Minus trzy: Tutaj, teraz
Mój komputer jest w Chorzelach, pożyczam od Łysego jego urządzenie o zbyt miękkich klawiszach, po których ślizgają mi się palce. Chcę się podzielić z Wami wrażeniami ze Szczecina, a przecież nie będę każdemu z osobna opowiadać, bo przez kilka ostatnich dni natrzaskałam się gębą za wszystkie lata milczące wstecz i na zapas.
Rano poszłam w deszczu do lasu, bo dręczyło mnie pytanie, czy pod moją nieobecność Pan Be nie wyzbierał wszystkich kurek. I zaprawdę, powiadam wam, to pytanie rodziło emocję o wiele silniejszą, niż oczekiwanie na wynik konkursu. A to dlatego, że kurki są realne i zazwyczaj mam je w zasięgu ręki. Odwrotnie, niż nagrody.
W lesie:
Mech był rozgrzebany, kurkowe pole zryte w dzikim szale.
My, grzybiarze z całą pewnością mamy hysia.
Jedni mniejszego, inni większego. Łączy nas wspólna obsesja poszukiwaczy skarbów.
Niektórzy do tego są wandalami: rozpieprzyć wszystko tak starannie, żeby dla innych nie wyrosło.
Na pewno nie zrobił tu tego Sajgonu mój sąsiad, Pan Be. My kochamy las i nie śmiemy go kaleczyć. Musieli wleźć tu jacyś Warszawiacy w pierwszym pokoleniu.
Łażąc po lesie pisałam ten reportaż na dysku miękkim, który noszę pod czaszką. Mamrotałam jak mamrotnica pospolita, aż w chwili jasności uświadomiłam sobie, że mój telefon posiada… dyktafon. Oż-w-mordę, a ja się umartwiam mnemotechniką, żeby nie zapomnieć co zgrabniejszych fraz!
Minus dwa: Tutaj, wcześniej
Moje kotony urosły we wszystkich kierunkach. Wciąż jest ich sześć, a chętnych na kociątka nie znalazłam, chociaż rozpytywałam nawet w Szczecinie.
Mogę już przedstawić je z imienia: Owieczka, Zięciuś, Oczko, Dwie Dziunie i Maciuś, przy czym Owieczka to chłopiec a Maciuś to dziewczynka. Bez urazy, po prostu testujemy na zwierzętach dżenderystykę stosowaną. Jeśli zechcą, zamienią się imionami.
W tym miejscu pragnę podziękować Tajemniczej Epifanii, że nie zawiodła i serdecznie zajęła się moją kocią rodziną przez te kilka dni.
Minus jeden: Tutaj, wczoraj
Przyjechaliśmy przed czasem, jaki ustalił dla nas GPS. Biedny, obłąkany nawigator, który przez całą niemal drogę wrzeszczał: ZAWRÓĆ, JEŚLI TO MOŻLIWE.
Mea culpa, ty nieszczęsne, udręczone urządzenie, bo nie wgrałam ci nowych map. Ostatni raz jechałam krajową siódemką w 2004 roku. To była całkiem inna siódemka, dlatego mój GPS uważał, że jadę po polach i bagnach. Jeśli kogoś razi antropomorfizacja GPS-a, to niech pominie powyższy fragment i uzna go za niebyły.
Niebyły – jak to smutecznie brzmi!
Wysiedliśmy z auta i – nawet nie zerkając w stronę domu – pognaliśmy do stodoły liczyć koty. Nastąpiła scena powitalna, głaskalna, ćmokalna (ja), na przebłaganie za pozostawienie ich na pastwę Epifanii. Która kotki nie tylko głaszcze, ale i całuje!
Doznawszy ulgi, że koty nie zostały przekarmione, przegłaskane i zacałowane na śmierć, rozejrzałam się po obejściu. We wschodniej ścianie nietoperze już szykowały się do łowów; zapadał zmrok.
Szurały i drapały.
Szeptały i chichotały.
Od zachodu, gdzie mieszkają bociany też dochodził dziamgot i plotkowanie, a nawet dziki śmiech.
Posmutniałam po raz pierwszy.
– Szydzą ze mnie – poskarżyłam się Łysemu. – Widocznie nie spełniłam ich oczekiwań.
– Phhh! – odpowiedział mój mąż.
Jeden: Tam, wyjazd
Zakleiliśmy taśmą techniczną co większe dziury w podłodze naszego fiata, a jeden z licznych synów Epifanii sprawdził stan techniczny, poziomy płynów, światła. Westchnął, pokręcił głową, nic nie powiedział.
Dopytałam:
– Mogę jechać?
– Jechać można – mruknął niezobowiązująco. – Jak trzeba…
Minęło kilka lat, odkąd siedziałam za kółkiem, robiąc kilkaset kilometrów bez mrugnięcia okiem. Ostatnio najdłuższe podróże odbywam do Chorzel lub Duczymina.
Dogłębnie poczułam, w całym ciele, a najbardziej w głowie, co oznaczają słowa: Bez goryczy wyrzekać się przymiotów młodości.
Błędnik zaczął mi płatać figle, przed oczami błyskało.
Pomógł mi krótki sen na leśnym parkingu za Lęborkiem.
Dwa: Tam, migrena
Czyż to nie ironia, że przed swoim pierwszym spotkaniem autorskim obudziłam się o pierwszej w nocy, szarpana mdłościami? A więc to jednak nie intensywna jazda i nie moja domniemana starość była przyczyną sensacji ocznych i zawrotów głowy w podróży!
Ból już rozrywał mi czaszkę i wysadzał prawe oko, słyszałam potworny łoskot warkocza na poduszce, nos wypełniał mi smród gnijących jabłek i spleśniałego, stuletniego sera.
Tak, zgadliście.
Migrena w całej swej krasie.
– O kurwa, o nie. – Zazgrzytał Łysy w półśnie, kiedy dotarło do niego, z czym ma do czynienia.
Widywał mnie bowiem wiele razy, obejmującą sedes w miłosnym uścisku, szarpaną suchymi torsjami.
Wcześniej, wieczorem całe piąte piętro hotelu rozbrzmiewało ariami tenorów, którzy przyjechali do Szczecina na turniej. Teraz ja miałam zacząć swoje arie. No racja, że kurwa-o-nie.
Rzygałam jak w turnieju bulimiczek, a w mózgowiu tańczyły mi dziko słowa: wyrzekam się przymiotów, wyrzekam się wymiotów, przyrzekam, wyrzekam, rzygam, rzekam, miotów.
Trzy: Tam, spotkanie
Moje życie składa się z małych cudów, które w przedziwny sposób redukują skutki dużych pechów. Powiem więcej: utylizują skutki ogromnych pechów!
Dlatego, w odróżnieniu od mojego męża, niezbyt chętnie się martwię. I nie nadmiernie głęboko przeżywam stresy.
Także tym razem to on martwił się za nas oboje. Ja w tym czasie spałam i śniłam, że ktoś wyrzuca moje rzeczy z szafy. Kazano mi się wynosić z hotelu. Ale tylko w męczącym, migrenowym śnie.
O dwunastej w południe zwlokłam się z łóżka, wzięłam chłodny prysznic, dwie tabletki (to raczej jako placebo), ubrałam się na oślep i wyruszyliśmy do Salonu ProMedia, aby spotkać się autorsko z ludźmi.
Dopóki nie ruszałam głową, wszystko było w porządku.
Na szczęście ludzie byli przyjaźnie nastawieni, miejsce komfortowe a atmosfera sympatyczna i bez zadęcia. Bo – nie powiem niczego nowego – już wolę migrenę, niż zadęcie.
Znowu musiałam wyrzekać się przymiotów młodości, gdy padło określenie „późny debiut”.
Jest w tym określeniu coś równie umniejszającego wartość, jak we frazie „przedwczesny wytrysk”. Gdy słyszę (lub czytam) te słowa w odniesieniu do siebie, budzi się we mnie jędza. A przecież tyle wysiłku wkładam w to, żeby tę sukę uśpić!
Pomijając wszystkie celne a złośliwe riposty, pragnę zauważyć, że nie jest to późny debiut, skoro zostałam doceniona jeszcze za życia. I nie przysypiałam, mamląc sztuczną szczękę i śliniąc się na spotkaniu autorskim.
Mamlałam?
Nie przysypiałam, ale za to zapłakałam.
Zapłakałam ze wzruszenia, słuchając fragmentu przepięknej, poruszającej prozy Ani Augustyniak, która kochała, kiedy odeszła jej mama. Miałyśmy wspólne spotkanie i nic lepszego nie mogło mi się przytrafić. Poznałam osobę o pięknej duszy i wielkim talencie.
Anna Augustyniak, „Kochałam, kiedy odeszła”.
Płakałam nad tą chwilą, w której wybiera się dla swojej matki strój na ostatnią drogę.
Wspominałam tę piękną suknię mojej matki, włożoną w obce dłonie. Które rozpłatały ją byle jak na plecach, by ubrać zimne ciało kobiety na zawsze żegnanej. To nie było oswajanie śmierci, lecz spojrzenie jej w twarz.
Podpisując egzemplarze Dziuni nie miałam pojęcia, że jeden z nich podsuwa mi Kasia. Poetka, która w ciemnościach błąkała się po resorcie SPA. W tych ciemnościach dostrzegła znacznie więcej, niż niektórzy widzą w pełnym świetle.
Katarzyna Ewa Zdanowicz „Ciemność. Resort SPA”.
Jakie trzeba mieć spostrzegawcze serce, żeby zauważyć, że ciemna materia bólu zawiera w sobie drobne i wątłe, ledwie żywe, lecz tym cenniejsze drobiny nadziei.
Trzy i pół: Tam, miasteczko literackie
Kroiłam tort, ale go nie jadłam. Przyjęłam pozę ascetki.
Po co?
A bo ja wiem?
Później miałam podpisywać książkę, ale nikt się nie pokazał. Pogadałyśmy z Anią i Kasią jak pisarki z pisarkami, czyli wesoło.
Piszemy ponurości, ale śmiejemy się szczerze.
Jesteśmy przecież normalne, czyli oddychamy, gdy jest powietrze.
I wstrzymujemy oddech, kiedy życie sączy toksyny.
Żałuję, że nie miałam okazji poznać bliżej piątej finalistki, Angeliki. Spotkałyśmy się przelotnie dopiero na gali.
Angelika Kuźniak, „Papusza”.
To głośna książka, już doceniona przez krytyków, intrygująca opowieść o niezwykłej poetce. Poczytajcie więcej w sieci, bo warto.
Dwóch panów podeszło, gdy rozmawiałyśmy o różnych formach dyskryminacji. Przypomniało mi się zdarzenie ze spotkania autorskiego i powiadam:
– Ageizm. Zaczynam na sobie odczuwać ten problem.
Na te słowa jeden pan czule objął drugiego i rzucił:
– A my jesteśmy gejami i się bardzo kochamy.
– Proszę pana – odrzekłam. – Ageizm to jest dyskryminacja ze względu na wiek, a nie ruch przeciwko gejom!
Sami widzicie, że było twórczo i słodko.
Cztery: Tam, gala
W Teatrze Współczesnym przywitała nas urzekająca muzyka. Trzy piękne panie smyczkami wyczarowały Skrzypka na dachu.
Panował półmrok.
Gryfia siedziała po mojej lewej stronie. Bardzo cicha, skromna.
Wcześniej, na obiedzie też siedziałyśmy blisko siebie. Ona, jako jedyna zamówiła zupę z dyni i siedziała nad nią smutno, gdy reszta z nas chłeptała smakowity krem z pomidorów. Papka z dyni okazała się średnio jadalna.
Wróżąc z zupy, zaśmiewałyśmy się, że oto już wiemy, kto dostanie nagrodę. Nieco nerwowo, bo pokażcie mi kogoś, kogo nie nęci pięćdziesiąt tysięcy!
Kto we łzach sieje, ten zbiera w radości.
Kto smuci się nad zupą, temu należy się nagroda.
Zwłaszcza, jeśli do tego napisze wyborny reportaż, żyjąc w Bukareszcie, w kurzu i niedostatku.
Małgorzata Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew ”
Czytane na gali fragmenty tej książki uderzająco przypominają moją młodość w konającym PeeReLu. Czyż my, piękni pięćdziesięcioletni, nie pamiętamy, jak czekaliśmy, aż rzucą papier toaletowy, odziani w zwoje sznurka?
Przy okazji muszę wspomnieć, jak miłe wrażenie zrobiła na mnie Dziunia czytana przez aktora Teatru Współczesnego, Konrada Pawickiego. Nareszcie mogłam z dystansu ucieszyć się własnym poczuciem pisarskiego rytmu. Wybaczcie brak skromności.
Wszystkie jesteśmy małymi Gryfiami, ale Małgosia Rejmer została Gryfią Wielką. Już zapowiedziała, że wybierze się w kolejną podróż, tym razem nie przymierając głodem. Z tej nagrody urodzi się więc kolejny reportaż.
Żeby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać.
Konkurs literacki to nie zawody, nie możesz przyspieszyć tuż przed metą, nie kontrolujesz zdarzeń. Dla mnie ta konstatacja była źródłem świętego spokoju.
Oto, co się stało:
Kilka słów, jedno malutkie ukłucie smutku i już po wszystkim.
– Uff. Nareszcie – westchnął Łysy, kiedy po gali poszliśmy najeść się na bankiecie.
Pięć: Myśli w głowie
Po tym jego westchnieniu poznałam, że jednak snuł jakieś nadzieje.
Oczekiwania.
Oczekiwania są źródłem rozczarowań.
Po powrocie do domu miałam własną chwilę słabości, ten ułamek sekundy poświęcony na myślosnuje. Przez te szepczące nietoperze i plotkujące bociany. Że mogłabym to i owo i nareszcie.
I na tym zakończyłam użalanie, szczerze zadowolona z tego, co dostałam.
Zostałam:
Zauważona i doceniona jako pisarka (i to za życia doczesnego!)
Doskonale zadbana przez organizatorów imprezy.
Obdarowana uroczą statuetką z bursztynami zatopionymi w szkle.
Rozpieszczona emocjonalnie przez ludzi z Kuriera Szczecińskiego.
A samo miasto robi ogromne wrażenie. Szczecin jest przepiękny.
Zdecydowanie nie potrzebuję nagrody pocieszenia, chociaż byłoby miło zaznać trochę spokoju.
Z każdym dniem znacząco maleje dystans między tym, czego pragnę, a tym, co dostaję.
Poprzez redukcję pragnień.
A teraz zapraszam do obejrzenia tego, co tu opisałam, z perspektywy Łysego.
Och, gwiazdo nasza wróciłaś!
Fajnie było 🙂
Jeszcze o kilku rzeczach nie wspomniałam, bo i tak dłuuuugi tekst napisałam. Mieszkałam mianowicie w hotelu w centrum, zaś po przeciwnej stronie była cudowna bazylika, piękna msza, organy takie, że aż serce trzepotało. Pomyślałam, że chciałabym kiedyś tam zaśpiewać psalm.
I jeszcze budynki Szczecina – niektóre tak monumentalne, a takie pełne gracji. Pobyć tam tydzień – dopiero można się nacieszyć urokiem tego miasta. Atmosferą przypomina Kraków, miejscami czułam się jak w Liverpoolu.
Trzymałam kciuki, do zdrętwienia, ale może za słabo? Trzymając myślałam sobie, że łatwo nie będzie, znalazłaś się bowiem w naprawdę doborowym towarzystwie.
I jednak nie wystąpiłaś w gumofilcach 🙂 Ale chyba pogoda nie była stosowna (w odróżnieniu od naszej dzisiejszej). Bardzo eleganckie miałaś kreacje (to się teraz chyba „stylizacja” nazywa?), a te trampki najchętniej bym Ci ze stóp zdarła.
Taką mam nadzieję, że jednak jakieś korzyści przyniesie znalezienie się w finale Gryfii, poza pięknym czasem, spędzonym w Szczecinie. Jasne, kto by nie chciał 50 tysi, ale może przynajmniej „Dziunia” dotrze do szerszego kręgu czyli, brzydko mówiąc, przełoży się to na sprzedaż?
„Późny debiut” i „przedwczesny wytrysk” – no, oplułam ekran ze śmiechu!
A bazylika – to Bazylika Archikatedralna św. Jakuba?
Oraz gratuluję, tak naprawdę to tych nagród powinni przyznać więcej, ot co.
I czekam niecierpliwie na kolejną „Dziunię”, że tak cichutko zaznaczę.
Ja jednak westchnę za Krzyśkiem, bo wiesz, że Dziuni kibicuję od dawna i nawet najlepszy reportaż tego nie zmieni.
Kochana Pikfe, dziękuję Ci bardzo w imieniu niejakiej Dziuni z Zadupia.
Kilka bliskich osób wzdycha w temacie kasy, która mogła nas wynieść do poziomu dumnych posiadaczy pralek, lodówek i krzeseł do pisania:))))
Ale ja mam siedem kotów, a koty mają po siedem pcheł!
Do-Do, tak, to św. Jakub, a także ogromny DZWON (piszę capsem bo naprawdę oooogrooomnyyyy).
Cieszę się, że podobały Ci się moje stylizacje, na filcoki było za gorąco. Na spotkaniu byłam we własnych łachmanach, ale ładny wygląd na gali (ooo, znowu nieskromna baba) zawdzięczam Epifanii, która ma genialne oko w second shmata shop. A także jednej z jej licznych synowych, posiadaczki małych ładnych dodatków.
Portki zaś były moje własne, dodam z dumą.
Teraz o ważnych rzeczach – towarzystwo faktycznie było doborowe pod każdym względem, ale – jak wspomniałam – nie było aury snobistycznego samouwielbienia po kątach, nawet na bankiecie ludzi byli przedziwnie… normalni:))
No to idę pisać drugą książkę, bo mi już niewiele brakuje. Inna sprawa, że mi zawsze NIEWIELE brakuje…
Piękne doborowe towarzystwo, polskie Gryfie biją na głowę polskie Orły . Jeszcze raz gratuluje poczucia dystansu i świetnego reportażu.Jestem dumny,że z jedną z Gryffi od czasu do czasu wymieniam "inteligentne i dowcipne" komentarze. Mało tego nabyłem droga kupna "Bukareszt KREW I KURZ " bo chciałbym tam pojechać i zwiedzić to niesamowite miasto, o którym marzę, żaden przewodnik pascala nie da tyle co ta książka.Czekamy na część drugą "Dziuni" Serdeczność zasyłam. ps. a mówiłem, że Szczecin to fajne miasto 😉
Dzięks, Kay. I jest dokładnie, jak napisałeś – Gryfie sa piękne, Szczecin jest urokliwy, wszystko jest jak powinno. Dokładnie tak! Powiem Wam w sekrecie, że może znowu pojadę do tego intrygującego miasta, jesienią. Ale o tym jeszcze cicho sza.
Tak czytałam ten dziunioreportaż od początku i tak, tak byle już dojechać; wiedzieć; z jakimś takim duchem sportowym i żeby zaciśnięte kciuki i napięcie w pośladkach wystarczyły.
Dziunia jest bardzo niemieszcząca się w kategoriach. Multiplural powieść! Bardzo gratuluję 🙂
Tak, Dżoanno, ona taka właśnie jest.
To dobrze.
I nie.
Z jednej strony dobrze, z innej nie bardzo.
Najgorsze są próby szufladkowania, okropnie bolesne, jakby ktoś mnie samą pragnął ociosać, wdeptać, dopchnąć, dopasować, wtłoczyć, oskalpować, obrzezać i inne bezeceństwa. Ale zawsze doświadczam pocieszenia w takich oto wydarzeniach:
Spotkałam dawno niewidzianą Lepiej Rozgarniętą Umysłowo Koleżankę, a ona powiada – Czytam Dziunię po raz kolejny i za każdym razem znajduję w niej coś nowego.
Dla takich chwil pisarz pisze, bo po co innego? Przecież nie dla pieniędzy:)))))
O, to ja mam tak samo, jak Lepiej Rozgarnięta – „Dziunia” leży u mnie przy łóżku/materacu/gawrze (w doborowym towarzystwie) i ja do niej zaglądam, jak chwycę. I za każdym razem coś nowego.
„Dziunia” niedo-pasowana. Tak właśnie jest.
Oraz – no, kto w nią wierzy, jak nie ja? Toż ją w świat słałam, jak tylko potrafiłam, własną socjopatię przezwyciężając 🙂 A swoją drogą pani,która w wydawnictwie w „Dziunię”uwierzyła i dalej popchała, podziękowanie się należy, czyż nie? Bo to jej, bardzo jej zasługa, że „Dziunia” poszła w świat. I myślę, że takich ludzi, którym „Dziunia” coś ważnego powiedziałą, jest dużo. Tak, szkoda, że to się na kasę nie przekłada.
Fakt, gdyby nie Ty i następnie pani Natalia a później Karolina, Dziunia gniłaby zapewne na dysku, a ja zastanawiałabym się, po kiego czorta w ogóle coś piszę. Zawsze myślę o Tobie z wdzięcznością, Do-Do.
Moja siła przebicia jest bowiem wyrażona w liczbach ujemnych. Podobnie jak inne moje kompetencje przystosowawcze. Biedna owieczka, w mordę żesz…
Dla mnie Dziunia w sposób łagodny i dowcipny oswaja cień, śmierć, brutalność. Swój egzemplarz podarowałam i tym samym puściłam Dziunię w obieg sporej grupce osób chorych, samotnych, ale i seniorek 🙂
Dżoanno, to dobrze. Serce mi się raduje, kiedy czytam takie wieści. A propos seniorek, to my z Epifanią mamy koleżanki w wieku między 80 a 90 lat i świetnie się ze sobą bawimy. Dodatkowy bonus jest taki, że one czasem do nas mówią per DZIEWCZYNKI. Serio. To jest bardzo radosna więź.
Co do Dziuni, to śledzę jej dobre uczynki i zbieram różne okruszki, jak skarby. Dowiedziałam się, że przeczytawszy Dziunię, pewna osoba dla której czytanie było „stratą czasu” od pewnego czasu czyta po trzy książki na raz, żeby zdążyć nadrobić braki. Czyta Bułhakowa, Franzena, Kafkę, Viana a nawet… Pynchona ma zamiar czytać.
nie dalej jak wczoraj Dziunię pożyczyłam od znajomych nic o niej nie wiedząc. Znajomych nie było, została tylko babcia między 80 a 90,ale że zna, do domu wpuściła i pozwoliła w książkach grzebać. Dziunię do ręki wzięła i powiedziała: ” To pani weźmie, to mi się dobrze czytało i głupie nie jest”.
Jeden z najpiękniejszych komplementów, jaki do mnie dotarł! Dziękuję, dziękuję!