwa, albo urok może jakaś wizyta u wróżki, która odczyni coś tam, coś tam… 😉 No cóż Ja takiego pecha też mam, wczoraj sama osobiście podbiłam sobie oko :/ swoim własnym oknem gdy goniłam latające srające wszędzie gołębie.
Ściskam Mocno….
PS: nienawidzę zapachu naturalnego człowieka w pełni Ciebie rozumiem.
Gen szczęścia nie istnieje, pech nie jest wrodzony a nabyty, ot przyczepi się taki, wczepi pazurami i nie chce odejść. Czy my na pewno żyjemy? Czy czasami nie jesteśmy w mitycznym czyśćcu? Czy to co nam się przytrafia to kara za nasze poprzednie życie? Dlaczego więc go nie pamiętamy? Jeśli to kara , to chciałbym Prezesie wiedzieć za co? No ale pojechałem muszę kończyć, bo mój cenzor patrzy przez ramię na każdą wklepaną literę. Miss Ann keep smiling. Jutro będzie lepszy dzień.
Ps. Zmieniam nick, bo mój cenzor oświadczyła: „I tak jej powiedziałam, że to ty.”
FAK! współczuje :/
trzymam kciuki za lepsze jutro!
ściskam ciepło Aniu
p.s. historie samochodowe widzę, że bywają bardzo czerwcowe :[ mnie taki 2-go popchnął, że mam siniaka na pół uda… eh…
bez samochodu źle z samochodem też nie dobrze…