[ Fragment czwartej, ostatniej części Dziuni ]
Stara chałupa miała trzy okna, jedno szklane, drugie z bielmem, a trzecie zabite deskami. Tamtego listopada, nadchodzącemu od Starych Perzów rzucałby się w oczy żółknący płat styropianu utknięty w okiennej ramie i oblepiony watą. Paskudne to było i dziadowskie, ale, prawdę mówiąc, od Starych Perzów rzadko ktoś nadchodził, a w ogóle to z żadnej strony nikt się nie kwapił, bo po co na to zadupie. (Oprócz mieszkającej kilkaset metrów w głąb lasu Mańki Pobożnej, jej syna i ich psa, ale też do czasu. A zresztą chałupa Pobożnych była jeszcze ohydniejsza, oślizła, pokryta brudem i czarnym liszajem grzyba.)
W takich okolicznościach Dziunia postawiła kilka nieśmiałych kroków w pierwszej (i ostatniej) prawdziwej ucieczce od wszystkiego, co się mieści w pojęciu “normalne życie”. Jeśli bowiem ktoś nie czuje się normalny, myślała, to nigdy się w normalnym życiu nie umości i umrze nieszczęśliwy, próbując. Dziunia nie chciała umierać nieszczęśliwa, co było głupie, bo przecież umieranie w stanie beznadziei jest chyba łatwiejsze do zniesienia, niż umieranie w poczuciu spełnienia i zadowolenia z życia. Albo i nie. Jej sprawa.
Framugi frontowego okna Dziunia uszczelniła papierem toaletowym i watą, dzięki czemu, stękając ze starości, stawiało względny opór lodowatym podmuchom. Pomimo tych politowania godnych prób uszczelnienia chałupy, niesiony wichrem śnieg w towarzystwie mrozu wślizgiwał się do środka, skoro tylko wygasał ogień pod kuchnią, i rosła biała warstewka szronu to tu, to tam. Nocą szczyny zamarzały w wiadrze, dzięki czemu było bardziej higienicznie; tak sądziła.
Trzecie okno poprzedni gospodarze zabili deskami, ponieważ w ciemnym pokoju mieszkała niegdyś krowa z cielęciem. – I tamej zdechła żryć nie dawali bo nic nie mieli bo to dziady byli to wzina i zdechła i młode z niom. – Wyrzucając to z siebie na jednym wydechu, Mańka szczerzyła radośnie miejsce po zębach, jak zawsze, gdy miała do powiedzenia coś paskudnego albo podłego. – Podłogi tyż nie mnieli tylko świnta ziemnia i tak bogiem a prawdą to tam pewnie i zakopana no bo gdzie i młode z niom a nie śmierdzi ci tam. Trupem?
To wyjaśnia kwestię ducha, pomyślała z ulgą Dziunia, przyjąwszy do wiadomości, że może mieszkać z kośćmi krów. Bo w zabitym deskami pokoju z całą pewnością żył (albo i nie żył, ale mieszkał) duch, który nocami sapał, mlaskał i muczał. Poza duchem żyły i mieszkały tam tabuny myszy; chciała z nimi po koleżeńsku, karmiła delicjami szampańskimi i bułeczką, a i tak jej wygryzły dupę w jedynych spodniach do spania. Chyba będę musiała zmienić podejście, zdecydowała, bo takie miękkie cipstwo sprowadza na mnie same straty. Ale nie zmieniła, bo niby jak, i nadal przynosiła im smakołyki. Jedna z tych myszy, a może to była nornica, przyszła kiedyś do kuchni mieszkalnej, siadła na stole i przyglądała się Dziuni piekącej skropiony wodą czerstwy chleb na kuchennej blasze. -Moją życiową strategią jest brak strategii – oznajmiła zwierzątku Dziunia, zadowolona, że ma do kogo gadać. – A jak u ciebie?
Mysz wzruszyła ramionami. Przybyła bowiem na okruszki, a nie na pogawędki.
Śniegu wtedy spadło sporo, droga była nieprzejezdna, a zresztą dokąd miałaby jechać? I czym? Śnieg jest dobry, cieszyła się Dziunia. Zatyka różne dziury, nawet te psychiczne, którymi wycieka cała radość życia i poczucie sensu. Wszystko było dziurawe; dziurawa podłoga i dach, i wszystkie cztery ściany. Podobnie jak cały jej plan ucieczki, sprowadzający się do… Cholera, nie było żadnego planu! Czysty instynkt nakazujący wiać i się kryć.
Z bloga „Skrzynki do umierania”:
Znalezione w stodole smętne resztki spróchniałego drewna lada dzień się skończą. Nie wiem, skąd wziąć suche drewno o tej porze. Kogo zapytam, puka się w czoło. Kiedyś sobie jeden z drugim dziurę wypuka. Rozgrzanie kaflowej kuchni i połączonego z nią niemrawego pieca pochłania sporo opału. A ciepło i tak ucieka szparami, dziurami, przez ściany, podłogę i sufit. Od gołej ziemi dzieli mnie warstwa desek i leżącego na nich gnijącego gumoleum, które się drze i kruszy. Pod nim odkrywam coś w rodzaju piwniczki, a w niej butelki z lepką, ciemną, gęstą cieczą. Nie podejmuję się robić próby smakowej i bardzo dobrze. Okazuje się, że to towot i nafta z lat siedemdziesiątych, gdy tutejsi jeszcze nie mieli elektryczności. Owca siedzi w cieple u matki, gdzie wszystko, co jest potrzebne do przetrwania, przybywa rurami: ciepło, gaz, woda. Matka wiecznie narzeka. Owca narzeka, że matka narzeka. Tkwią tam jak małpy w klatce i narzekają. Gdybym miała zgadywać, no cóż, mój związek raczej nie przetrwa tej próby. Więc pytam go, zniosłeś naszą pożałowania godną emigrację zagraniczną, w tym sadystycznego dewianta Boba, a boisz się myszy, kuchni węglowej i studni? On mi na to, że może wyczerpał zasoby energetyczne i już nie chce żadnych życiowych wyzwań. Jak miło, wszak mój mężczyzna nie dodał, że nie chce żadnych wyzwań ze mną u swego boku.
Pierwsze miesiące były tak ciemne, że kontury rzeczy i spraw rozmywały się w stalowoszarej, grubo tkanej materii codzienności. Dziunia wystraszyła się, że już nigdy nie zobaczy słońca, bo coś się stało Tam na Górze, coś strasznego, o czym jeszcze nie wie, żyjąc bez telewizji, radia, internetu i zasięgu w telefonie. Kilkoro sąsiadów – w ramach integracji lub (no raczej!) lustracji – pofatygowało się z wizytą, żeby z satysfakcją zeskanować jej rażące ubóstwo i ostrzec, że powinna się bać. – Dźwi se pani naprawi albo nowe brak wstawić, bo tote to kopniakiem by otworzył – ostrzegali zgodnie, jakby się umówili. – Przyjdzie taki, łeb utnie…
Długoletnie doświadczenie płynące z kontaktów międzyludzkich podpowiadało jej, że powinna unikać ludzi, którzy uważają ją za wariatkę i kręcą (gdy nie patrzy) kółka na czole. Kto przy zdrowych zmysłach zaczyna nowe życie w zrujnowanej chałupie w końcówce listopada? Ale my swoje wiemy, prawda? Odkąd ją pamiętamy, Dziunia pragnęła być Schowana. Jak nie pod stołem u Babuni, to pod wieszakiem u Pułkownikostwa. Wiemy też, że zawsze zostawała Znaleziona. To wszystko, co zwykło się określać “normalnym życiem” pchało ją, bezwolną, w przypadkowych kierunkach, to tu, to tam. Brakowało jej oprogramowania, odwagi i energii, zaś o spontanicznej, wewnętrznej radości istnienia czytała, owszem, w książkach, uznając wszakże ten fenomen za wymysł lub chwyt marketingowy.
Inni ludzie dokonywali za nią życiowych wyborów, specjalnie się nawet nie wysilając. Czynili to skrzywieniem warg, zmrużeniem oczu, zmarszczeniem brwi. W zasadzie nie musieli używać słów, chyba że dla samej przyjemności wymówienia słowa “durna”, względnie „głupia”
Przyjęła zatem do wiadomości, że jest durna, względnie głupia i nie ma pojęcia, co dla niej dobre. Nauczyła się chować w bezpiecznych czasomiejscach, we wnętrzu opowieści o cudzych życiach. Czytanie i pisanie to niezła kryjówka.
Zawsze dręczyło ją poczucie bezsensu i nawet nie było możliwe, żeby się komuś na serio zwierzyła, bo zaraz dostawała w pysk jakąś dobrą radą. Podsuwano jej też różne poradniki, na przykład jak zorganizować swój czas, żeby mieć go więcej na sprzedaż. Albo skąd czerpać energię, pośredniczącą w wymianie czasu na rzeczy. I tak dalej.
Przyroda obfituje w przykłady zjawisk niemożliwych, które są wszakże realne i dostępne obserwacji. Podobnie jak ta historia. Inna sprawa, że takie cuda bywają rozciągnięte w czasie, zatem trudne do uchwycenia. Między (teoretycznie niemożliwym) zakupem starej chałupy a (na zdrowy rozum zupełnie nierealną do zmaterializowania) decyzją o zamieszkaniu w niej na stałe minęło sporo czasu. Większość upłynęła pod znakiem bezowocnych prób zarobienia pieniędzy, które to pieniądze miały jej pozwolić na spełnienie snu o (byciu Schowaną) osobistej – fizycznej, emocjonalnej i duchowej – wolności. Ale tacy jak Dziunia nigdy nie będą mieć pieniędzy. Tego się nie da racjonalnie wyjaśnić. To wynika z (w poprzednich sezonach dość klarownie wyjaśnionego) braku odpowiednich wtyczek bądź też gniazd, do których można wetknąć coś na zachętę. -Człowiek bez ambicji to nie człowiek – powiedział jej kiedyś jeden z szefów. – Zastanów się nad sobą.
Zastanowiła się. Rzeczywiście nie była w stanie wykrzesać z siebie ambicji. Nie była człowiekiem. Jak zwykle.