Oto siadam.
Nie lubię siedzieć. Uprzejmie proszę, aby wynaleziono taki przyrząd, który umożliwi pisanie w ruchu.
Dla mnie jedyny sensowny ruch to chodzenie.
Na nogach.
Po ziemi.
Jeżeli dostępuję jakiegoś oświecenia, to zawsze w ruchu, nigdy siedząc. Z mojego punktu widzenia przemieszczanie się autem (wozem drabiniastym, pociągiem, samolotem) to nie jest prawdziwy ruch. No cóż to za ruch, skoro ja pozostaję w bezruchu? Rower. W zasadzie spełnia moje osobiste kryterium bycia w ruchu, ale nie do końca. Przez siodełko, jeśli chwytacie, co mam na myśli. Zresztą nie mam sprawnego roweru. Dlatego chodzę, chociaż gdybyście mnie zapytali dokąd zmierzam, to potrafię rzec tylko: tam, dokąd wszyscy zmierzamy.
Idę na swój własny sposób, wlokąc się noga za noga.
Żadnych nordyckich łol-kingów, marszobiegów, dżoł-gingów z krokomierzem w kroczu.
Mam to niesłychane szczęście, że nigdzie mi się nie spieszy.
Zwłaszcza, jak się pewnie domyślacie, nie spieszno mi tam, dokąd wszyscy zmierzamy.
[Mam na myśli, że tak jest zazwyczaj, bo zdarzają się inne chwile, jak każdemu, komu siostrą jest depresja, ta brzydka sucz. Można też przyjąć, że mój przymus chodzenia jest niczym więcej, niż permanentną ucieczką przed ową suczą. Ona to, zwykle utrzymywana w ryzach, jako tako oswojona, ulokowana wygodnie w najdalszym, najgłębszym i najcichszym pokoju mojego serca, potrafi nagle obejść wszystkie zabezpieczenia i z upiornym uśmiechem chuchnąć mi w twarz tym smutkiem, od którego więdnie nawet wiara, nadzieja i miłość. Szczególnie miłość.]
Lecz chociaż moja wędrówka nie jest oznaczona jako idę tam, nie sądźcie, że nie ma celu. Trzeba tylko inaczej zadać pytanie. Zamiast dokąd idziesz, wystarczy zapytać po co idziesz.
Zawsze idę po coś.
I zawsze coś przynoszę.
Nawet, jeśli jest to jedynie liść lub szyszka.
Czasem ma się więcej szczęścia i można przytargać kosz grzybów, dzbanek leśnych owoców, a nawet – w sekretnym schowku pod powiekami – obraz.
Obrazy bywają dynamiczne (stado saren, grupa żurawi, młody lis, klucz dzikich gęsi) lub statyczne: barwy, kształty i krajobrazy.
Wierzcie mi, nigdy nie wracam z niczym.
Wszystko robię po coś, chociaż nie zawsze wiem dlaczego.
Chodzę po coś.
Piszę po coś.
Czytam po coś.
A gdy czytam, to jakbym szła: wędruję i zbieram skarby.
Jeżeli w opowieści nie ma niczego, co jest dla mnie warte dalszej wędrówki, odkładam.
Czasem naprawdę nic tam nie ma, poza słowami ułożonymi w mniej lub bardziej poprawne ciągi.
Ale na ogół chodzi raczej o to, iż rzeczy, które znajduję, nie są przeznaczone dla mnie. Może są dla kogoś obdarzonego inną wrażliwością, innym umysłem. Stąd specjalnie się nie palę, żeby krytykować powieści (a tym bardziej ich autorów) tylko dlatego, że coś mi się nie podoba, albo nie czaję bazy.
Gdy przeczytałam Biegunów Olgi Tokarczuk, poczułam niekłamaną radość, płynącą ze znalezienia pokrewnych dusz. Niewątpliwie należę do opisywanego plemienia, chociaż jestem ciut opóźniona w rozwoju, skoro tylko chodzę, zamiast podróżować, korzystając z dostępnych środków transportu. Ale to już wyjaśniłam na początku, prawda?
Co do Tokarczuk, to cieszę się, że Księgi Jakubowe zostały docenione i uhonorowane nagrodą Nike. Kibicowałam wprawdzie Dehnelowi i jego Matce Makrynie, ale naprawdę nie umiałabym powiedzieć, która książka wywarła na mnie większe wrażenie. O Matce Makrynie już pisałam w innym miejscu.
Wędrując po Księgach Jakubowych (prowadzona piękną narracją, z Księgami podróżując przez czasy, miejsca i ciemne zakamarki ludzkich dusz) znajdowałam mnóstwo skarbów. A jest ich tam znacznie więcej niż jestem w stanie wchłonąć w jednym czytaniu.
Mój mąż, będąc pilnym obserwatorem wydarzeń w świecie literatury, usiłował wprowadzić mnie w klimat, towarzyszący przyznaniu nagrody dla Tokarczuk.
Jakże smrodliwy ten klimat, a jakże przewidywalny.
Poprosiłam go, żeby oszczędził mi cytatów, a zwłaszcza tych miazmatów, którymi obrzucono pisarkę.
Powiedziałam mu tak:
– Do ciężkiej cholery. Po kiego grzyba nadajesz znaczenie tym cuchnącym wydalinom. Czy nie rozumiesz, że wypowiadając je, powtarzając je, cytując, osobiście dajesz im drugie życie? Czy cudze pierdnięcia, beknięcia, czknięcia też byś mi cytował?
To jest moje podejście to tak zwanej „mowy nienawiści”. Dla mnie to nawet nie jest mowa i nie zamierzam wdawać się w dyskusje z pierdnięciami. Niezależnie, czy pochodzą od tych z lewej, czy od tych z prawej, czy też od takich, którzy za diabła nie wiedzą, gdzie właściwie są i kim i po co.
To ciężka dolegliwość, taka niezdolność do samoidentyfikacji przy wzmożonej potrzebie ekspresji, lecz istnieje uniwersalne lekarstwo: czytać, czytać, czytać.
Po pewnym czasie osobnik czytający przestaje wydawać z siebie ohydne dźwięki a zaczyna mówić.
Wracając do Ksiąg Jakubowych, przyznaję, że otrzymałam w tej lekturze o wiele więcej, niż oczekiwałam. Na przykład prześledzenie procesu myślowego biskupa Kajetana Sołtyka, szukającego wyjścia z hazardowych długów, które zaciągnął u Żydów. Pomysł, na jaki wpada pisząc pewien list. Wiecie, że jestem zainteresowana demaskowaniem małych zełek i ich potwornych Konsekwencji w postaci Wielkiego Zła. Można powiedzieć: A więc tak to się dzieje! To nie jest przyjemna lektura, ale jest konieczna, gdy się pragnie czytać książki dla dorosłych. Pewne ich wątki będą mieć posmak piołunu z dziegciem.
Podobnie jak powieść Łaskawe Jonathana Littella, to więcej niż bym sobie świadomie życzyła. Kto normalny pragnąłby dla przyjemności czytać o tym, jak nad kaczką z buraczkami, mlaskając ze zmysłowej rozkoszy, kilku dobrze wykształconych, kulturalnych panów omawia techniczne kwestie nadchodzącego ludobójstwa? Jest im nawet troszkę nieswojo wobec rozmiarów planowanej rzezi, ale świetnie sobie radzą z tym dyskomfortem. Mają pod ręką gotowe cytaty z wielkich filozofów, a jeśli to nie wystarczy, zawsze można powiedzieć:
– Kto? Ja? Ja tylko wykonuję swoją pracę.
I znowu zdumiona, kwaśna myśl, chociaż przecież ja to wszystko wiem:
A zatem tak to się dzieje…
Ale Łaskawe to książka dla dorosłych, nie zniesie jej nikt, kto nie dorósł do prawdy o sobie samym. Na szczęście wydaje się sporo książek infantylnie szczebiotliwych; dla każdego coś się znajdzie. Kto nie ma życzenia, może się nigdy nie skonfrontować z tym, że człowiek wydany na żer dowolnej ideologii, to już tylko głupie, kłamliwe i złe zwierzę. Mam szczerą nadzieję, że nigdy nie doświadczę tej prawdy inaczej, niż tylko zgłębiając niełatwe lektury. Pokój więc nam i z nami.
Na dziś wystarczy. Pada deszcz. Wracam do czytania, bo to jedyny – poza chodzeniem – ruch, który odbieram wszystkimi zmysłami jako rzeczywisty. A że wtedy siedzę? No cóż, paradoks.
Jest tyko teraz. Tak trzeba się poruszać, wędrować nieustannie, przemieszczać się, dążyć do celu niczym samotny nawigator trwać w podróży. I choć to zabrzmi trywialnie w tym jest siła kosmosu 🙂 Zatem przesyłam sił kosmicznych strumień. Dziękuję za piękną „pocztówkę” z Waszej podróży. Serdeczności Kai
Przyjmuję ów strumień z wdzięcznością i ślę serdeczności zwrotne. Właśnie wróciłam z porannej wędrówki lasami i zagajnikami. Jest bardzo wilgotna i ciemna aura, miałam wrażenie płynięcia w morzu kolorów. Najwięcej jest teraz złota, purpury i takiego szczególnego łososiowego różu, na jaki przebarwiają się młode czeremchy. Spojrzenie w dół – a tam napęczniały zielenią mech, usiany pomarańczowymi plamkami lisówki. Dobrze, że jest niejadalna, będzie zdobić lasy aż do mrozów. Podobnie jak takie bladożółte, od spodu zielonkawe grzybki, porastające pniaki. Nie pamiętam jak się zwą, ale cieszą oczy nadzwyczajnie.
Kocia Squaw wróciłaś taka odmieniona tą rosą traw słów poruszeń synestezji i prawdziwych emocji. Podbiorę sobie „schowek pod powiekami” – aż łezka chce tam wskoczyć takie to ładne.
Olga Tokarczuk da się łatwo uwielbiać i jeść wielkimi łyżkami oczami. Może depresyjne osoby tak mają, że się trzymają razem, lubią podobne klimaty, odnajdują się w tym, co im siedzi w duszy?
Przyglądam się nienawiści razem z Erwinem Ringlem, którego dopiero co odkrywam. Po mojemu: To strasznie mocna reakcja, nieświadomość nie radząca sobie z idealizacją, miłością, pożądliwością, złością, zawiścią, zaborczością. Ktoś nie jest obojętny na autora, uderza mu on w nieprzepracowane struny – i buch szkalujące słowa zaczynają nim władać, wylewać mu się z duszy, pyska i klawiatury. Hejt. Rodzaj nawet dziwacznej mrocznej i głośnej ksenofobii, w który można włożyć całą swoją agresję z dnia i siebie. Ocaleć?
Oszaleć.
Już nie ma złudzeń, że szaleńcy emocjonalni mogą tylko i li jedynie próbować ocaleć. Choć z drugiej strony zawsze można bardziej (w tego typu, a jakże także terapii) oszaleć 😉
Aniu, usmiecham sie czytajac twoje teksty…jak ja uwielbiam Twoj styl.
Ksiazek o ktorych piszesz nie znam ale dobrze znam wizyty mojej „nieproszonej przyjaciolki” ktora nazywasz „brzydka sucza”. Wspominam momenty kiedy z nia walcze ,- nie chce jej miec w „domu”-nie chce aby sie rozpanoszyla, bo przeciez jest nieproszona i tez sie usmiecham na wspomnienie ostrych spiec.
Twoj opis „suczy”jest jednak bezkonkurencyjny.
Wydrukowalam i powiesilam na widocznym miejscu aby laczyc sie duchowo z tymi, co z ta sucza maja do czynienia i usmiechac sie, bo solidarnosc wzmacnia barykady.
Mam „Dziunie na Uniwersytetach” i zabieram ja na Riviere Turecka za kilka dni.
Oj jak duzo powodow do radosci. Pozdrawiam serdecznie
Zeniu, to bardzo miło, że zabierasz Dziunię w podróż. Nawet wam trochę zazdroszczę, nie bardzo, tyle żeby nie wyjść z wprawy w zazdroszczeniu:)
Pozdrawiam Cię serdecznie.