Nad moją chałupą przeleciały – jeden za drugim, w szyku lecz bez wdzięku – szare, wojskowe samoloty. Wylegliśmy na pole, żeby gapić się, jak lecą bardzo nisko, z południa na północ. Koty pochowały się w stodole. Ryk silników wprawił wszystko w wibracje, dzięki czemu mogłam niezauważenie drżeć ze strachu. Doskonale znałam tę sytuację. Jedyna różnica polegała na tym, że to nie był kolejny koszmarny sen. One leciały naprawdę.
Urodzona piętnaście lat po ostatniej wojnie, regularnie o niej śnię. Śnią mi się rakiety nadlatujące z wysoka. Widuję w snach bombowce i samoloty, które spadają płonąc. Stoję wtedy na otwartej przestrzeni i wiem, że nie mam po co uciekać. Ucieczka nie ma sensu, ponieważ nie wiem, gdzie ta śmierć spadnie. Nie znam toru, po którym zbliża się pocisk, więc mogę tylko stać i czekać, sparaliżowana grozą. Okropne sny o bezsilności. Tymczasem szare samoloty poleciały ku lotnisku w Szymanach, gdzie panowie w mundurach ćwiczyli sobie odbijanie lotniska z rąk wroga. Na niby. Po pewnym czasie cała ta powietrzna kawalkada wracała tam, skąd przyleciała.
To dziwne zdarzenie, przekraczające granicę snu aby przerazić na jawie, umocniło mnie w przekonaniu, że paraliżująca bezsilność jest jednym z najbardziej destrukcyjnych stanów ciała i umysłu. Nieznajomość trajektorii, po jakiej zbliża się katastrofa uniemożliwia jakąkolwiek reakcję. Można jedynie stać i czekać.
Lecz czy sama znajomość trajektorii oznacza, że możemy mieć kontrolę nad sekwencją zdarzeń? Istnieją przecież sytuacje, w których jest zupełnie jasne, gdzie i na czyją głowę spadnie nieszczęście. Trajektoria bywa oczywista, jeśli nawet nie dla przyszłej ofiary, to na pewno dla postronnych obserwatorów. Oni, świadkowie, często ostrzegają, nawołują do ucieczki. Wydawałoby się, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się w porę uchylić przed ciosem. Więc, gdy zło się dokona, pytamy w zdumieniu: Dlaczego ten człowiek nie zrobił nic, żeby się uratować? I jeszcze ważniejsze: Dlaczego ci, którzy znali trajektorię, nie uczynili wszystkiego co w ludzkiej mocy, żeby sparaliżowany lękiem lub nieświadomy zagrożenia człowiek uniknął śmierci? Klasyczne przykłady takich sytuacji łatwo znaleźć wśród opowieści o kobietach zamordowanych we własnych domach, we własnych rodzinach. Gdy wszyscy wiedzieli i wiedzieli. I nikt – poza czczym gadaniem – nie zrobił nic, żeby ratować te życia.
Jakże liczne i na pozór wiarygodne są późniejsze usprawiedliwienia. Mawia się, iż nie da się pomóc temu, kto nie szuka pomocy. A jeśli ktoś oferowaną pomoc odrzuca, temu nie warto pomagać. Lub to, że nie jest możliwe uratować człowieka, który nie życzy sobie być ratowany. Prawda to czy fałsz?
Czy to nie haniebne zaniedbanie, gdy w sąsiedztwie najbliższej rodziny, na ich oczach ginie kobieta, zakatowana na śmierć przez męża? Oto fragment wypowiedzi bliskiej osoby[*]: „Przyszła pobita, całą twarz miała w siniakach, nie było białego miejsca na twarzy, nawet białka były zakrwawione (…) Mówiłam, że zadzwonię na policję – dodaje (…) i przyznaje, że nie zrobiła tego, bo wtedy Krzysztof J. jeszcze bardziej wyżywał się na żonie”. (Tu nasuwa mi się pytanie, czy można wyżywać się jeszcze bardziej, niż zakatowanie na śmierć?)
A instytucje? Sąsiedzi? Gdzie wy wszyscy byliście przez te lata, długie lata, gdy przemoc eskalowała od „zwykłego bicia” aż po zgon? Nie rozumiem. Przecież wydano krocie na te wszystkie szkolenia, na których jak komu dobremu tłumaczy się w kółko, że ofiara przemocy nie jest w stanie uratować się sama, bo paraliżuje ją lęk oraz poczucie bezsilności. Tyle informacji dostępnych na wyciągnięcie ręki i taka niemoc, gdy przychodzi do działania. „Nie zdawała sobie sprawy z tego, że on ją zabije. Zawsze do końca wierzyła, że on się poprawi, że kiedyś to przestanie się dziać” – mówi świadek. Można powiedzieć, że ta kobieta nie znała trajektorii. To jest możliwe, ofiary przemocy miewają zaburzenia poznawcze. Czyżby miewali je także świadkowie? Trudno uwierzyć w to, że nikt nie widział, ku czemu to zmierza.
To jedna z wielu strasznych, przedwczesnych, niepojętych, bezsensownych śmierci. Przemoc domowa to nie jest wydumany, marginalny problem i wstyd niech spadnie na tych, którzy ośmielają się tak twierdzić.
[*] cytaty pochodzą z programu Uwaga, z dnia 25 września bieżacego roku
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 40/2017