Mocny jak te drzewa

Józefa pochowali. Tłumów nie było. Nie to co kilka dni wcześniej, gdy odprowadzali Władysława z tych bogaczy co mają dwadzieścia jeden tirów i skład opału. Tam za trumną szedł tłum, chociaż słońce prażyło bez litości i asfalt się topił. Ciężko teraz znaleźć skrawek cienia, skoro proboszcz, gdy tylko w tej parafii nastał, kazał wyciąć wszystkie drzewa w alei i przy cmentarzu, a drewno sprzedał. Piękne to były drzewa, stare. Lipy, kasztanowce i klony. Józef wtedy płakał, nie spał po nocach; przecież wiele z nich sam sadził, jako młody chłopak.  Jak tylko wrócił z partyzantki, ucałował ojca i matkę, obrał się z wszy, wygoił wrzody,  tak zaczął sadzić te drzewa Bogu w podzięce za ocalenie od pewnej śmierci i za to, że nie musiał nikogo z bliska zabić. Chciał, żeby przy ocalałym kościółku było pięknie, żeby drzewa dawały cień procesjom w Boże Ciało i na odpustach.

Całe życie był taki pobożny, sprzątał kościół razem z kościelnym, śpiewał psalmy, a gdy miał chrypę i nie mógł śpiewać, to czytał.

– Śpiewał jak w operze a czytał ładniej niż prawdziwy ksiądz – mówi Jadwiga, która była na pogrzebie chociaż ledwo doszła. – Szkoda go, nieboraka, że ostatnie lata tak przeżył, co nawet bydlęciu człowiek nie życzy takiego życia. Toż on miał bez pięciu lat setkę. Wiem dokładnie, bo z tego roku był co nasza świętej pamięci matula, dwudziestego szóstego. On z takich, co mogliby żyć sto lat i więcej, to żal go zabił i samotność.

Ona sama ma szczęście, na zimę córki ją zabierają raz do Warszawy, raz do Gdyni, kochające są, troskliwe. Latem, gdy sama siedzi na wsi, dzwonią co wieczór, jak się mamusia czuje, czy wszystko u mamusi w porządku.

– Chcesz mieć dobrą starość, urodź córkę. Nie ma córki, nie ma dzieci – mówi Jadwiga. – Z synami tak jest, że serca do starych nie mają. Może niektóre i mają, ale ja nie znam nikogo, żeby od syna miał godne dożycie. Ja się do Józefa nie mogę porównać, chociaż jestem prawie dwadzieścia lat młodsza, bo co do zdrowia, to on tak podupadł dopiero ze cztery lata nazad. Przedtem silny był, mocny jak te drzewa, co je proboszcz poniszczył. Byczka młodego potrafił przytrzymać jedną ręką, metry drzewa sam układał, piłą spalinową wywijał, chodził do lasu na zarobek. Tylko że się odwinąć synom nie umiał, co to, to nie. Tak w niego, ojca swojego tyrali, aż zatyrali. I wyrzucili jak psa.

Dziś już nie ma w obejściu tej komórki, w której Józef spędził ostatnie kilka lat. Została rozebrana, a w tym miejscu stoi nowy kojec dla psa, kudłatego wilczura. Zła cholera, mówią ludzie, jak i tych dwóch. Pies przejmuje charakter od człowieka, mówią ludzie. Oni sami jak złe psy, zwłaszcza ten młodszy, ten ukochany matki syn, późne dziecko, mówią ludzie.

Tu każdy pilnuje własnego nosa – twierdzi Teresa, która kiedyś pracowała jako opiekunka w Ośrodku Pomocy Społecznej. – I chcącemu pomóc trudno, a jak ktoś za dumny na pomoc, to już w ogóle nic nie można zrobić. A tu ludzie twardzi i dumni, szanują cię, jak nic od nikogo nie chcesz i nikogo się nie prosisz.

Józef nikogo nie prosił. Ani wtedy, gdy został sam z dwoma synami, jednym w trzeciej klasie podstawówki a drugim w pieluchach. Żona dostała udaru w sobotę i nawet powiedziała, że coś się marnie czuje, ale poszła jeszcze doić, pozamykała drób, ogarnęła obejście przed niedzielą, przygotowała ubrania do kościoła na rano, zgasiła światło i tak jakoś przycupnęła na brzegu łóżka, westchnęła, i już było po niej. Zanim przyjechała karetka, nie było kogo ratować. Później doktor powiedział, że gdyby się spokojnie położyła wtedy, gdy ją rozbolała głowa, to by może i żyła. Tylko, że na wsi mało kto się kładzie z powodu bólu głowy, gdy robota czeka. Może w tych czasach się zdarza, ale kiedyś ludzie nie odpoczywali w ciągu dnia. Odpoczywało się w konia, jak się zmęczył. W człowieka nigdy.

Józef kochał swoją Zosię nad życie i pewnie byłby się załamał, bo zaczął powtarzać, że za ciężko pracowała i poczucie winy go budziło nad ranem, gdyby nie chłopcy. A oni rośli jacyś dzicy, mówią ludzie, bez matki; żeby choć mieli jaką macochę czy ciotkę, kobietę. Starszy zaraz po podstawówce zatrudnil się w pegeerze, młodszy miał takie trudności z nauką, że tylko szóstą klasę zaliczył i to też na słowo honoru.

– Ale to ich nie usprawiedliwia – mówi Teresa. – Szkoły czy nie szkoły, albo jest się człowiekiem albo nie. Żeby ojca z jego własności wygonić i kazać gnić w komórce koło wychodka, to już nie można się synem nazwać chyba.

Jak żyła Zosia, to jeszcze z Józefem bywali w gościach, czasami na zabawie potańczyli, ale gdy jej zabrakło, Józef żył już tylko pracą i niedzielną mszą.

– Życie przelatuje tak szybko, że ani się obejrzy – wzdycha Jadwiga. – Dopiero się było w szkole, a już człowiek nad grobem stoi i nie wie, gdzie się to życie podziało. A starość na wsi jest ciężka. Ja z tym starszym Józefa chodziłam do podstawówki, tylko on powtarzał klasy a ja byłam dobrą uczennicą. Tyle co wiem, że jak go przyłapali na kradzieży, to  Józef, ojciec znaczy,  go batem mocno sprał i kazał na głos w klasie przeprosić. Nic wielkiego, normalny chłopak był. Tylko na stare lata widać zrobił się wredny i chciwy.

– Józefowi było trudno, gdy zaczął tracić siły. Zrobił się taki malutki, niedzielne portki wisiały na nim jak na strachu polnym – opowiada Teresa. – Wtedy synowie zaczęli naciskać, żeby sprzedał gospodarkę i podzielił pieniądze dla nich, żeby mogli trochę pożyć. Na własne uszy tego nie słyszałam, ale ludzie powtarzali, że tam się zaczęły krzyki i awantury, że Józefa potrafili szturchnąć a ten młodszy kiedyś go chciał dusić. Co to chciwość robi z ludzi… Nikt się tam nie wtrącał, bo nie ma takiego zwyczaju, żeby na cudzym podwórku komuś robić zamieszanie.

– Ja to się dopiero teraz z plotek dowiedziałam, że on zimową porą też w tej zimnej komórce żył, na głowę mu ciekło, ugotować nie miał jak – wzdycha Jadwiga. – Bo tak jak mówię, ja zimą tu nie siedzę, zawsze u którejś córki, u każdej mam swój pokoik. Przyjeżdżam na wiosnę, bo lubię ogródek, ptaszki i kwiatki. Może jak bym wiedziała to, co teraz wiem, to bym jakoś… ale kogo to by obeszło? Mało to starych na łasce dzieci czy wnuków dożywa? Luksusy może mają? Nieraz psa czy kota pogłaskają, a staremu, co już bezużytecznie siedzi albo leży, to może w myślach zdechnięcia życzą. Ot i życie.

– A ja słyszałam – przypomina sobie Teresa, że taka kobieta z Warszawy, co tutaj wyszła za mąż i założyła ekologiczne gospodarstwo po drugiej stronie rzeczki, raz chodziła do księdza, żeby odwiedził Józefa. Bo każdy wie, że to bardzo wierzący człowiek i jak się przestał pokazywać w kościele, to ludziom było żal. Ja do kościoła chodzę rzadko, ale słyszałam, że jeszcze z pięć lat temu Józef pięknie śpiewał psalmy i czytał z Pisma Świętego na mszy. To chyba taki ksiądz powinien się zainteresować, prawda?

Pochowali Józefa. W internecie było ogłoszenie o sprzedaży gospodarstwa, ale znikło. Chodzą słuchy, że synowie sprzedawać nie będą, bo nie mogą się dogadać. Kto tam za nmi trafi, mówią ludzie. Nastroszone to jak koguty, ani zagadnij, ani się ukłoń, mówią ludzie. Może dlatego wieś, chociaż wiedziała, że Józef dogorywa w komórce z pustaka, wolała milczeć i zajmować się swoimi sprawami. Mało to ludzie mają własnych problemów? Jak kto o pomoc nie woła i o nic nie prosi, to przecież nie będą się pchać.

– Patrzy pani, jak oni szybciutko rozebrali tamtą komórkę po Józefie – dziwi się Teresa. – Może im się jakieś sumienie obudziło, jak już ojciec w ziemi? A dawniej ta komórka to byla letnia kuchnia, wszyscy takie mieli. Tam się gotowało, tam się latem jadło, tam stał garnek z kompotem i robiło się weki na zimę. Ale żeby ktoś okrągłym rokiem mieszkał w takiej, to świat nie widział. Może trzeba było coś zrobić, gdzieś to zgłosić. Tylko, że ten Józef taki dumny był, mocny z charakteru. Takiemu trudno pomóc.

– A z tym pogrzebem to też się bałagan zrobił – Jadwiga ociera oczy. – Ksiądz się dopytywał po co ten Józef do rzeczki wszedł, czy na pewno to był wypadek. Rzeczka płytka, strumyk raczej, utopić się trudno, chyba że specjalnie. Tak mówił ten ksiądz, jakby szukał dziury w całym. Ale w końcu pochował jak należy. A ja sie sama tak zastanawiam, co on robił w tej rzeczce, mył się, nieborak? Życia by sobie sam nie odebrał, bo, mówię pani, on sam w sobie bardzo mocny był.

Tekst opublikowany w dwumiesięczniku Niebieska Linia nr 5/136/2021

Leave a Reply