Było nas tak wiele (istot), że na schodach panował ścisk i pod schodami panował ścisk, i nad schodami, kurwa mać, panował – a jakże – ścisk.
Na wysokości moich łydek pętały się zębate stworzenia, których kształt do złudzenia przypominał żeliwny (uzębiony) kociołek myśliwski na kokieteryjnie wygiętych nóżkach. Zembołki klapirodne – pomyślałam z odrazą, bo łajzy owe znane są z bezczelnych żartów godnych imbecyla.
Pozwalają sobie na wiele, bo dzięki naturalnemu brakowi zahamowań osiągnęły wysoką pozycję w mediach i reklamie. Mimo swojego debilnego wyglądu, mimo klapirodności, krzywych (czterech) nóżek, zembołki zawsze wloką za sobą kiście fanek. I chyba nie muszę was zapewniać, że dwunożnych kobiet też wśród nich nie brakuje, skoro pierwszy lepszy zembołek zarabia tyle, ile wynosi budżet sporej gminy.
I co się dziwić?
Nie ma się co dziwić!
Ale skończę już z tymi zasrańcami, bo przez takie socjopsychozmaty można się doprowadzić do rozpastwienia duchowej wypustki parskalnej. I nieszczęście gotowe.
Ważniejsze od – niech je szlag – zembołków jest pytanie, po co my wszyscy tłoczyliśmy się na tych schodach. Otóż (możecie wierzyć albo nie, a co mnie to obchodzi) myśmy tam stali w kolejce po chińszczyznę.
Tak, dobrze widzicie:
CHIŃ – SZCZY – ZNĘ.
Jeśli uważacie tę sytuację (lub jej opis) za dziwną, to znaczy, że nie obchodzicie należycie najważniejszego świeckiego święta w roku, które przypada właśnie dziś.
A jeśli nie przypada, to czas ogłosić, że owszem jednak.
Bo tak.
Dziś jest Dzień Kłamliwego Sukinkota.
Z tej okazji każdemu kłamliwemu sukinkotowi należy się odpust zupełny, aż do wyczerpania bieżących zapasów Prezesowej cierpliwości.
Dziś obchodzą swoje święto wszyscy, którzy:
obiecują a nie dają,
dają, ale od razu zabierają,
mają, lecz udają że nie,
otwierają usta tylko po to, by kłamać (oraz jeść i pić),
tworzą pic na wodę/fotomontaż ( jako wolontariusze lub za srebrniki)
Wszystkiego najlepszego, wy zębate, klapirodne, kociołkowate imbecyle!
Drodzy czytelnicy, jeśli odczuwacie niepokój o zdrowość moich zmysłów, to pragnę was uspokoić: ja tylko opowiadam wam swój sen.
A ponieważ choruję akurat na grypę, akcja moich snów przeniosła się na inne planety.
Stąd te absurdalne sekwencje, które przy bliższym zbadaniu nie są aż tak absurdalne.
Gdy budzę się z międzyplanetarnego snu, wcale nie mam poczucia powrotu do rzeczywistości.
Zdradzę wam, że czuję wręcz przymnożenie dziwności.
W czasie choroby mózg, osłabiony podejmowaniem strategicznych decyzji o charakterze wojennym, słabo ukrwiony, skoro wysłał krwawe wojsko do innych obszarów cielska, nie ma takiej mocy, żeby łatać na bieżąco dziury w sensuum.
Dlatego ktoś, kto właśnie zmaga się z atakiem wirusowym, ma szansę zobaczyć rzeczywistość bez korekty sensu w centralnym sensuum i sensuach boczno-skośnych.
Ja wam to zaraz wyjaśnię, spokojnie.
Odkryłam to zjawisko niedawno.
Podczas redagowania Dziuni zorientowałam się, że najgrubsze błędy, takie jak brakująca połówka słowa, pominięcie operatora, czy nawet brak orzeczenia uchodzą uwadze wszystkich czytających. W tym także profesjonalnych redaktorów.
Jakim cudem po kilku tygodniach prac redaktorsko-korektorskich w tekście ostały się tak poważne usterki?
Odpowiedź znalazłam bez trudu, chociaż dobrą chwilę mi zabrało, żeby (pogodziwszy się z losem) sformułować prawo wirtualnej korekty:
Jeśli wiesz jak powinno być – to widzisz to co powinno być – a nie to co jest.
Im jesteś inteligentniejszy, im więcej wiesz i rozumiesz, tym lepiej działa twoja wirtualna autokorekta.
Ergo: im jesteś mądrzejszy, tym mniej rzeczywista jest rzeczywistość, docierająca do ciebie za pośrednictwem zmysłów.
Strrrrrraszne!
Upiorrrrne!
Implikacje tego fenomenu są naprawdę przerażające.
Cała nasza nadzieja w głupcach, oni są w stanie widzieć rzeczy takimi, jakie są, bo nie wiedzą, jakie być powinny. Ale tu zaczyna się inny problem: są zbyt głupi, żeby wyciągnąć z tego co widzą jakikolwiek wnioski.
Musimy powołać jakieś ciało do zbadania O CO TU CHODZI (zanim świat z powodu tej kurzej ślepoty stoczy się w otchłań).
A w szczególności:
1. Czy wirtualna autokorekta da się jakoś wyłączyć.
2. Jeśli nie, to należy sprawić, żeby ludzie się dobierali w pary wedle kryterium innego, niż pożądanie. Zamiast tego należałoby propagować model partnerstwa opartego na własnościach umysłu. Głupi powinien łączyć się z mądrym, a mądry z głupim. Wtedy (i tylko wtedy) będziemy mogli dowiedzieć się, JAK JEST.
O ile nas to w ogóle obchodzi…
Dzięki. Wreszcie tekst, który rozumiem.
Bez korekty, normalne słownictwo nie jakieś tam ą czy ę 🙂
Dwóch głupich , czy dwoje mądrych to ubaw po pachy, po co wiedzieć jak jest.
Jest tak jak chcemy i już 🙂
O, i odzywa się ktoś nareszcie do rzeczy, a nie tylko ą czy ę, że nie wiadomo, czy chwali, czy psem szczuje:)))
Psem? A kysz!!!
Ja mam kotkę i miauczymy sobie tak na jedną nutkę . Dwie głupie ….a jak nam dobrze 🙂
„Ergo: im jesteś mądrzejszy, tym mniej rzeczywista jest rzeczywistość, docierająca do ciebie za pośrednictwem zmysłów. ”
Jesteś pewna? Bo to znaczy, że jestem geniuszem 😉
Niestety, jestem pewna, Pikfe. Pogódź się z tym, albo zacznij oglądać telewizję. Podobno skutecznie obniża Aj Kju. Słyszałam nawet o projekcie amerykańskich naukowców, żeby wpisać oglądanie telewizji na listę terapii refundowanych, jako humanitarny i przyjazny zamiennik lobotomii.
Cholera, nie mam telewizji. Chyba będę musiała się pogodzić z tą straszną prawdą 😉
(„Jak to?! Nie macie telewizji?! Ale jak to?!)
Lub: Łuny to nawet telewizji nie majom, dziady takie!