
Ilustracja: Bob May / CC BY-NC-SA 2.0
Przeszłam bardzo długą drogę.
Na początku szło nas więcej, ale droga była trudna. Wyczerpujące szlaki i nieprzyjazne krajobrazy, susza, a gdzie indziej powodzie, drapieżniki – głodne i niecierpliwe.
Raz po raz ogarniało mnie zwątpienie.
Po tysiąckroć przeklinałam los, który każe nam wędrować tak daleko, nie dając w zamian żadnej pewności jutra.
Tylko nadzieję.
Nadzieja musi wystarczyć.
Wiele razy myślałam, że nie podołam. Kiedy jedna z moich sióstr zwolniła swój marsz, zatrzymałam się, żeby dodać jej otuchy. Ale było już za późno na taką pomoc. A nieść jej nie miałam siły. Ledwie wlokłam za sobą nogi. Musiałam ją tam zostawić, w tym obcym świecie.
Po tej pierwszej siostrze inne też zaczęły zostawać.
Na zawsze.
Powoli docierało do mnie, że to może być daremny wysiłek. Daremna droga donikąd.
Upadałam na duchu, lecz uparcie szłam.
Noga za nogą, do przodu.
Tak, przeszłam długą drogę.
I jeszcze kilka z nas, zbyt mało, żeby nazwać nas grupą.
Wyszłam na światło z ciemności.
Wyszłam na otwartą przestrzeń z ciasnoty dusznych korytarzy.
Stanęłam w zachwycie, jeszcze nie wierząc szczęściu.
Choć moje nogi nie chciały nieść mnie dalej, zawróciłam jeszcze, żeby dać nadzieję tym, co wlokąc się z tyłu nie dostrzegają, że już są u celu. Poniosłam radosną wieść i na własne oczy widziałam, jak siły wstępują w ledwie żywe ciała.
– Jesteśmy – zawołałam najgłośniej jak potrafię. – Jesteśmy u kresu drogi, w domu!
Nie pamiętałam skąd wyszłam i skąd wiedziałam dokąd iść, ale miałam pewność, że do tego właśnie miejsca zdążałam.
Kiedy ochłonęłam trochę, a pot wysechł na moim obolałym ciele, przyszedł czas znaleźć bezpieczne schronienie.
To nie muszą być luksusy, my nie żyjemy ponad stan, ale musimy czuć się bezpiecznie.
Lecz najpierw musiałam zdobyć coś do jedzenia i to nie tylko dla siebie.
Cóż, los uczynił mnie najsilniejszą, to zobowiązuje.
Przemierzałam właśnie zupełnie płaską, białą równinę, kierując się w stronę ciemnych gór. Ich sylwetki rysowały się w oddali na tle jasnego światła. Lekki wiaterek niósł stamtąd słodki, upajający zapach.
Zapach jedzenia.
Nie jadłam od tak dawna, że zakręciło mi się w głowie.
Postanowiłam, że zjem pierwsza, żeby mieć siłę nakarmić resztę.
To stało się nagle.
Nie było żadnych ostrzeżeń.
Żadnych pomruków nadchodzącego nieszczęścia.
Moje serce też milczało – zawiodła mnie intuicja, która tyle razy ratowała mi życie w drodze.
Coś śmignęło z okropnym podmuchem, porwał mnie straszliwy wir i cisnął mną o białą, twardą powierzchnię. Aż zaparło mi dech z bólu i ze strachu.
Tuż obok mnie ziała straszliwa czeluść bez dna.
A moje nogi – kiedy już udało mi się na nich stanąć – drżały i odmawiały mi posłuszeństwa.
– Uciekać – chciałam krzyknąć, ale zabrakło mi oddechu i słowa zostały w mojej głowie.
Mojej otępiałej głowie, na którą właśnie zaczął padać ulewny, cuchnący deszcz.
Wielki Boże! – żrący deszcz.
Straciłam orientację i kręciłam się w kółko, a deszcz siekł moje ciało i chyba wypalał we mnie dziury, tak to bolało.
– Więc tak to się skończy – pomyślałam i ogarnęła mnie rozpacz.
A zaraz po niej wściekłość.
– Boga nie ma! – krzyknęłam bezgłośnie. – Nie ma cię, nie ma cię, nie ma cię!
Wtedy jakaś siła – nie wiem jak, nie pytaj mnie jak – wydobyła mnie ze środka trującej kałuży a deszcz przestał padać.
Stałam na trzęsących się nogach, otępiała z bólu i oszołomiona tym, że nadal żyję.
Wciąż żyłam, choć nie umiałam pojąć tego cudu.
Bo to przecież cud, to cud.
Cud.
Zobaczyłam nad sobą To.
Było jasne i miało różne Te.
Wydawało mi się, że To Coś mnie widzi, ale nie umiem wyjaśnić tego wrażenia.
Jak i tego, że zaczęłam do Tego mówić.
Opowiadać.
O drodze, o nadziejach i o umieraniu ze zmęczenia. O nas – że nas tak mało, a na początku było nas tak wiele. O głodzie i o słodkim wietrze zapowiadającym wielką ucztę.
Opowiedziałam wszystko, mając poczucie, że jestem słuchana.
A później zostałam sama i odnalazłam drogę powrotną do słodkich gór.
Najadłam się i za chwilę nakarmię resztę z nas.
Później znajdziemy jakiś przytulny, bezpieczny zakątek.
Niedługo będzie nas znowu wiele.
Jeśli los będzie łaskawy.
Opowieść mrówki zanotowałam dla Was, Ludzie.
Starałam się niczego nie uronić. Byłam jej to winna, bo omal jej nie zabiłam myjąc kuchenny blat sprayem ze żrącym komponentem.
Pewnie domyślacie się, że To, co miało różne Te, to moja gęba gapiąca się na to nieszczęsne stworzonko.
I też dobrze, Ludzie.
Odważna Mrówka niby, taka mała, słaba… jednak ja myli wygląd i rozmiar… Silna i Twarda Ta Mrówka :)))
Pozdrawiam :)))
Normalnie MIKROKOSMOS 🙂
A ja myślałam, że piszesz o sobie i o nas 🙂 Przepiękny tekst… A ja stukam o życiu mrówek, tych, które dotarły do tego miejsa, i tych, ktore zostały po drodze… Pozdrawiam
Hej, czy Ty się przez przypadek nie zapomniałaś?! Dziś już 28, a ostatni tekst jest z 25. Chcesz byc odpowiedzialna za moje suchoty?!
mrówka mówisz… hmmm… my to ich całe stadko…
a ja przez moment to się wczułam jak opowieść biblijną! jak o samym Mojżeszu!
poniosła mnie wyobraźnia co 😕
ale przecież o to Ci chodziło Aniu :)) bardzo lubię takie historie, które zaczynają się o jednym o kończą się o drugim, to jak w życiu… nic nie jest tym czym nam się wydaje…
🙂