Kilka tygodni temu mój mąż, pierwszy czytelnik i surowy krytyk wszystkiego co piszę, uczynił mi wymówkę. Zarzucił mi, że podbarwiam i naciągam rzeczywistość dla uzyskania psychologicznego efektu grozy. A przecież nie piszę horroru, tylko normalną (może nieco odjechaną, ale wciąż realistyczną) powieść obyczajową. Po cóż więc te psychopatyczne wstawki o Walentynie Czubek, która wszak nie mogła istnieć, bo takich osób nie nie ma? A jeśli nawet są, to siedzą u czubków.
Ta uwaga pojawiła się w czasie podczytywania mi przez ramię (a kysz!) trzeciej części losów Dziuni Dochtorówny, nad którą teraz pracuję.
W jednym z rozdziałów opisuję pewne tajemnicze (z pozoru) zjawisko, które nazwałam syndromem Sczezłego.
Owa lokalna osobliwość polega na kategorycznym zaprzeczaniu rzeczywistości. A zwłaszcza temu, że różne paskudne sprawy i sprawki dzieją się tuż przed nosem mieszkańców wsi.
W zasięgu ich wzroku i słuchu wyprawiają się istne bezeceństwa, a oni wciąż się upierają, że wszystko jest w porządku, bo „takie rzeczy” nie mogą się wydarzać. O brzydkich sprawach się nie mówi, a jeżeli coś się komuś wymknie, to reszta od razu woła: „Ale o co ci chodzi, czemu wprowadzasz niepokój, przecież wszystko jest w porządku”.
W tej atmosferze, wobec powszechnej obojętności, branej mylnie za tolerancję i otwartość, w miejscowej szkole rządzi niepodzielnie Walentyna Czubek. Ponieważ uczy przedmiotów ścisłych, wymaga od uczniów skupienia. Jest zwolenniczką metod behawioralnych, chociaż w tamtych czasach używa się jeszcze tradycyjnego słowa „tresura”.
Dla chłopców oznacza to przywiązywanie za kostki do krzeseł, żeby się nie kręcili jak owsiki w zadku.
Dziewczętom zaś Walentyna zakleja usta taśmą i to nie tylko wtedy, gdy gadają na lekcji, ale także zapobiegawczo.
Wyznać pragnę, że opisywane wydarzenia są prawdziwe i miały miejsce w pewnej szkole podstawowej, do której miałam pecha chodzić.
Nie raz czy dwa razy, ale przez całe lata przede mną i po mnie, Walentyna Czubek pastwiła się nad uczniami, a bycie przywiązanym lub zaklejoną to wcale nie była wielka sprawa.
Zawsze mogło być gorzej: można było dostać w gębę na odlew, a miała ta Walentyna cios jak Pudzian, chociaż kurduplowata.
Można było zarobić kablem, drewnianą linią metrowej długości, albo dowolnym przyrządem, który nasza pani od fizyki akurat trzymała w garści.
Rozbicie komuś szklanej kolby na głowie też nie budziło większych emocji.
Do wszystkiego można było przywyknąć. Każdej akcji, zwanej przez Walentynę „ja was, zasrańce, tresurą wyprowadzę na ludzi” towarzyszyły wrzaski o sile wykraczającej poza normalną skalę ludzkiego głosu. A jakie słała nam wiązanki wyzwisk! Powiedzieć, że wulgarne, to jakby nic nie powiedzieć.
Mój osobisty krytyk literacki nie miał zamiaru w to uwierzyć. Może dla kogoś, kto dorastał w stolicy, moje opowieści są tak egzotyczne, jak bajki z obcej planety.
No i co? – pyta. – Czy ktoś to gdzieś zgłosił?
Takie pytanie jest najlepszym dowodem, że on po prostu nie rozumie syndromu Sczezłego. Trzeba mu wszystko wyjaśniać i ciągle zapewniać, że to nie chore fantazje, tylko czysta, żywa historia szkolnictwa prowincjonalnego.
I nie tylko historia, obawiam się.
Zaświadczą o tym mieszkańcy dolnośląskiej gminy Szczodre, o której zrobiło się głośno w sposób wysoce nieprzyjemny.
Smród się rozniósł na cały kraj, a i zagranica coś przebąkuje o maltretowaniu dzieci w polskich szkołach.
Ale cóż za zbieg okoliczności!
Mój mąż się nawet przestraszył.
Poprosił, żebym przestała opisywać „takie okropne rzeczy”, skoro one się później wydarzają naprawdę.
Sugerował nawet, że mam jakieś nadprzyrodzone, ciemne moce, zaklęte w moim narzędziu do pisania.
Z trudem odwiodłam go od pokropienia klawiatury laptopa święconą wodą.
Lecz sama też się musiałam mocno uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy nie śnię. Jak to możliwe, że inkarnacja Walentyny Czubek ze Sczezłego lat sześćdziesiątych objawia się właśnie w szkole w Szczodrem? I to w chwili, w której ja o tym piszę!
Wyjaśnienie jest banalne – Walentyna Czubek to uniwersalny, ponadczasowy model frustratki z zaburzeniami samokontroli.
Zapytacie: jak to możliwe, że nauczycielka w czasie lekcji knebluje, wiąże, obrzuca obelgami i straszy małe dzieci, i że czyni tak całymi miesiącami, latami?
Odpowiedź jest prosta: nikt nie pyta dzieci, jak spędzają czas.
Nikt nie słucha, gdy to czy inne dziecko próbuje się poskarżyć.
Bo nikt nie wierzy, że „coś takiego” może się wydarzać naprawdę.
To wystarczy, żeby Walentyna Czubek była wiecznie żywa.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 11/2015
PRZE-RA-ŻA-JĄ-CE.
Przerażające, Pikfe, a to dopiero początek…