
Jest sobota dwudziestego ósmego września. Na zewnątrz dość ciepło, nawet trochę słońca i świergot ptaszków. Ostatnie róże rozwijają się w pośpiechu, pachnąc. Psy drzemią na swoich posłaniach, koty zaś na moich. Tylko żyć i cieszyć się życiem, prawda? Bla, bla.
Nieprawda. Nie mogę dojść do równowagi, zburzonej wydarzeniami z 23 września. Im więcej czasu upływa, tym ze mną gorzej. Oszczędzę wam szczegółów. Jestem po prostu emocjonalnym i fizycznym pobojowiskiem. To oczywiście minie. Tylko przetrwać.
To, że przez wiele lat pracowałam z osobami doświadczającymi przemocy, pomaga mi w tej chwili rozpoznać symptomy pourazowe. Zwłaszcza te z pozoru irracjonalne, które jest trudno zrozumieć, dopóki ktoś sam nie stanie wobec przemocy: poczucie winy, wstyd, chęć wpełznięcia pod podłogę, żeby tam lizać rany. Niby chcesz, żeby ktoś cię potrzymał za rękę, a jednocześnie uciekasz od ludzi, bo są zagrożeniem. I takie różne. Z tą ogromną różnicą, że moje klientki musiały wrócić i stanąć twarzą w twarz z domowym terrorystą. Więc powinnam być wdzięczna, że mnie to nie dotyczy. Ale czy na pewno? A co, jeśli teraz, nad tą klawiaturą zasłabnę i karetka zawiezie mnie na SOR w Przasnyszu? Albo w jakiś inne przeklęte miejsce, gdzie już będzie czekał na mnie lekarz Kozakiewicz Krzysztof, szczerząc kły? Strach mam włączony na maximum. I śnią mi się robaki, których nie mogę z siebie zrzucić, muchy, myszy. Okropne, okropne, okropne sny.
Dostaję informacje, które napełniają mnie smutkiem. Oto odzywają się ludzie, którzy osobiście lub poprzez chorych bliskich mieli doświadczenia (koszmarne) z tym lekarzem. Na różnych SOR-ach w różnych szpitalach. Od lat. To trwa od lat! Nie chcieli i nadal nie chcą tego nagłaśniać pod własnym nazwiskiem. To mnie zasmuca, ale ich rozumiem i szanuję decyzję o milczeniu. Nasza prawdziwa (lub wyobrażona) bezsilność wobec systemu odbiera nam poczucie mocy i zamyka w syndromie ofiary. Ale ja nie mogę sobie na to pozwolić. Dręczy mnie bowiem wewnętrzne pragnienie sprawiedliwości silniejsze niż strach. Moralny imperatyw działania wobec krzywdy (cudzej i własnej) towarzyszy mi odkąd pamiętam, czyli od przedszkola. Taki paradoks, że ja, lękowa, nieco wycofana społecznie i nieśmiała osoba staję do pojedynku tam, gdzie odważni wymiękają. Może jestem po prostu głupia. A może to przymus reagowania wobec jawnej niesprawiedliwości, ten sam, który mają nawet małpy kapucynki, co udowodnił nieodżałowany prymatolog Frans de Waal przy pomocy ogórków i winogron.
Trochę mnie osłabiają z dobrego serca przesyłane komunikaty w rodzaju „z systemem i tak nie wygrasz” albo „nic nie możemy, za mali jesteśmy”. Ale zaraz sobie przypominam, że mnie nie chodzi o wygraną, ale o zaindukowanie zmiany i wsadzenie kija w to zastałe, cuchnące bagno, gdzie nikt się nie kwapi z interwencją. A zresztą to nie jest prawda, że nic nie możemy zrobić. To jasne, że nie wchodzi w grę natychmiastowa poprawa, nic się nie dzieje szybko w obszarach chronionych tradycją uległości i mitem wszechwładzy. Ale gdyby teza o nienaruszalności przywileju krzywdzenia słabszych była prawdziwa, świat nasz wyglądałby przecież inaczej. Jak? Może tak, jak przed Ignazem Semmelweisem, który zalecił lekarzom i pozostałym członkom personelu mycie i dezynfekcję rąk, stając się pionierem nowoczesnej antyseptyki. A dostało mu się za to, oj dostało. Musiał znosić i szykany i drwiny, za to liczba okołoporodowych śmierci kobiet zaczęła systematycznie spadać. Sepsa przestała zbierać ponure żniwo. Czy od razu? No pewnie, że nie! To zajęło dużo czasu. Ale dzięki temu dziś nie zbliża się do nas lekarz w zakrwawionym fartuchu, niosąc na swoich rękach śmierć.
Czy naprawdę nic się nie zmienia? Pomyślcie. Jak wyglądał kiedyś los chorych psychicznie? A tak zwane ochronki? Pralnie Magdalenek? Penalizacja homoseksualizmu? Tych, którzy twierdzą, że kiedyś było lepiej i ludzie mieli więcej empatii, życzliwości i tak dalej, mam ochotę zapytać, czy w ogóle znają historię. Płakać mi się chce, gdy czytam, że teraz „takie czasy”, bo czasy nie mają tu nic do rzeczy. Każda, nawet najmniejsza społeczna zmiana na lepsze została wymuszona i okupiona czyimś niemal nadludzkim wysiłkiem, niosącym też istotne ryzyko osobiste. Ktoś krzyknął „to się nie godzi”, dołączyli do niego inni. I działali, mimo że odsądzano ich od czci i wiary, posądzano o utratę zmysłów, perwersję lub kontakty z czartem. Znieść niewolnictwo? Świat nie widział! Kobietom prawa? Koniec świata nadchodzi! Związki partnerskie? Upadek! Wybaczcie, że ja tak z grubej rury, ale jak inaczej zaprzeczyć obezwładniającej tezie, że nic się da zrobić i nie warto nawet zaczynać?
Ciąg dalszy nastąpi, a po nim jeszcze dalszy ciąg. Tak czy inaczej.