Felieton

Nieustająca żałoba po glanach w kwiatki

W głębinie nocy, pośród wycia wichru, kiedy wszyscy pogrążyli się już w swoich snach, pełnych nocnych zjaw i proroczych wizji i tylko bliski pełni księżyc złowieszczo łypał w dół zza kłębów pędzących po niebie chmur, przeczucie czegoś strasznego i groźnego wyrwało mnie ze snu na sekundę przed tym, jak lodowato zimny strumień chlusnął mi w twarz zalewając zaspane oczy i usta otwarte do krzyku.

Analiza wyżej popełnionego zdania podpowie Wam, Ludziska, czym się ostatnio zajmowałam.
A…. redakcją literacką.
Właśnie.
Ja tak nie piszę, przestałam układać długie ozdobne zdania, kiedy skończyłam liceum. Wolę pisać tak, jak kiedyś śpiewałam, w rytmie bluesa.
Swobodnie.
Gawędząc.
Improwizując.
Szukając melodii w słowach.

Dlatego muszę się dyscyplinować, żeby nie zmieniać cudzych długich zdań w moje krótkie.
Kiedy kończę pracę i zaczynam czytać dla przyjemności, łapię się na poprawianiu w myślach wszelkich niedoróbek. Wywalam podświadomie wszystkie: jednak, owe, oświadczyła i takie różne stworki. Mam szóstą klepkę, która wyłapuje każdy zgrzyt, jak sitko. Na tym sitku zostają językowe kiksy. Pozostaje czysty, gładki tekst. O czymś.
Albo o niczym.

Lubię pracować ze słowami.
Żałuję, że nie mam zdolności plastycznych, zawsze żałowałam.
Próbowałam nawet udawać, że je mam. Pomalowałam wszystkie słoiki, szklanki i butelki, jakie udało mi się zdobyć. Miałam półroczny napad malowania na szkle. Z rozpędu pomalowałam nawet fragment szyby w oknie.
I przeszło.
Na szczęście.
Gdzie są moje arcymalowanki?
Gdzie walają się moje ozdobione kwiatuszkami słoiki po majonezie?
Obawiam się, że jeden z moich byłych mężów (ten, który mieszka w moim mieszkaniu) zrobił z nimi to samo, co z moimi glanami.

To były glany w kwiatki, śliczne jak sen hipisa.
Kupiłam je w jakiejś dziurze (przepraszam mieszkańców Sieradza) w czasach, kiedy uczyłam policjantów rozmawiać z ofiarami przemocy. Wyskoczyłam na miasto po papierosy i ujrzałam je: martensy malowane w drobną łączkę, istne cudo.
Cena – niebotyczna i absurdalna – była przekreślona. Obok napisano wyprzedaż.
Wyprzedaż okazała się zaproszeniem do negocjacji.
– A kto to u nas kupi? – rzuciła sprzedawczyni.
– Fakt, obrzydliwość – zgodziłam się z nią.
– Mierzy pani – zachęciła mnie bez zapału – może akurat.

Przymierzyłam glany udając, że robię to ze wstrętem.
– No? – jasny gwint, pasowały jak ulał, ale starałam się nie okazać ani odrobiny entuzjazmu.
– A do pani to nawet tak jakby pasują – zdziwiła się ekspedientka. – Pani se kupi, opłaci się.
– Jak się opłaci? – zapytałam ostrożnie – chyba darmo musiałyby być, żeby się opłaciło.
– A za dwadzieścia dwa?
Dwadzieścia dwa to była jedna dziesiąta ceny. Starałam się nie podskakiwać z radości. Zamiast tego przybrałam cierpiący wyraz pyska i stęknęłam:
– No dobrze. Może mojej córce się spodobają.
– Właśnie – ucieszyła się sprzedawczyni. – Młodzież czasem lubi takie… takie…
Moja córka chadzała już wtedy na obcasach i patrzyła z politowaniem na moją kolekcję pepegów. One też były w kwiatki. Z trudem zdobyte.
Ale daleko im było do moich nowych martensów, Ludzie.

Lubiłam nosić moje glany w kwiatki do krótkiej rudej spódnicy i zielonych barchanowych rajstop.

Kiedy trzy lata temu moja córka wybierała się do mnie z wizytą, poprosiłam:
– Przywieź mi moje glany, córcia. Tęsknię za nimi.
W słuchawce zapadła cisza.
– No co? Przecież nie są takie ciężkie – naciskałam. – Zapłacę za nadbagaż, jakby co.
– E. Hm. Nie o to chodzi.
– Nie mów mi, że…
– Tak. Powiedział, że przecież w twoim wieku nie będziesz nosić takich butów.

Mylił się.
Jak zawsze, mylił się co do mnie.
Od trzech lat duszę w sobie żal do jednego z tych kochanych byłych mężów, z którymi nie umiałam żyć, ale umiałam się kulturalnie rozstać.
Żegnajcie, glany w kwiatki. Zostało mi po was jedno z lepszych wspomnień.
Lubiłam te szkolenia dla policjantów.
Jeździłyśmy z Agnieszką R. jak cyrk objazdowy moim nowiutkim Tico i miałyśmy tylko jeden cel: przekonać tych dobrych ludzi, że ofiara przemocy nie jest sama sobie winna.

Tak mi się dziś zebrało na wspominki, bo zadzwoniła do mnie sąsiadka z Kurpiów. Dawno nie słyszany głos obudził we mnie taka falę tęsknoty, że …
Oj, Ludzie, mówię Wam.
Sam głos niczego miłego nie powiedział, tylko to, że wichura zerwała papę na mojej stodole.
Nawet nie całą, kawałek.
I że reszta we względnym porządku, mam się nie martwić.
Więc zaczęłam się martwić. Kiedy ktoś mówi mi, że mam się nie martwić, to zaczynam się martwić.
Nauczyłam się tego w Anglii. Zawsze, kiedy słyszałam don’t worry, zwalały się na mnie kłopoty.
Dlatego staram się kierować swoje myśli całkiem gdzie indziej.
Jak najdalej od mojej stodoły.

Wracając do pierwszego zdania, rzeczywiście dziś w środku nocy przeżyłam lekki horror.
Rano ryczałam ze śmiechu, ale sama chwila wcale nie była zabawna.
Wyobraźcie sobie, że wyrywa Was ze snu lodowata woda z plasterkami cytryny lądującymi na twarzy.
– To znak – orzekł mój mąż, który wszędzie węszy palec Prezesa.
Zaiste, to znak.

A raczej przesłanie: nie stawiaj nad głową dzbanka z wodą. Zwłaszcza, jeśli śnią ci się koszmary i machasz łapami we śnie.
Ale…
Moja babunia mawiała: gdzie się leje, tam się dobrze dzieje.
Czekam więc.
Niech się spełni.

Pozdrawiam Was, Ludzie.
Niech Wam się leje i dobrze dzieje.

Ania Mokra – Przeschnięta

5 komentarzy

  1. Jak dla mnie świetny tekst – mówię o tym do redakcji. 😉 Jaka szkoda, że wywaliłam ze wstydu wszystko, co pisałam w podstawówce – nadało by się do druku 😉

    I ja też malowałam – z takim samym rezultatem 🙂

  2. Nigdy nie malowałam i mam do tej pory wszystko, co pisałam w podstawówce, jakiś chętny do redakcji „Dzieł wszystkich”? :)))) Mam nawet, o zgrozo! wiersze!

  3. Ania! no zadziwiasz mnie! daj dzióba! 😉
    Przypomniałaś mi jak za pierwszą wypłatę kupiłam moje upragnione zielone gladiatory miały większy czub niż martensy heheh. Niestety nie były za tak cudowną kwotę, ale za to nosiłam je 7 lat na zmianę ze szpilkami hehe (bo ja zmiennocieplna jestem). Nosiłam do nich zielone rajstopy! serio! 😉 zieloną mini(mini) ze sztruksu i body w kwiaty, które rekompensowały Twoje z butów 😉 hahaha :)) Jak fajnie, że nie tylko ja jestem świruską 😉

    Praca nad tekstem to musi być fajna praca…

    Co do policjantów, to musiała być naprawdę ciekawa robota, aż mi się przypomniała moja praktyka w areszcie! gorąco było…

    Co do wody… to pewnie zaległy Śmingus 😉

    Miłego, ciepłego, słonecznego, uśmiechniętego Aniu

  4. Przypomniały mi się dzwony, a potem szwedy. Miałem znajomego krawca, ale strasznie pił. Szył znajomym za alkohol. Ale trzeba było mu pokazać, że się go ma, ale nie daj Boże, dać mu przed zakończeniem roboty. Potrafił uszyć w kilka godzin. I to porządnie! O rany! Szwedy, drewniaki (8 cm), na wszystkich patrzyłem z góry (2 m) :)))
    A co do tego tekstu na początku… jakoś mi… nie za bardzo:-\ Zbyt „skomplikowane”.

Leave a Reply