13.33

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

Z okazji zakończenia pierwszego etapu walki z najeźdźcą składam ludowi Borrelia herbu Burgdorferi najszczersze, z głębi mego jestestwa płynące życzenia nagłej i bolesnej śmierci.

Niech was trafi w sam środek krętkowizny serdeczny, pełen cierpienia szlag.

Niech was skręci w drugą stronę.

Niech wam wymrą dzieci, wnuki i wnuków tych prawnuki.

Niechaj was chuj strzeli po wszystkie pokolenia.

Zaczynam czuć świeżą, życiodajną nadzieję, iż życzenia moje, poparte solidną dawką farmaceutyków uczynią z Borrelianami dokładnie to, co lud ten obmierzły planował zrobić ze mną.

W drugim etapie leczenia, który potrwa do kwietnia mam unikać słońca. No i bardzo dobrze, przecież i tak go nie widujemy w naszej okolicy. Podobno wzięło sobie wolne, bo nie mogło patrzeć bez odczuwania mdłości na poczynania homo sapiens.

Homo srapiens. Jesteśmy w swej masie watahą chciwych brudasów, mordujących siebie nawzajem i wszystko co się do mordowania nadaje.

Zastanawiam się, czy aż tak bardzo różnimy się od tych parszywców Borrelian, Babesjan czy Bartonellan.

Kto wie, może jakiś przemądrzały, nabzdyczony Prakrętek nakazał na samym Początku ludowi swojemu czyńcie sobie ludzkie ciało poddanym, no to i czynią.

I uważają zapewne, że zajęcie i zdewastowanie podbitego terytorium jest tym, co im się po prostu należy.

Jest tyle rzeczy i nie tylko rzeczy, których muszę unikać, że jedna więcej nie robi na mnie wrażenia.

Powinnam też unikać samej siebie, bo źle na siebie wpływam. Przez ten wrodzony pesymizm, dający się precyzyjnie wyrazić w proroczej dwufazowej sentencji:

Co się polepszy (faza pierwsza), to się popieprzy (faza druga).

Zresztą może on wcale nie jest wrodzony, ten mój pesymistyczny światopogląd, tylko nabyty poprzez doświadczenia. Tak, zdecydowanie jest nabyty. Przez doświadczenia. Ergo wolę się za dobrze nie czuć, żeby – gdy nadejdzie faza druga – oszczędzić sobie paskudnych zjazdów.

Jest godzina 13.33 dnia 19 lutego 2020 roku i nic mnie nie boli. To przerażające uczucie pustki po wędrujących bólach szarpiących, tnących, gniotących, przeszywających i palących nie zwiastuje niczego dobrego. Co się pojawi w ich miejsce? Co knuje przebiegły lud Borrelia de Burgdorferi?

Czy już wiedzą, że ich koniec jest bliski i szykują atak wszech czasów?

A najśmieszniejsze ze wszystkich śmiesznych rzeczy jest to, że gdybym w 2016 roku nie dała się namówić na konsultację z najlepszym lekarzem w całym regionie, to mogłabym mieć i diagnozę i leczenie dawno temu. Staram się nie myśleć, jakie spustoszenie poczyniły oddziały szturmowe Borrelian przez kilka lat błądzenia i zwlekania.

Tak mnie wtedy poraziła ta jego, tego najlepszego lekarza mądrość, że uwierzyłam na słowo, że ja na sto procent (tak) żadnej boreliozy nie mam, bo jak się ma boreliozę, to podstawowy test ELISA zawsze ją wykrywa. Skąd mogłam wiedzieć, że ten darzony wielką atencją (ocenzurowano) gówno wie, a udaje mędrca?

Kto tego nie przeżył, ten nigdy nie zrozumie, dlaczego osoba z boreliozą MUSI być mądrzejsza we własnej sprawie od większości najlepszych lekarzy, cokolwiek ta najlepszość oznacza w praktyce. I czujna jak dziki kot, którego chcą obedrzeć ze skóry.

Czekam, aż coś mnie wreszcie zaboli, żeby poczuć się normalnie. Taki stan nicniebolenia jest nadzwyczaj podejrzany.

Borrelianie, fruk wam w rzętak, jak to ładnie ujął Gość profesora Tarantogi.

I szadź wasza drzewnem obrzysła wypiskwana!

1 Komentarz

  1. Kiedy na dworze duje i duje
    Spierdalają kleszcze.
    W tuje.

Leave a Reply