Szczyt wszystkiego

Przyglądam się z zainteresowaniem przedziwnemu spektaklowi, który jest ponoć kampanią wyborczą Magdaleny Ogórek.
Jak wielu innych obywateli, na początku rozdziawiłam gębę w zdumieniu tak szeroko, że do dziś nie mogę jej zamknąć.

Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się to uda, bo powodów do zdumienia jest z każdym dniem więcej i więcej. Podzielę się z wami kilkoma przedwyborczymi refleksjami na tych cierpliwych łamach, bo trudno mi pominąć temat kobiecej aktywności politycznej. Czuję solidarność ze swoją płcią, a jest to odczucie coraz bardziej dokuczliwe i bolesne.

Najpierw pragnę wyznać, że rozumiem, skąd się bierze gniewna reakcja kobiet, w tym feministek, na wizję Ogórek w pałacu prezydenckim. Niektórzy powiadają, że one (my) są zazdrosne, bo brzydsze, grubsze, starsze i nikt ich nie prosi do tańca. Więc stoją pod ścianą z ponurymi gębami, i mamrocząc robaczywe pacierze snują wrogie myśli o kandydatce Ogórek. A następnie, zebrawszy garść jadowitej zawiści, ciskają w Ogórek złośliwym, wrednym felietonem. Tak jak ja to niniejszym czynię. Czynię tak, zamiast się cieszyć i radować, wiwatować i tańcować, że nareszcie moja płeć dotarła na sam szczyt.

A przecież dotarła!
Na szczyt wszystkiego!

Szczytem wszystkiego jest zgoda na bycie wykorzystaną przez męskich szowinistów w charakterze kukiełki na sznurku.
Szczytem wszystkiego jest ostentacyjne prezentowanie i podkreślanie trzeciorzędowych cech płciowych (odęte usteczka, sarnie oczęta, kobiece kształty) tam, gdzie należy objawić rozum, intelekt, dojrzałość emocjonalną i oczytanie.

Komu mogłoby służyć takie wejście kobiety do wielkiej polityki?
Raczej nie kobietom, pardon me.

Podkreślanie stereotypowej „kobiecości” wraz z piskliwymi okrzykami bojowymi i machaniem łapiętami, cofa ruchy kobiece o sto lat.
Pewnie dlatego środowisko feministyczne nie zachwyca się Ogórek.

Ale tu następuje nieoczekiwana zmiana w scenariuszu i cwaniackie plany podstarzałych samców, skrycie uczepionych tyłka Magdaleny, biorą w łeb.
Bo Magdalena poczuła swoją kobiecą moc.
A może to wszystko był jej przebiegły plan, żeby, udając słodką idiotkę, dostać się tam, skąd można… zadzwonić do Putina. I przywołać go do porządku.

Teraz wszyscy wychodzą na głupców.
Całe pokolenia polityków i polityczek, tchórzliwie skrywających się za dyplomacją.
A trzeba było brać telefon i dzwonić!
Do Hitlera, do Stalina, do Pol Pota.
Do samego szefa Piekieł.
Zadzwonić, oczarować, opierniczyć, jeśli trzeba. Przywołać takiego lunatyka do porządku i na świecie zapanowałby pokój.

No?
Czemu nikt wcześniej na to nie wpadł?

Chodzą słuchy, że Leszek Miller jest przerażony.
Słusznie.
Powinien być.

Ciekawa jestem, czy on naprawdę uważał, że może sobie grać pionkiem (pionkinią) i dyktować cały przebieg gry?
Oj, nie odrobił lekcji!
Wstyd!

Tym bardziej, że cała historia z wystawieniem Ogórek, do złudzenia przypomina mi wydarzenia z 2008. Amerykański kandydat na prezydenta, republikanin John McCain zaczął błyskawicznie inwestować politycznie w Sarah Palin. Miała wzmocnić jego pozycję w wyborach.
On też sądził, że Palin będzie kukiełką, a miała mnóstwo kukiełkowych atrybutów: atrakcyjna, wykształcona, wielodzietna, aktorsko uzdolniona.
Idealna kandydatka na wiceprezydenta; Ameryka miała ją pokochać, a wraz z nią tych brzydszych dziadów z Partii Republikańskiej.

Zabawne są podobieństwa, łączące Ogórek i Palin.
Ta ostatnia była wicemiss Alaski, próbowała sił w dziennikarstwie telewizyjnym.

Obok podobieństw są też różnice: Palin, zanim pozwoliła się użyć w kampanii prezydenckiej, była przez kilka lat gubernatorem stanu Alaska. To daje jej sporą przewagę nad Ogórek, prawda?

A jednak zobaczcie, jak to się źle skończyło dla Johna McCaina.
Gdy nagle Sarah Palin zerwała się ze sznurka i zaczęła mówić własnym głosem, Ameryka częściowo trzymała się pod boki ze śmiechu.
Inna część rwała włosy z głowy.
Barak Obama powinien być na wieki wdzięczny Palin za jej aktywność w drużynie przeciwnika.

Leszek Miller nie obejrzał filmu „Game change”, bo gdyby obejrzał, to wiedziałby, jak się kończy podstępne używanie kobiet w polityce.
Niestety, dla samych kobiet też nie za dobrze.

Czekam z ciekawością na dalszy ciąg.
Bo przecież jakiś nastąpi, nie ma takiego szczytu wszystkiego, żeby nie można było wdrapać się wyżej.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 8/2015

2 komentarze

  1. Nie da się bardziej nacisnąć gawiedzi na odcisk (Madlejn Cucumber ma szpilę mocną, więc odcisk się powiększa), niż próbować się z nią jednoczyć i utożsamiać z biednym, zwykłym losem w ubraniach za trzy minimalne krajowe i po niedostępnych dla pospólstwa stażach ministerialnych?

    Miss Madlejn Cucumber wyznacza standardy. Leszek Miller wyznacza swoje standardy. Kot Czarodziej wyznacza standardy. Ty Aniu wyznaczasz swoje.
    Zainspirowałam się ostatnio tym, co tu się pojawiało i ja swój też wyznaczyłam: http://selfoteka.blogspot.com/2015/03/standard-przyjaciel-czy-wrog.html

    Pozdrawiam 😉

  2. Wyznaczać, to ja mogę moim kotom zestaw ćwiczeń na mięśnie ogona, a one mi mogą w odpowiedzi pokazać tymże ogonem zgrabnego faka.

    Nie w tym rzecz, żeby standardy WYZNACZAĆ, ale żeby samemu im sprostać. Moje standardy są odgórnie wyznaczone i dość zrozumiale (chociaż z wyjątkami, które widocznie nie są adresowane do mnie) spisane w dwudziestu siedmiu księgach. Sama bym sobie tak wysoko poprzeczki nie ustawiła, no, ale skoro ona już tam jest… trzeba codziennie próbować, choćby ci akwizytor szczęścia szeptał w ucho sprośne łatwizny.
    To jest trochę jak ze skokiem wzwyż: ćwiczysz, ćwiczysz i pewnego dnia doskoczysz. A innego, gorszego dnia spadniesz na pysk:)))

    Ludzkie standardy? Oj, to się nigdy dobrze nie kończy. ONI zawsze są lepsi:)))

Leave a Reply