Polowania na ludzi

Minął miesiąc od chwili, w której listonosz zawołał u mojego płota: Pani Aniu, dziś od komornika!
Znalazłam adwokata i pieniądze „oddasz, jak będziesz miała”.

Pisząc te słowa (tak, wciąż mam komputer i dach nad głową) oglądam spektakl za oknem.
Mieszanina wdzięku i okrucieństwa: kocur czający się na pliszki.
Czemu siadają mu przed nosem?
Czy są tak ufne w swoją zdolność do wznoszenia się ponad niego?

Niemądre, dotknięte szaleństwem optymizmu ptaszki. Podwórko jest zaptaszone głupawymi pliszkami, które nie wiedzą, że w każdej chwili mogą stać się łupem.

Ten kot nie poluje z głodu.
Jest syty.
Zeżarł karmę, popił, beknął.
Ale taka natura, kocia jego mać.

Człowiek rzekomo rozumny poluje z równym okrucieństwem, lecz bez kociego wdzięku.
Jak daleko jako gatunek odeszliśmy od czasów, gdy nasze przytulne jaskinie pustoszyły hordy dzikusów, zbrojnych w kamienie i pały? Nie winszujmy sobie rozwojowego skoku, bo tak naprawdę rozwinęły się tylko nasze narzędzia.
Współczesne watahy dzikusów, o oczach płonących tą samą co sto tysięcy lat temu zwierzęcą chciwością, są uzbrojone w smartfony i implantowane uśmiechy.
Oraz nakazy zapłaty.
I mają po swojej stronie cały aparat państwa.

Osaczona jak durna pliszka, przez cztery tygodnie czuwałam, nie znając dnia ani godziny. Czy muszę opisywać, jak się czuje osoba, której komornik zapowiada wizytę w asyście policji, w celu przeszukania pomieszczeń i schowków a także ubrania, które ma na sobie?
Każdy samochód, który zwalniał przy mojej chałupie.
Każdy obcy warkot.

Pewnego dnia na podwórko zajechało auto z obcą rejestracją. 
Jeszcze godzinę później trzęsłam się jak gówno w galarecie i nie mogłam oddychać.
A to był tylko nowy sąsiad z kurtuazyjną wizytą.

Wreszcie coś się wydarza:
Przychodzi odpowiedź z lubelskiego sądu.
Zanim wczytam się w treść, potykam się w zdumieniu  o napisane drobnym druczkiem zdanie: „ Nakaz zapłaty został wydany na podstawie twierdzeń powoda, niezweryfikowanych przez sąd”.

Dżizus Krajst!
Mamy zatem w naszym kraju organ, który wydaje nakazy na podstawie twierdzeń.
Bez dowodów.
I ów organ nosi nazwę SĄD!
Ludzie kochani, czy tylko mnie to szokuje?

Organ ten w swojej łaskawości uznał argumenty sprzeciwu wniesionego przez prawnika.
Dzięki temu sprawa mojego rzekomego długu ma szansę znaleźć szczęśliwy finał w normalnym sądzie powszechnym.
Takim, który – miejmy nadzieję – nie wydaje wyroków na podstawie twierdzeń, lecz żąda dowodów.

A wyobraźcie sobie teraz, że nie zdobyłam tych czterech setek na adwokata.
Albo że z innych powodów nie podjęłam nierównej walki z systemem.

Zapewne komornik w asyście policji już przeszukiwałby moje schowki i ubranie.
W nadziei znalezienia tych brylantów, które Dziuni Babka Pułkownikowa przewoziła w najciemniejszym miejscu przez sowiecką granicę.

Los się do mnie uśmiechnął spróchniałymi zębami.
Nakaz zapłaty i jego klauzula wykonalności w całości utraciły moc.
Komornik odwołany.

A przecież niewykluczone, że gdybym miała jakiekolwiek pieniądze, w panice oddałabym nieistniejący dług!
Plus odsetki, plus koszty, plus wszystko, co się komu zechciało zażądać.

Do tego stopnia można zgłupieć ze strachu na samą myśl, że ci ten komputer wyszarpną spod ręki i przeszukają majtki.

W pliku papierów nadesłanych z elektronicznego sądu znajduje się wykaz siedmiu faktur za usługi telekomunikacyjne.
Ktoś zawarł umowę na moje nazwisko, podając moje dane z dowodu (na szczęście nieaktualnego) a także mój PESEL.

Jeśli w tym momencie zamierzacie się zdziwić, to pomyślcie, w ilu miejscach w ciągu ostatnich lat byliście zmuszeni okazać dokument tożsamości.
W każdym z nich mógł siedzieć uśmiechnięty drapieżnik przebrany za bliźniego.
Przecież nawet do biblioteki nie można się zapisać, nie podając pełnych danych, z numerem dowodu włącznie!
Pesel podaje się za każdym razem, gdy chce się zmierzyć ciśnienie w ośrodku zdrowia.
Przy wypełnianiu list poparcia.
Przy wypożyczeniu kajaka.
Wymieniać dalej?

Ma być łatwo, szybko, natychmiast. Więc mamy kredyt dostępny na jedno kliknięcie, umowę na jedno stęknięcie. Bez weryfikacji i zbędnych formalności.  I oto skutki.

Fachowcy radzą, żeby dla własnego bezpieczeństwa przeczesywać krajowe bazy danych dłużników. Po to, aby sprawdzić, czy ktoś nie wziął kredytu czy innej łatwo dostępnej przyjemności na nasze konto.

Cóż za pociągająca perspektywa – w wolnych chwilach przeczesuj bazy danych, bo może już zostałeś upolowany i jakiś elektroniczny sąd właśnie nadaje wydaje nakaz zapłaty w oparciu o czyjeś twierdzenie.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 20/2015

Leave a Reply