Podobno w środowisku telewizyjnym i ogólnomedialnym zawrzało. Jeden z tygodników opublikował anonimową wypowiedź jakiejś damy- znanej dziennikarki, dotyczącej molestowania przez anonimowego dżentelmena-słynnego dziennikarza, w anonimowej stacji telewizyjnej.
Cała rzecz wydarzyła się dawno temu, lecz z anonimowych powodów utrzymywana była w publicznej tajemnicy, zwanej inaczej tajemnicą poliszynela.
Poliszynel to kogut – paskudnik, który chodzi i mamrocze pod nosem, mieszając plotkę z prawdą, fakt z potwarzą.
Tuż po publikacji odezwały się głosy, głównie damskie, z tych sfer medialnych, gdzie wciąż anonimowo molestują.
Okazuje się, że wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Kto jest tym molestantem-perwersem wiedzą pogodynki, wiedzą prezenterki.
Tyle, że nikt nie powie.
Chociaż opowiedziane przez anonimową dziennikarkę wydarzenia są/powinny być ścigane z mocy prawa jako przestępstwo kryminalne, nikt się jakoś nie kwapi do przyjęcia takiej niesympatycznej perspektywy. Poczynając od samej pokrzywdzonej, dla której solidarność z innymi potencjalnymi ofiarami najwyraźniej nie jest wartością.
Sensacyjka?
Owszem, opowiem.
Ale złapanie perwersa za wszarz i zawleczenie przed prokuratora?
A, fe.
Przecież to tylko takie męsko-damskie zabawy w koty marcowe.
Co więc jest celem publikacji, która nie niesie żadnych skutków, poza nakarmieniem Poliszynela?
I niby dlaczego miałoby wrzeć w środowisku, skoro wszyscy dawno o wszystkim wiedzą?
(A skoro wiedzą, to czemu człek ów wciąż jest „słynnym dziennikarzem”, zamiast myć gdzieś anonimowo kible? Żartowałam. Tak tylko pytam.)
Wracając do rzekomego wrzenia w środowisku, żeby za-wrzało, musiałoby choć przez chwilę być nie-wrzące.
A przecież to środowisko jest wiecznie w stanie wrzenia, co poznać można po nieustannym bul-bul-bulgotaniu.
To wrzenie wywołane jest nadprodukcją energii tarła.
Przepraszam, tarcia.
Żył niegdyś pewien psychiatra, który urodził się w Polsce, lecz niestety za wcześnie, bo wyprzedził swoje czasy. Nazywał się Wilhelm Reich.
Ów doktor, znajomy Zygmunta Freuda,w latach trzydziestych ubiegłego stulecia postulował, żeby tę energię tarcia (tarła), wytwarzaną wszak w środowisku ludzkim w nadmiarze, jakoś pozyskiwać, gromadzić i wykorzystywać. Uważał, że ma ona właściwości uzdrawiające i jest kluczową siłą, napędzającą cząstki we wszechświecie.
Nadał jej romantyczną nazwę „orgon” i przypisywał, nie bez dowodów, dobroczynne skutki dla ludzkości.
Uznano go już na wstępie za wariata, a na domiar złego był komunistą, dlatego umarł w latach pięćdziesiątych w amerykańskim więzieniu.
Szkoda.
Ten orgon na pewno dałoby się dziś przetworzyć na elektryczność.
Mielibyśmy tańszy prąd.
Może nawet bezpłatny napęd dla warszawskiego metra.
Ujmę to tak: Siła wzajemnego ocierania się o siebie ludzi wiecznie niezaspokojonych jest potencjalnym źródłem energii, która ocali świat.
Wszystko to z powodu skutków ubocznych ewolucji: homo sapiens jest non-stop pobudzony seksualnie, choć sam gorąco temu zaprzecza.
Jedna płeć (nie gender, tylko hormonalna płeć) jest zaprogramowana na pożądliwe węszenie, a druga, wabiąc i czarując, musi jednocześnie oceniać korzyści i bezpieczeństwo dla samej siebie. Nie wolno mi ani słowem wspomnieć, która płeć jest którą, bo naruszyłabym ideologiczną prawdę o wszechrówności płci.
(Prawda ideologiczna tak się ma do prawdy biologicznej, jak Kamasutra do zbiorowego gwałtu w kolonii goryli. Ciiicho-sza!)
Wróćmy do nieokiełznanej energii orgonu, z którą nie wiadomo, co począć. Dziś reichowskie akumulatory mogłyby się ładować w wielu miejscach, na przykład w stacjach telewizyjnych. Niektóre środowiska po prostu produkują o wiele więcej tej energii, niż inne.
Mogą sobie na to pozwolić, bo nie muszą skupiać uwagi na sprawach istotnych.
Co innego, na przykład, pracownicy mleczarni.
Oni nie mogą się oddawać ustawicznym igraszkom wstępnym, bo im śmietana spadnie z taśmy produkcyjnej na nogi.
Ale w telewizji ustawienie akumulatorów do wychwytywania energii tarła miałoby głęboki sens.
Gromadzi się tam ten orgon pod sufitami, wsiąka w wykładziny, nadyma wszystko, co się daje nadąć, a zwłaszcza ego.
Raz na jakiś czas ciśnienie wzrasta do wartości krytycznej i robi się śmierdzące BUM!
A później z sykiem ulatnia się owa energia, cudem przeistoczona w informację, w „wielki, skandaliczny news”.
I wszyscy udają zaskoczonych.
Udają bez zaangażowania, bo ten skandal to żadna nowość.
A już na pewno nikt nie ma ochoty łamać świętej zasady milczenia, łącznie z ofiarami.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 7/2015