Zupa z myśli cz.4

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

#4 Wypadki mają miejsce nieprzypadkowo zachowując jednak warunek losowości

Albo nie. Najpierw opowiem wam, co mnie wczoraj spotkało, bo mnie klawiatura swędzi. Nie w tym rzecz, że to było jakieś wielkie wydarzenie, bo wielkie wydarzenie byłoby dopiero wtedy, gdyby nic się w danym dniu nie wydarzyło. U was też tak jest?

Różne rzeczy przytrafiają mi się, gdy jestem zajęta planowaniem kolejnych ruchów. Nie czynię tego (planowania) z własnej, wolnej woli, chociaż lubiłabym sądzić, że wszystko, co robię jest aktem wolnej mej decyzji. A zresztą może i jest. To zależy, czym ta wolna wola w ogóle jest, czyja ona i gdzie się mieści jej centrum zarządzania. Jeżeli mianowicie…

Nie, nie, w tę stronę to my się rozpędzać nie będziemy.

W każdym razie:

Planowanie kolejnych kroków jest dla mnie warunkiem koniecznym, o ile mam ochotę (rzadko) bądź też potrzebę (często) żeby coś zrobić. Mój mózg zużywa tyle energii na samo sortowanie danych w tle, że nie wystarcza jej, tej energii na inne rodzaje aktywności, dajmy na to cielesnej. To, co wam przychodzi w sposób niejako automatyczny, dla mnie jest świadomym, a często i bolesnym wysiłkiem. Wstać. Ubrać się. Umyć zęby. Wydaje się banalne? Bo jest.

Tyle, że nie w moim przypadku. Muszę bowiem dokładnie przewidzieć co i w jakiej kolejności będę robić, żeby mi nie zabrakło prądu. Bywa i tak, że zawieszam się w połowie zadania i siedzę z jedną nogą w nogawce portek, czekając, aż będę mogła dokończyć ubieranie. Mój mózg w tym czasie wykonuje pierdyliony obliczeń, potrzebnych do bieżącej weryfikacji danych przychodzących. A ja siedzę. I czekam.

Eksperymentowałam z różnymi substancjami o przepięknych wzorach chemicznych, które w założeniu miałyby podnosić poziom dostępnej energii życiowej. Gówno prawda. Samo zmetabolizowanie tych specyfików pochłaniało więcej energii niż one dostarczały. Mówię wam, że jak ja robię jakiś interes, to już na pewno jest interes życia! (sarkazm)

Tak czy siak, wierzcie mi, że gdy mam coś zrobić, to muszę to czynić z głową, co bynajmniej nie jest oczywiste dla obserwatora. Obserwator nie rozumie, dlaczego staram się robić kilka rzeczy jednocześnie albo w ściśle określonej kolejności. Obserwator nie rozumie; on by to zrobił inaczej. Obserwator jest przekonany, że jego sposób byłby lepszy. Obserwator nie omieszka uczynić kilku kąśliwych uwag mnie dotyczących.

Obserwator mnie nie rozumie, ponieważ nie jest mną i nie musi wymyślnie kumulować w czasie i przestrzeni swoich poczynań, żeby załatwić jak najwięcej spraw na jednej porcji paliwa. Mózg obserwatora nie pochłania dziewięćdziesięciu dziewięciu procent jego bieżących zasobów, prawda?

Więc odwalcie się z dobrymi radami, okej?

Jest mi wystarczająco trudno i bez tych uśmieszków. Dochodzi bowiem do wielu drobnych wypadków, z których niektóre bywają bolesne, inne zaś przynoszą wymierne straty; bądź też jedno i drugie występuje jednocześnie (że boli i że coś spierdoliłam).

Przykład? Gdy mając obie ręce zajęte (w jednej trzymam śmieci, w drugiej garnek z wodą na makaron) podążam w stronę aneksu kuchennego, a po drodze muszę jeszcze nakarmić kota, to puszkę z karmą trzymam w zębach, kocią miskę popychając nogą. Wtedy wystarczy, iż rzeczony kot wplącze mi się pod nogi, co koty robią ustawicznie, będąc wszak do tego stworzone, i już lecę na, za przeproszeniem, zbitą mordę.

Otóż to. Żadne intelektualne zasoby, żadne walory umysłu ani cnoty charakteru nie zapewnią człowiekowi bezpieczeństwa, jeżeli nie jest w stanie działać jak normalny człowiek, czyli bezmyślnie.

Przed większymi wypadkami na szczęście chroni mnie Siła Niezdefiniowana, czyli Bóg. Kiedyś nawet Bóg zadzwonił do mnie na komórkę. Na dźwięk telefonu wyjęłam głowę ze zlewozmywaka, w którym właśnie myłam włosy, zmywając jednocześnie po śniadaniu i piorąc majtki. I gdy tylko tę głowę wyjęłam, żeby, okrywszy ją ręcznikiem rzucić się do telefonu, wisząca nad zlewem szafka z kuchennymi klamotami runęła w dół z kawałkiem ściany, a trzeba wam wiedzieć, że lekka to ona nie była.

Pierrrdut! Wszystko strzaskane, kran, filtr, naczynia, co stały obok zlewu, a sam zlew po prostu się rozpadł. I tam, gdzie on, ten zlew pod urwaną szafką leżał, leżałaby też i moja świeżo umyta głowa, gdyby Bóg nie zadzwonił na moją komórkę.

O cholera, no widzicie, byłabym zapomniała, że chciałam wam opowiedzieć o tym, co mnie wczoraj spotkało. Pojawił się mały kłopot, proszę o wybaczenie. Czasem zawiesza mi się przeciążona pamięć operacyjna i pod koniec wywodu za cholerę nie pamiętam, o czym właściwie planowałam powiedzieć wywód swój zaczynając. Wczoraj spotkało mnie sporo rzeczy, lecz nie mogę skojarzyć, którą z nich mój mózg uznał za wartą przedstawienia.

Kurwa żesz. No naprawdę nie pamiętam…

Ciąg dalszy gdy sobie przypomnę

Leave a Reply