Przypomnę wam, drodzy czytelnicy, pewną kłopotliwą właściwość porządku zwanego demokracją. Ta wątłej postury, wiecznie usmarkana i podatna na wszelkie ustrojowe infekcje Panna Demokracja ma zdolność zrodzenia własnego przeciwieństwa.
Poród może być całkiem bezkrwawy i bezbolesny. Krew i ból przychodzą później, gdy zrodzony demokratycznie potworek osiąga względną dojrzałość.
Patrzcie i podziwiajcie: wystarczą jedne wolne wybory, żeby skołowana, pozbawiona piątej klepki Panna Demokracja wydała na świat Sukę Dyktaturę, a następnie popełniła harakiri ze wstydu.
W odróżnieniu od chwiejnej i chorowitej Panny Demokracji, Suka Dyktatura jest bydlęciem silnym, zdrowym i odpornym. Apetyt jej dopisuje i – na początku pożarłszy swoją matkę – stopniowo pochłania wszystko, co najlepsze.
Wsysa jednym haustem wszelkie światło; odtąd wielbicielom wolnej myśli pozostaną zduszone szepty w mroku.
Ciiicho sza, bo po nas przyjdą.
Taki schemat aż się prosi o postawienie filozoficznego pytania.
Oto ono: Czy wyłonienie dyktatora w demokratycznych wyborach jest zwycięstwem, czy klęską demokracji?
Nadążacie za tą przewrotną myślą?
Nie, nie! To, co tutaj piszę nijak się nie odnosi do bieżącej sytuacji na polskiej scenie społeczno-politycznej.
Przecież myśmy nie wybrali żadnego dyktatora i nie o to nam chodziło.
Weźmy naszego prezydenta – no jakiż tam z niego dyktator?
Wykształcony, elegancki, językami władający pan doktor nauk prawnych.
Że też nikogo w swoim czasie nie zaniepokoiło, że w kampanii prezydenckiej państwo Dudowie wyglądali jak klony Francisa i Claire Underwoodów!
No dobrze, nie wszyscy oglądają House of Cards. Zresztą koniec końców okazało się, że nasz underwoodopodobny polityk nie jest żadnym władcą marionetek, tylko pacynką.
I teraz mamy sytuację jak w tym obrzydłym wierszydle Majakowskiego, które kazano mi recytować na akademii pierwszomajowej w 1971 roku na korytarzu szkoły podstawowej w Sczezłem Kościelnym: „Mówimy partia – a w domyśle Lenin”.
Mówimy Duda, a w domyśle Kaczyński.
Tym, którzy leją gorzkie łzy, pogrążeni w żałobie po odchodzącej Pannie Demokracji, dedykuję opowieść o papudze Javi.
Była ona ptaszydłem cudnej urody, niby ożywiona i zaklęta w ptaka tęcza.
Na początku wszyscy się nią zachwycali i powtarzali „kochamy papugę, śliczna papuga, nasza papuga, wiwat papuga”. Niestety, poza tymi czczymi zachwytami nikt nie miał ochoty zajmować się ptakiem.
Wiecie, ta cała brudna robota: wyczyścić klatkę, zadbać o to, żeby ptak był syty i napojony.
Papuga czasem skrzeczała, czasem wykrzykiwała wulgarne słowa.
Miała też swoje humory, jak przystało na byt godny i głodny hołdów.
Stopniowo słabł więc zachwyt, a rosło znużenie wielbicieli papugi. Wszyscy bowiem pragnęli napawać się pięknem tęczowych piórek, lecz nie było chętnych do sprzątania papuzich kup.
Piękno też stopniowo spowszedniało i stało się niewystarczające.
Papuga boleśnie odczuwała ten brak miłości.
Jak to, jak to, jak to? – zadawała sobie pytanie.
Czyż nie jestem wciąż piękna?
Czy nie daję innym radości?
Dlaczego mnie zostawiają samej sobie, odtrącają, gdy ja nadal ich pragnę i potrzebuję?
Nikogo nie obchodziły dylematy ptaka, więc papuga zrobiła jedyną rzecz, która mogła jeszcze wstrząsnąć zatwardziałymi sercami: oskubała się z piór.
Wszędzie, gdzie zdołała dosięgnąć dziobem, stała się łysa. Tylko barwny łepek przypominał, jak piękną niegdyś była ptaszycą.
Nie wymyśliłam tej historii. Wpiszcie sobie w Google frazę znerwicowana papuga, a ujrzycie na własne oczy skutki zaniedbania. Jest nawet szczęśliwe zakończenie – ptaka adoptowano z zamiarem przywrócenia mu piękna przez otoczenie miłością.
(Miłość można wyrazić tylko w jeden sposób: dbając o jej obiekt.)
Więc, panie i panowie, powiem wprost, bo inaczej się nie da: Nasza Panna Demokracja jeszcze nie wyzionęła ducha, ale już wyskubała sobie wszystkie pióra.
Stało się to w czasie, gdy spaliśmy słodko, powtarzając tę mantrę, że w 2015 roku nie jest (chyba) możliwe wprowadzenie dyktatu jedynie słusznej ideologii, cenzury i samowładztwa.
Bóg raczy wiedzieć, skąd nam się wzięło to naiwne przekonanie.
Nawet papugi wiedzą, że u pozbawionych perspektyw, porzuconych przez syte elity ludzi wszystko jest możliwe, łącznie z samooskubaniem.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 49/2015
No piękne to…naprawdę, udostepniam na FB i pozdrawiam.
Muszę przeczytać, dziś się ucieszyłam tym powrotem, zachłysnęłam początkiem i odleciałam.
Pozdrawiam ładnie.
Nic takiego, Dżo. Aby się od-chłysnąć należy szybko i bezszelestnie wyrwać sobie jedno piórko, stukając jednocześnie w malowane.. eee… dżewo:)
aNDRZEJ dUDA CZYNI CUDA, i tego sie czymmajmy !!! Bardzo serdecznie pozdrawiam, Bardzo 🙂
A ja równie serdecznie odpozdrawiam bardzo. O cudach jest kolejny felieton, który się ukazał w dzisiejszym wydaniu TC. O takich cudach, że łojezusicku ratuj:))
A kiedy, kiedy, kiedy ten felietonik tu ;D?
Dżo, tutaj to nie będzie, można go poczytać na blogu TC, a może też na moim fejs-zbuku znajdzie się link, nie wiem.
Niech Cię to nie dziwi, że ja „nie wiem” (albo niech Cię dziwi, trudno) ponieważ ja tu samotnie żyję, a Łysy gdzieś w tym cywilizowanym świecie (tam, gdzie wszystko otrzymuje się rurami albo z dziury w ścianie , łącznie z porcją poglądów na bieżący dzień) zawiaduje sprawami tego tu jenternetu, co to bez niego nie da się żyć.
Jasno się wyraziłam? Bo wiesz, ja tu rzadko do ludzi mówię, mogłam już zapomnieć języka komunikacji. Najczęstszym dźwiękiem, jaki wydaję jest onomatopeja PSIK, czasem z jakimś rozszerzeniem, np. spieprzaj durny futrzaku.
Tym, którzy już są gotowi donieść do władz, że znęcam się nad kotami uprzejmie wyjaśniam, iż to jest tutejsza odmiana mowy miłości.
O, wyszedł mi z tego prawie nowy felieton…
Najważniejsze że się dożyło już prawie 2016 roku. Niesamowite że człek tyle przetrzymał, Kocia Squaw? Co nie?
Do fejszbuka mam mieszane odczucia i emocjomyśli (z definicji to są te wietrzne wyrazy Twych emocji). Dobrze, że jest tam dostęp do czegoś tam, co może być dla człowieka dobre i użyteczne 🙂
Z Okazyi Świąt Narodzenia Jezuska w stajence życzę Tobie i wszystkim sympatykom i admiratorom Bloga wielu łask Pana 🙂
To dziwne, prawda? Dożyć. Kiedy w 1965 roku nauczyłam się liczyć i policzyłam, że w roku 2000 osiągnę starczy wiek 40 lat, kręciło mi się w głowie z poczucia odległości w czasoprzestrzeni. Później tak się wszystko pofałdowało, że ni z gruszki ni z pietruszki jestem TUTAJ-TERAZ i nie przestaję się dziwić.
Czy ktoś jeszcze miewa takie poczucie dziwności życia w ogóle a życia w czasie szczególnie?
Okej, tak czy inaczej nadeszła Wigilia. Będę dziś myśleć o tych wszystkich, którzy nie mają się kim przełamać opłatkiem i siedzą nad trzema pierogami, zastanawiając się, co zrobili nie tak. Uważajcie z życzeniami, bo mogą się spełnić. Zwłaszcza te, które odważamy się jedynie pomyśleć (i szybko DELETE).
Miałam coś napisać z okazji Świąt, ale pomyślałam, że a po co. Niech będzie cisza, gdy Bóg się rodzi, żeby nas zbawić od wiecznego MATRIXA.
Pobożnych pozdrawiam serdecznym Szczęść Boże, ateistów równie serdecznym Wesołych Świąt.
…i znowu siedzą jak myszki pod mietłą 😉 … bardzo często miewam poczucie wywalenia z wieku biologicznego w stronę grobiku. Taką mam jednak w sobie ciągłość jakoś tego wszystkiego, choć no nie powiem żebym należała do osób co mają uśmiech na twarzy bez ustanku, tomiwisizm i apetyt na każdy dzień z rana. Raczej czuje się jakby mi ktoś obuchem przygrzmocił (zwłaszcza nowe problemy i trudy) a mocniej ten obuch i głaz na piersi hardej doskwiera, kiedy za oknem pejzaż jak lej po bombie bez zielonej trawki, liści na drzewach, ptaszków. Nie ma też żadnego chłopaka fajnego z serenadą pod oknem, a wiadomo bez chłopaka to dziewczyna nie taka 😉
W styczniu i lutym najtrudniej się wstaje. Jeszcze się głowy nie podniesie, a już boli jakby ją 1000 tańczących chochołów potrąciło. Patrzę się na zielone więc. Patrzę się i rozmarzam. Kiedy tam do kwietnia hen hen jeszcze, wiele się wydarzy…
No u mnie to śpiewają serenady, a jakże. Pod oknem i na parapecie. Mogę Ci jednego kurierem podesłać, acz nie wiem, czy żywy inwentarz też wożą. Z kolei nieżywy nie będzie śpiewał. Jak nie staniesz, dupa z tyłu, Dżo.
Coś bym napisała, ale, o w mordę, mam ochotę pisać same niemiłości. Zrzędliwie, zgrzytliwie, bez odrobiny życzliwości. Jednym słowem – jestem w nastroju purchawkowym, marzną mi ręce i wszędzie mam daleko. Ty się ciesz, że masz wszędzie blisko i nie marudź:-)
Psssst 2016! Nie marudzę, bo wszędzie wszak blisko ;-* W głowie mi się już na odwyrtkę powywracało i dobrze jest. Zdrowia, szczęścia, pomyślności Annie i całej ludzkiej Ludzkości.
A zatem moje zaklęcia działają na Ożywioną Materię. Ożywiona Materia zaczyna czuć się lepiej! Ja też ukłony noworoczne posyłam. Dżo, a czy Ty specjalnie uczyniłaś wyłączenie ze swych życzeń Ludzkości nieludzkiej? Bo to całkiem pokaźna liczba, mogą się poczuć dyskryminowani, albo i co gorszego!!! Może zrób ustępstwo na rzecz tych, którzy przynajmniej się starają być ludzkimi, co?
Pozdrowienia Dżo i reszty Ludzkości, która przynajmniej się stara…
Jako że w sieci można być kimś zgoła innym czasem niż w reality, pozwoliłam sobie na taki szpan. Byli faszyści naziści tfu, bywają faszyści modowi, estetyczni, etyczni, polityczne dzikie szuje i szczeżuje 😉 to i ja jako terapeucina miękczak postanowiłam zpijarować się i postawić tę poprzeczkę w tomigraj myśl Brata Alberta: „ten jest dobry, kto chce być dobry” i pułapką poznawczą z tyłu głowy: ale pamiętaj ascetyku młody dobrymi chęciami coś tam strasznego wybrukowane 😉
Ze spokojnym sumieniem, wszak tu w tych blogowych włościach Twych, się czuje powiew ludzkości i dobrego humoru od lat!
Powiew to jest właściwe słowo, Dżo. Ja tu czuję powiew bo jest fafnaście stopni mrozu i – łojezu – pralka mi zamarzła. To wcale nie jest żart, to najprawdziwszy powiew wolności, a raczej powiewu tegoż cena:-)