
#2 Krótka wizyta w sortowni
I już nie zdziwią czytelnika meandry poniższej ścieżki myślowej, skoro wie (czytelnik), że w mojej głowie zachodzą procesy trawienne oparte na dwójsortowaniu, zaś informacje, które nie dają się jednoznacznie posortować przed konsumpcją, pozostają nieprzyswojone, aczkolwiek zarejestrowane. W praktyce taka nieokreślona logicznie nipiesniwydra zalega w moim umyśle niczym skóra z wieprza na żołądku. Czasem nawet do mnie gada, dacie wiarę?
Jakże tęsknię do czasów, w których skarpetkowy algorytm rozwiązywał większość dylematów.
[Tak, ze wstydem przyznaję, zdarzało mi się używać formuły tu bór, tu las, tu nie ma, tu wlazł do podejmowania decyzji w kwestii prawda-fałsz, kocha-nie kocha, być-nie być i temu podobnych. Zwłaszcza, gdy okoliczności wymuszały pośpiech.]
Obok licznych udręk wynikających z atypowości mego CUN istnieje wszakże jeden spory plus: ów przymus sortowania informacji skutecznie chroni mój mózg przed stłuszczeniem, będącym powszechną bolączką mózgów niesortujących, czyli typowych.
Pojęcie stłuszczenia należy oczywiście potraktować metaforycznie, tworząc odniesienie do biednych, stłuszczonych gęsich/kaczych podrobów, używanych do wyrobu foie gras. Widzę znaczące pokrewieństwo między obrazem tuczonych przemocą ptaków a ludzkimi mózgami non stop poddawanymi napychaniu skoncentrowaną, wysokokaloryczną (lecz zazwyczaj pozbawioną wartości odżywczych) infokarmą.
Ale gdyby wspomniana gęś/kaczka zamiast połykać pokarm, mogła/musiała go obracać w dziobie przez tydzień, to nie tylko by nie utyła, ale jeszcze schudła.
[Pomijając przygnębiający fakt, że gęsi/kaczki przeznaczone na foie gras nie mają takiej możliwości, ponieważ rurę z karmą „opiekun” wpycha im wprost do żołądka. Jeżeli na przykład telewizja mogłaby nadawać swój chłam bezpośrednio do mojego mózgu, to byłby on już, ten mózg, po tych wszystkich latach, tłustą białą galaretą. Świadomość, że mam o wiele więcej wolności wewnętrznej niż tuczna gęś/kaczka jest dla mnie pociechą w trudnych chwilach.]
To jest ta jasna strona, bądź też strona mniej ciemna mej kondycji mózgowej. Nieustająca gimnastyka. Myśloakrobacje.
Z drugiej strony kompulsywne sortowanie wykluczyło mnie z wielu, jeśli nie z większości ludzkich wspólnot. Nikt się nie chce zadawać z osobą, która wszystko kwestionuje.
Najtrudniejszym doświadczeniem życiowym była dla mnie praca pod nadzorem, polegająca na wykonywaniu poleceń. Najpierw dolegliwie orało mą świadomość pytanie po co mam to robić (lub mniej grzeczny pytania tego odpowiednik zawierający słowo na ch). Jeśli sens zleconej czynności nie dawał się rozpoznać w drodze rozumowania, to nie było mowy, żeby reszta mnie podjęła się jej wykonania.
No bo w jaki sposób?
To tak, jakby programista nie dopisał najważniejszej komendy. Możesz sobie wtedy klikać w ikonę aplikacji do usranej śmierci.
Jeżeli nie mogłam zweryfikować celu, sensu i przyszłych skutków wykonania zadania, to nie mogłam wykonać zadania. Uzasadnienie w rodzaju rób co ci mówię, bo ja ci to mówię przynosiło skutek odwrotny: zaczynałam poddawać w wątpliwość osobę zlecającą zadanie:
- Czy on/ona wie, co czyni?
- Czy on/ona ma dostateczne (umysłowe) kompetencje?
- Czy on/ona jest w stanie trzeźwości ciała i umysłu w chwili zlecania zadania?
Założenie, że samo formalne bycie szefem wystarczy, żeby zawsze okazywać tej osobie posłuszeństwo odrzuciłam pół wieku temu jako fałsz. I do tej pory nie zdobyłam dowodu na założenia tego słuszność.
To już nie muszę wam tłumaczyć, dlaczego nie udawało mi się wytrwać w układach hierarchicznych. Takie układy szybko i brutalnie mnie wypluwały. Tfu!
Nie mam do nich żalu. No, może trochę. Okej, czasem mam żal.
Ale na ogół jakoś sobie radzę, dopóki nie trafiam na złożony problem, którego rozwiązanie jest kwestią życia lub śmierci.
Taki, jak …