Wielki tytuł krzyknął z monitora czerwonymi literami:
Oszukano 56 kobiet!
Pracownice bez wypłaty!
Takie wieści działają na mnie jak ostroga na leniwą klacz.
Podrywa mnie jasna cholera, a jednocześnie trafia gniewny szlag.
Wyobraźcie to sobie.
Już nieraz wspominałam, że mam skłonność do stronniczej i wybiórczej reakcji na każdą wzmiankę o krzywdzie kobiet. Może to jakieś genetyczne dziedzictwo, a może doraźna mutacja. Dość powiedzieć, że w sytuacjach spornych, automatycznie staję po stronie kobiet.
Tak więc, pod wpływem obrazu pięćdziesięciu sześciu oskubanych z wypłaty sióstr moich, ten słuszny, lewicowo-prawicowy gniew już się szykował do odpalenia racy.
Czaił się w gardzieli, rozgrzewając struny głosowe przed eksplozją.
Usta poczęły się układać w brzydkie, pełne grzesznego wdzięku słowo, zaczynające się od dźwięku q (ku), a kończące się sylabą –stwo. Słowo to bywa zwyczajowo używane jako metafora, na określenie nieprawości, niesprawiedliwości i bezwstydu.
Zdążyłam wziąć głęboki wdech, a cztery koty uniosły łebki, niespokojnie węsząc nadchodzącą burzę. (Skąd one zawsze wiedzą, kiedy zaczynam czuć wściekłość? I skąd wiedzą, kiedy moja wściekłość jest dla nich istotna, a kiedy mogą zgodnie zignorować ciskanie gromów?)
Wtem, poniżej krzykliwego tytułu, między słowami błysnęła liczba i nazwa, a wtedy spłynął na mnie (i na koty) spokój.
Wprawdzie brzydkie słowo nadal pozostawało aktualne, ale jakże zmienił się sposób jego użycia! A także adres, pod który powinno zostać skierowane.
Przeczytawszy wiadomość do końca uznałam, że jest wprawdzie zdumiewająca, ale całkiem dobra i dodająca otuchy.
Oto pięćdziesiąt sześć panien, byłych pracownic klubu Cocomo, zostało bez wypłaty za to, co nazywały „swoją pracą”.
Używam cudzysłowu, ponieważ są i tacy, którzy opisują ich zakres obowiązków za pomocą wcześniej wspomnianego, brzydkiego słowa, zaczynającego się dźwiękiem q.
Przypomnę w skrócie, na czym polegała owa „praca”, za którą pracodawca wisi im, bagatelka, pół miliona złotówek.
Panny oszukane dzielą się na promotorki, barmanki i tancerki.
Praca promotorek polegała na snuciu się po ulicy w towarzystwie różowej parasolki i obiecywaniu.
Panny naganiaczki.
Jak biblijne Ewy, naganiaczki kusiły facetów tym, czym zazwyczaj można skusić faceta.
Niektórzy uważają, że jabłkiem.
Za wszystkim stał jak zwykle cwany sukinsyn wąż, będący właścicielem klubów.
Wąż obiecywał Ewom, że dostaną duuuużą kasę za każdego wywiedzionego na pokuszenie jelenia.
A następnie, jak to wąż, pokazał powiedzmy… figę.
Wszystkie panny Ewy zostały na lodzie.
Panny barmanki, kasujące kilkanaście tysięcy za szampana, doprawionego jakimś odmóżdżającym syfem.
Panny przebiegłe, czekające aż delikwent znajdzie się w stanie rozmiękczenia mózgu, żeby mu wyczyścić konto.
Tu przebiega granica siostrzanej lojalności.
Jak widzicie, moja zapyziała, rozciągliwa, seksistowska solidarność kobieca prędzej czy później okazuje się limitowana. Podobnie, jak współczucie.
Nie wiem jak wy, drodzy czytelnicy, ale jakoś nie potrafię nieopłaconym pannom szczerze współczuć (chociaż, paradoksalnie, współczuję oskubanym w Cocomo frajerom).
Czy oszukanie oszusta jest oszustwem, czy uczynkiem cnotliwym? Niechcący cnotliwym, oczywiście.
Nikt normalny nie będzie dowodził, że Jan S.,wężolicy właściciel sieci klubów Cocomo, pozbawił byłe pracownice wypłaty w ramach odnowy moralnej.
Nie, Jan S. nie ogłosił rekolekcji dla grzesznych panien, tylko ograł je, oszukał i zwiał.
A resztę zajął komornik.
Wybaczcie, że robię tu sobie żarty ze spraw jakże poważnych, ale gdy czytam, że praca w branży golenia napalonych, pijanych frajerów zakończyła się dla sporej liczby pań wielkim finansowym rozczarowaniem, przychodzą mi na myśl różne powiedzonka.
O nieczynieniu drugiemu.
O dzbanach z urwanym uchem.
O sprawiedliwości nierychliwej.
O tym, że jak Kuba Bogu, tak i vice versa.
O wilku, co nosił razy kilka.
Nie wiem, czy sponiewierani finansowo i wystrychnięci na głupka byli klienci Cocomo odczują coś w rodzaju satysfakcji na wieść o tym, że pannom przewrotnym też się nie za dobrze wiedzie.
Zabawne, jakie świńskie figle płata los świntuchom.
Satysfakcja, że „ponieśli i wilka” jest wprawdzie uczuciem mało szlachetnym, ale czyż nie słodkim?
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 10/2015