Zupa z myśli cz.3

Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

#3 Płynna lub półpłynna potrawa mająca zazwyczaj postać wywaru powstającego podczas gotowania różnorodnych składników (Wikipedia)

Taki, jak bezwzględna konieczność jedzenia i picia pod groźbą powolnej, pełnej cierpień agonii. Jedz albo giń, tak to zostało zaprogramowane na samym Początku. Po co? Na co? Mam swoje podejrzenia, ale na tym etapie naszej znajomości wolę ich nie ujawniać.

We wczesnym dzieciństwie miałam na to sposób: plucie. Gdy tylko jakaś podejrzana ze względu na kolor, konsystencję, zapach i/lub smak substancja, podana przy użyciu butelki, łyżki, widelca albo ludzkich palców trafiała do mych ust, wypluwałam ją na podającego/na siebie/na stół. Większość podawanych mi pokarmów klasyfikowałam jako niejadalne, ponieważ smak słodki jawi mi się od zawsze doznaniem obrzydliwym.

Łatwa i nieskomplikowana strategia przetrwania we wrogim środowisku została brutalnie złamana środkami przymusu bezpośredniego, zatem przez pewien czas moje życie było taką samą udręką, jak egzystencja gęsi/kaczki tuczonej na foie gras. Z taką różnicą, że one, te gęsi/kaczki muszą to znosić przez kilka miesięcy, a nie lata całe, jak ja. Następnie tuczne gęsi/kaczki mogą oddać swe życie w ofierze mlaskającym perwersom, mnie zaś nie pozwolono wyzionąć ducha, zmuszając moje ciało do wchłaniania ohydnych papek (i wolę nie wiedzieć, z czego się one, te papki składały!).

Gdy już się obrońcy mego życia misją swoją zmęczyli, zyskałam nieco swobody Przypuszczam, że wciąż są takie ciemne kąty, moje sekretne  miejsca, w których można by wykryć szczątki kanapek z pasztetową, zmumifikowane zwłoki schabowych albo DNA wołowych bitek. (Chyba, że ktoś sprzątając po Odejściu Wszystkich zaglądał pod podłogę.)

Żeby do końca wyjaśnić istotę mego problemu, podsumuję najważniejsze kwestie: Jeżeli już muszę coś spożyć celem podtrzymania życia, to potrzebuję pewności, że materia, którą planuję włożyć w usta do tego celu się nadaje. Nadają się natomiast tylko te substancje, których skład jest mi znany, a przy tym spełnione zostają przesłanki estetyczne dla każdego ze zmysłów. Nie jest bowiem tak, że mogę zjeść coś oślizłego wyłącznie dlatego, że ładnie pachnie bądź nieźle smakuje.

[Nawiasem mówiąc z piciem nie miałam aż takiego zawracania dupy. Płyny przejrzyste, o prostych wzorach chemicznych – H2O, C2H5OH –  nigdy nie budziły we mnie odrazy.]

Oszczędzę wam szczegółowych opisów sytuacji krytycznych, nieporozumień, okresów mdłości i rozpaczy, stuporów podczas wizyt w sklepach spożywczych, gdzie nie mogłam wykryć niczego jadalnego… I te pe.

Wydaje mi się, to znaczy ośmielam się żywić wątłą jeszcze nadzieję, że znalazłam, albo też wkrótce znajdę remedium na te śmiertelne zmagania mego ciała i umysłu z rzekomojadalną materią organiczną. Przeczytałam oto zdanie, które, zrobiwszy na mnie piorunujące wrażenie, otworzyło przede mną nowe możliwości, udowadniając, że rozwiązania trudnych problemów mogą być tak proste, że wręcz przeźroczyste. Gapisz się w dal, mając ratunek przed nosem.

Oto, co napisano:

Ludzie spożywający zupy żyją dłużej

I teraz sytuacja wygląda tak jak wcześniej wam tłumaczyłam:

To, że coś zostało napisane nie oznacza jeszcze, że jest dla mnie prawdziwe. Jeżeli jednak znajdę odpowiedzi na kilka kluczowych pytań dotyczących natury wzmiankowanych zup, i jeśli mój atypowy mózg zaakceptuje te odpowiedzi, zezwalając tym samym na ich umieszczenie w podręcznym folderze operacyjnym PRAWDA, to ( ja cię nie mogę! nareszcie! ale jaja!) będę miała rozwiązany problem z odżywianiem.

Nie łudzę się, że opracowanie Nowej Strategii Podtrzymywania Życia będzie samo w sobie łatwe, pomimo ujmującej prostoty idei wiodącej. I wy też, znając właściwości mego umysłu, nie powinniście się cieszyć na wyrost z antycypowanego szczęścia.

Jeżeli zaś chcielibyście mi pomóc, to będę zobowiązana. Podrzucę wam kilka pytań o wiodącym znaczeniu dla sprawnego przebiegu mych procesów poznawczych.

Po pierwsze…

Pytania zostaną postawione

Leave a Reply