Powód, dla którego nie pojadę na wycieczkę do pewnego miasta nad Łyną

Czy zdarza ci się, szanowny czytelniku, wyświadczyć komuś przysługę?
Spontanicznie, bez głębszej analizy wszelkich możliwych za i przeciw.
Z samego poczucia, że dobre uczynki są dobre.

Jeśli twoja odpowiedź brzmi tak, to bądź czujny, znajdujesz się bowiem w niebezpieczeństwie.
Pozostań uważny i przygotowany na kłopoty.

Może jeszcze o tym nie wiesz, bo sądzisz, jakże logicznie, że czyniąc dobro zmieniasz świat na lepsze, ergo zasługujesz na uznanie.

Cóż, może wcale się nie mylisz, ale zważaj na wyjątki od reguły, bo to w nich jest diabeł ukryty. Zasada dobro jest dobre nie obowiązuje na przykład w pewnym mieście nad Łyną.

Bartoszyce, bo o nich mowa, proklamowały wolność od takiego moralnego prostactwa, gdzie dobre znaczy dobre a złe jest złe. Tym samym miasto wzniosło się na poziom logiki wielowymiarowej, czy też wielowarstwowej, stając się jedynym miejscem na naszej planecie, gdzie za okazanie współczucia i pomoc w trudnej sytuacji trafia się przed oblicze sądu w charakterze oskarżonego przez urząd w imieniu państwa.

Nie wierzycie?
Mnie też było niełatwo uporać się z dysonansem. Myślałam, że może ktoś rzuca kalumnie dla samego rzucania, albo bredzi dla samego bredzenia… Ale nie. To wszystko naprawdę się dzieje.

Gdy kilka dni temu dotarły do mnie ponure wieści, zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej o tym mieście i po zgłębieniu tematu uważam, iż Bartoszyce to miejsce warte wycieczki krajoznawczej; pięknie położone i historycznie intrygujące.

Jest tylko jeden problem:
Strach tam jechać, bo gdyby, uchowaj losie, ciemną nocą (a noc ciemna w takich miasteczkach zapada już w okolicach osiemnastej) zepsuło mi się auto, albo gdybym była zmuszona poprosić kogoś o szklankę wody, gdybym była w jakiejkolwiek pilnej potrzebie, wymagającej pomocy bliźniego, to żaden bliźni w Bartoszycach nawet nie wysłucha mnie do końca, uciekając przede mną jak przed morowym powietrzem.
Nie dlatego, że ludzie w Bartoszycach są źli, lecz dlatego, że są mądrzy. Mądrzy ludzie uczą się na błędach popełnionych przez innych, sami nie będąc zmuszeni do ich powielania.

Chcecie wiedzieć, jak do tego doszło?
Pewnego dnia pod warsztat samochodowy, już po godzinach pracy, podjechało auto, w którym tkwiły dwie zrozpaczone osoby żeńskiej płci. Nie tylko zrozpaczone, ale i bezradne wobec takiego nieszczęścia, że w aucie wysiadło jedno ze świateł, a one akurat podróż daleką odbywały.
I jęły błagać mechanika, żeby im na litość Boską pomógł i na miłość Boską światło naprawił.
W tym miejscu pominę nieistotne szczegóły i deliberacje obu podmiotów zdarzenia, dość, że mechanik zaoferował damom w potrzebie własną żarówkę i osobiście zamontował ją we właściwym miejscu, by auto mogło świecić na zdrowie, a damy podróżować w spokoju ducha.
Za całą tę pomoc, w tym za odstąpioną żarówkę, pan mechanik alias Dobry Samarytanin przyjął dychę. Słownie: dziesięć złotych.

I wtedy… ŁUBUDU!
Sprawa się rypła!

Bo to nie były żadne damy, tylko, hmmm… urzędniczki z lokalnego Urzędu Skarbowego, cała zaś akcja okazała się prowokacją.
Od tamtej pory (rok!) zarówno mechanik jak i szef-właściciel warsztatu są ciągani po sądach przez Urząd Skarbowy, który (muszę to przypomnieć, bo to bardzo ważne) działa w imieniu i z upoważnienia państwa.

Podczas procesów rozważane są prawne i etyczne aspekty zdarzenia a także semantyka pojęcia pomoc.
A wszystko to za twoje i moje pieniądze, czytelniku, ponieważ Urząd Skarbowy tę swoją antysamarytańską krucjatę realizuje z naszych podatków.

Jakie państwo pozwala swoim urzędnikom (a nawet motywuje ich i zachęca) urządzać polowania z nagonką na obywateli?
Jakie państwo daje uprawnienia do prześladowania zwykłego człowieka wariatom, nieukom, narcystycznym psychopatom, ćwokom, paranoikom i tak dalej, i nie kontroluje, jak te uprawnienia są wykorzystywane?
Powiem wam jakie.
Opresyjne.

Państwo-prześladowca, które nienawidzi własnych obywateli i uważa wszystkich za złodziei, chyba, że udowodnią swoją niewinność poprzez bankructwo, zawał serca albo samobójstwo.
Państwo łaskawe dla aferzystów, łapówkarzy i skorumpowanych polityków, lecz bezwzględne dla frajerów.

Ale wiecie co?
Na tym nie można poprzestać, bo to naprawdę niczego nie wyjaśnia. To państwo ma imię, nazwisko i stanowisko. W tym wypadku jest to naczelniczka Urzędu Skarbowego w Bartoszycach. To ona swoim działaniem psuje państwo i za to powinno się natychmiast odebrać jej uprawnienia. Każda taka historia, każdy ciąg zdarzeń ma swojego autora, z imieniem, nazwiskiem i funkcją. Niech im się nie wydaje, że mogą bezkarnie psuć nasz świat. Ale zaraz, zaraz… jednak mogą. Urząd Skarbowy w Bartoszycach został wszak nagrodzony, jako – trzymajcie się płota – przyjazny obywatelom.

Z ostatniej chwili: Po krytycznych publikacjach prasowych naczelniczka US w Bartoszycach ma wycofać apelację wniesioną na niekorzyść ściganego mechanika. To dobrze. Mechanik jednak został uznany winnym, tyle, że sąd odstąpił od wymierzenia kary. Winny udzielenia bliźniemu pomocy w potrzebie. To bardzo źle.

Nie ma żadnej gwarancji, że właśnie w tej chwili jakieś prowokatorki, przebrane za damy w potrzebie, nie zasadzają się gdzieś w ciemności swych umysłów na kolejnego naiwnego, knując przeciwko nam za nasze własne pieniądze.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 47/2018

Leave a Reply