Ludzie, tacy jak my

Najpierw streszczę zdarzenie, cytując fragmenty opisu filmu:
„Posadzili kobietę na wózku inwalidzkim. Na nagraniach z kamer widać, jak jeden z nich pcha wózek, a drugi ciągnie Marię za nogę. Nieprzytomna kobieta spada, zakleszcza się pod wózkiem. Próbują ją wydobyć, potem układają na płachcie i wynoszą z budynku”.

Zagadka dla czytelników:
Czy to jest scena z filmu „Dzień z życia kobiety w Auschwitz”? Właśnie obchodziliśmy siedemdziesiątą rocznicę wyzwolenia nazistowskiego obozu śmierci, więc może to tylko koszmarne wspomnienie czasów pogardy?

Czy ludzie, którzy rzucają Marię na wózek jak worek, i jak worek wloką, częściowo obnażoną, za nogę, to funkcjonariusze obozowi przy pracy? Czy właśnie wykonują zadanie „usunięcia i utylizacji chorego osobnika”?
Przykro mi, nie zgadliście. Tę scenę zarejestrowała kamera w domu pomocy społecznej w dniu 3 stycznia roku 2015.
W Bytomiu.
To nie są obozowe łapsy, tylko ratownicy medyczni, wezwani do chorej, nieprzytomnej kobiety z zaburzeniami oddychania.
Nie wloką jej do gazu, tylko do szpitala.

Dalsze wydarzenia, cytuję za portalem internetowym:

Kilka godzin potem kobieta umiera w szpitalu. Sekcja zwłok wykazała, że u pani Marii doszło do złamania kości biodrowej, dolnego odcinka kręgosłupa i wewnętrznego krwotoku”.

Maria urodziła się dziesięć lat po wyzwoleniu Auschwitz.
Żyła w czasach pokoju i w czasach pokoju umarła, co jest warte odnotowania. Bo przecież podobieństwo zachowań jest czysto przypadkowe, prawda?
Dostało nawet nową, łagodniejszą nazwę: nieudolność ratowników.
Pozwólcie, że parsknę szyderczo!

Wyobraźmy sobie, że Auschwitz jest znowu czynne. Ogłaszają nabór do pracy na stanowisko strażnika. Nie trzeba pisać listu motywacyjnego, wystarczy wykazać się entuzjazmem dla tego rodzaju zajęcia.
Niemożliwe?

Chwileczkę, streśćmy inny filmik:
„Widać na nim, jak prorosyjscy separatyści znęcają się nad wziętymi do niewoli ukraińskimi żołnierzami i jak wyciągają z samochodowego bagażnika ich zwłoki – rzucają nimi, ciągną zmarłych za nogi, układają ich na stosie. Wszędzie widać krew i wewnętrzne narządy zabitych”.

Proszę państwa, ten filmik publikują wszystkie portale (nie, nie klikałam), dzielą się nim ludzie na fejsbukach i innych archipelagach braterskiej miłości. Klikalność tego materiału przyciąga reklamodawców. Ciągną jak muchy nie powiem do czego.

Powiecie, że oglądactwo to jeszcze nie zbrodnia.
Zgoda. To tylko drobna dewiacja.
Idźmy dalej.

Na fejsbukowym profilu u Bogusława Pazia komentarz do wspomnianego filmu brzmi następująco: "Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło! I jak tu nie kochać Ruskich".

Kim jest Bogusław Paź, oprócz tego, że jest beneficjentem świętej wolności słowa?
Na co dzień jest… profesorem Zakładu Filozofii Nowożytnej Uniwersytetu Wrocławskiego.

Z tą wolnością słowa dzieją się zresztą dość zabawne rzeczy (o ile umiecie się bawić ponuro).
Oto wolno już na murach malować swastykę, bo białostocki sąd uznał ją za… niewinny symbol szczęścia.

Tak, wystarczyło siedemdziesiąt lat, jeszcze żyją ludzie z bydlęcym tatuażem na ramieniu!

Ile lat dzieli nas od wolności pisania na murach „Żydzi do gazu”?
Czy pewnego dnia jakiś niezawisły sąd uzna tę frazę za niewinne braterskie pozdrowienie?

Jeśli uważacie, że ogłoszenie o naborze do pracy w obozie pozostałoby bez odzewu, to jesteście słabo zorientowani w ludzkiej (w tym własnej) zdolności do okrucieństwa. Granica między człowieczeństwem a jego natychmiastowym zanikiem w warunkach dalekich od wojny jest krucha i przekracza się ją upiornie łatwo. Przypomnę dwa szokujące eksperymenty, dotyczące zachowań zwyczajnych, normalnych ludzi. Słynny eksperyment więzienny psychologa Philipa Zimbardo, którego wyniki odebrały mowę optymistom. I drugi, równie znamienny eksperyment Stanleya Milgrama o wpływie autorytetu na zachowania.
Zachęcam do poczytania o nich, bo chociaż natychmiast psują dobre samopoczucie, to są fascynującą lekturą.

Powinno się o nich uczyć w szkole i to jak najwcześniej.
Z okazji obchodów wyzwolenia Auschwitz przypomniano nam tę potworną prawdę o banalności zła.
O tym, że ludzie tacy jak ty i ja zrobili to ludziom takim jak ja i ty

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 5/2015

5 komentarzy

  1. Dobry artykuł. Prowokuje do myślenia. Szkoda, że rzeczy w takim stylu nie może mieć gawiedź na portalach srortalach. Powinni to czytać i próbować trybić. Czytać, i ruszać zwojami, napędzać neurony jakims impulsem – jak jest ze mną, jak ja działam, gdy mam agrechę, a w grupie pod ręka jest akurat kozioł ofiarny. Czytać aż coś zrozumieją. Coś z siebie.

    Kontrowersyjnie się odsłonię. Problem zaczyna się myślę już w żłobkach, przedszkolach, szkołach, poprawczakach na równi, choć inaczej ze świetnymi liceami z porządną falą. Dziecko rodzi się. Piękne, nienaruszone, zdrowe, chore, ale rodzi się do świata, w którym musi się borykać. Nie uważam, że miejsce dziecka jest w rodzinie. Nie zawsze. Czasem lepiej mu w domu dziecka. Niestety jest tak, bo oaza rodzinna przypomina ferment, a wskaźnik samobójstw nastolatków i zabawy typu słoneczko pokazują, że nieidealny też bidul, jest lepszy. Czasem pytam się brzydko, zwłaszcza gdy krzywda za krzywdą dzieje się dziecku, gdzie w tym wszystkim Bóg. Choć wiem intuicyjnie, że siła i syf, dominacja, władza, poniewieranie bliźnim, perfidia, donos i niszczenie komuś życia tylko w swoim uznaniu są zwycięskie i mocarne. Że paskudnie łażą, rozgrywają, pomiatają tutaj. Przez chwilę -tutaj- w którym to depta się po innych i lawiruje co najwyżej do setki a potem następne setki setek pozostaje kamienna tablica.

  2. Ja przyznam już szczerze dość mam wyciągania smutnych wniosków. Mam nadzieję, że Hindusi się mylą – nie ma reinkarnacji i nie wrócę tu do tej pięknej krainy patologii

  3. Dżoann, stać Cię na więcej, niż zrzucanie na nieobecnego Boga zachowań przynależnych do świata zwierząt. Fakt, gdyby, zamiast ograniczać się do kopnięcia w zadek Adama i Ewki, zdemontował ich nieudane oprogramowanie, albo choć nadgrał coś uduchowionego… No, ale widać miał inne plany, ambitniejsze. Niełatwo ze zwierzęcia (przypomnę: ohydek szalej) miotanego popędami, sterowanego hormonami i krótkimi wyładowaniami elektrycznymi stać się istotą godną Boskiej iskry. A poza tym, Dżoann to bywa w rodzinie gorzej niż w bidulu, bywa w bidulu gorzej niż w łagrze. Najgorsze, że przyczyn szuka się tam, gdzie są tylko skutki: w kulturze i tradycji. Kultura i tradycja to są skutki biologiczno-chemicznego oprogramowania tej małpy, którą jesteśmy. Tchnięto w nas ducha, o czym staram się pamiętać. Chociaż o wiele wygodniej byłoby zapomnieć….

    PS Ja też zdecydowałam TU nie wracać. Niemiłe miejsce, lepkie, śmierdzące i niebezpieczne. I na dodatek wieje:)

  4. W moich fantazjach adminie: ci co tu mają obóz, potem mają Bliskość Światła. Ci co tu krzywdzą, potem mają wieczny obóz. Jak jest potem? nie wiem. Jedno jest jest pewne na pewno się przekonam 😉

Leave a Reply