
Czy mieliście już jakieś sny z elementami epidemii?
Ja do tej pory prześniłam już trzy. Bądź też dopiero trzy.
Wiecie, gdy się nie ma wcale odporności na mniejsze czy większe patogeny, to ma się w trudnych chwilach dziwne sny. Można też mieć całkiem sprawny system immunologiczny, ale mniej odporną psychikę; wtedy też miewa się dziwne sny w trudnych chwilach. I gdy się dużo czyta i/lub pisze o zagrożeniu, też ma się dziwne sny.
Lecz jeśli ktoś spełnia wszystkie trzy powyższe kryteria, to jego sny są po prostu prze-dziwne. Wręcz osobny, prywatny Senflix się tworzy, a w nim filmy akcji, seriale grozy, co tylko chcecie.
Opowiem wam swoje.
A wy mi opowiedzcie wasze.
Akcja mego pierwszego snu zaczyna się w kościele. Jestem tam w sporej grupie ludzi; niektórych znam, ale nie powiem wam kogo, inni są mi obcy. Sadowię się w ławce, kładę obok swój plecak, a to po to, żeby nikt za blisko nie siadał, bo nie lubię gdy mnie dotyka inne ciało, i nieważne epidemia czy nie epidemia, lubię, za przeproszeniem,
utrzymywać
większy
dystans.
Ludzie jak to ludzie, zanim usiądą, muszą się pokręcić. Ktoś się przepycha, ktoś inny próbuje się do mnie dosiąść i nagle…
Nagle widzę, że wśród tego zgromadzenia chodzi ksiądz w czarnej sutannie i krótkiej czarnej kamizelce; gęba jego zarośnięta, ale łeb dla odmiany łysy.
– Cisza! Siadać! – wrzeszczy przez jakiś mikrofon czy tubę i wyciąga spod kamizelki krótką broń maszynową.
I widzę, w zwolnionym tempie jakoś, że kto może, ten zaczyna spieprzać w stronę uchylonych drzwi, ja też chcę do nich dołączyć, wstaję, rozglądam się czy mogę bezpiecznie dopaść ciężkich, wysokich drzwi, ale uzbrojony klecha gapi się prosto na mnie i wiem, że muszę usiąść natychmiast w tej ławce, w innym przypadku on mnie za chwilę zastrzeli. Wyczuwam, że ma na to ochotę. Celuje we mnie. Szykuję się umierać. Siadam skulona.
Uzbrojeniec zdejmuje ze mnie swą złowrogą uwagę i zaczyna krążyć, usadzając ludzi w ławkach.
– Za chwilę zaczynamy – mówi do tego niby mikrofonu. – Za chwilę wszyscy otrzymają buteleczki z lakierem. Jest bezbarwny i matowy. Każdy musi pomalować paznokcie.
Z jakiegoś powodu ta zapowiedź, a zwłaszcza wspomniana matowość lakieru, napełnia mnie bezbrzeżną grozą. Widzę, że ludzie już podają sobie coś z rąk do rąk i wiem, że pod żadnym pozorem nie mogę tego wziąć. Wykorzystuję chwilę zamieszania i pochylona pędzę do drzwi, które już ktoś zamyka na amen. Uciekam w ostatniej chwili, przeciskając się przez szparę. Przez moment spodziewam się strzału w plecy, prawie go czuję… ale nikt mnie nie goni.
Wypadam na ulicę, wszędzie kwitną drzewa i kwiaty, skręcam za róg i jestem na Puławskiej, tylko nie wiem dokładnie w którym miejscu, nie mogę sobie przypomnieć, czy stąd daleko na policję, najlepiej na Malczewskiego, bo tam mniej więcej wiem gdzie i co.
Ale zupełnie się zgubiłam, więc myślę, że lepiej zadzwonić na najn łan łan, tylko, że mój telefon został w plecaku na ławce w kościele, fak, fak, fak.
I wszystkie w nim dokumenty, karta do bankomatu, te trzydzieści złotych, które mi zostało do końca miesiąca, klucze od mieszkania, no wszystko przepadło, fak, fak, fak.
Widzę idącego policjanta, podbiegam i chcę mu powiedzieć, że tam w kościele ksiądz wziął i trzyma pod karabinem zakładników, ale za diabła nie mogę sformułować zdania, tylko coś bełkoczę.
– Niech pani najpierw wytrzeźwieje – śmieje się ze mnie policjant, a ja próbuje mu wyjaśnić, że przecież nie piję od 1993 roku, więc nie mogę być pijana. Ale on mi nie wierzy, a ja wciąż nie mogę mówić, nie mogę już nawet rozsądnie myśleć, nie wiem też dokąd mam pójść i jak się dostanę do domu. Myślę z rozpaczą, że trzeba było zostać w tym kościele…
Uwaga: Śniący nie ponosi odpowiedzialności za treści śnione. Interpretujący natomiast jest odpowiedzialny za własne skojarzenia.
Kolejny sen zostanie opowiedziany.