Biotransfer
Rozpaczliwie rozglądam się dookoła, w poszukiwaniu źródeł optymistycznej narracji.
Jeszcze wczoraj świeciło słońce, trznadle uwijały się pod jabłonką, koty mruczały, leżąc na nagrzanym parapecie.
Ale przyszedł wicher i wszystko zmienił.
Wywiał całe ciepło, smagnął deszczem i potargał smętne badyle na łące.
Po podwórku fruwają kawałki papy i reklamówki, w których dalecy i bliscy sąsiedzi przywożą z miasta swoje zakupy.
I bądź tu wesoła!
Ten felieton MUSI być optymistyczny. Już sama myśl o tym od tygodnia wywołuje we mnie ciarki, tremor, migrenę i bezsenność.
Czuję się jak ponury wielbłąd, sterczący bezradnie u wrót igielnego ucha. Jak ja się, do cholery, przecisnę na stronę optymizmu?
Żeby było jeszcze milej, straszliwy podmuch zrywa linię wysokiego napięcia i zostaję bez prądu.
A komputer, dziwnie się składa, potrzebuje elektryczności, żeby coś na nim napisać. Wzdycham do czasów kartki i długopisu, ale z drugiej strony jak ja bym miała dostarczyć tekst do miasta? Gołębiem pocztowym?
O, i znowu zrzędzę i jojczę.
No, skoro musi być optymistycznie, to za żadne skarby świata nie napiszę o biotransferze byłego polityka PiS, Michała Kamińskiego. Może tylko wspomnę półgębkiem, żeby stało się zadość tradycji, nakazującej felietoniście pisanie brzydkich rzeczy o innych. A może jednak napiszę trochę więcej? Ostatni raz, obiecuję!
No więc tenże Kamiński, znany szerzej już w poprzedniej dekadzie ze swej, hmm… wypowiedzi o homoseksualistach („pedały, a jak mam ich nazywać, przecież to są pedały”) po odejściu z Prawa i Sprawiedliwości i porażce PJN miał się słusznie zapaść pod ziemię i więcej do polityki nie wracać. To była dobra wiadomość dla tych, którzy pamiętają go, wręczającego Augusto Pinochetowi ryngraf z Matką Boską w akcie hołdu dla jego osiągnięć ( ostrożny bilans tychże osiągnięć: 1 do 3 tysięcy zamordowanych, około 30 tysięcy torturowanych i blisko 80 tysięcy internowanych ).
Ale oto wstaje z popiołów ten nasz feniks, czując w sobie – jak twierdzi – patriotyczny, geopolitycznie motywowany zew. Wstępuje do PO i siada od razu po prawicy ojca, czyli na pierwszym miejscu listy wyborczej do Parlamentu Europejskiego.
Lud miast i wsi, a zwłaszcza lud lubelski (bo to lubelskie struktury PO wetknęły Kamińskiego na pierwsze miejsce swoich list) rozdziawia twarze w niechętnym zdumieniu, ale niesłusznie. Dziwić się należy wtedy i tylko wtedy, kiedy dzieje się coś niezwykłego.
Czy gorączkowe lokowanie się najbliżej suto zastawionego stołu (zwanego potocznie korytem) jest czymś niespotykanym?
Choć przyznać muszę, że transfer tego konkretnego polityka do obszaru, cytuję: „umiarkowanej, liberalnej centroprawicy” (ki czort???) należy do najdziwniejszych wydarzeń z kategorii pokazywania wyborcom środkowego palca. Jeszcze przed chwilą narodowiec, homofob i antysemita, dziś beniaminek Donalda Tuska i w ogóle fajny koleś.
Ejże, ejże. Toż to istny cud.
Dlatego nazwałam to zjawisko biotransferem, bo zrozumcie, że aby przeżyć takie nawrócenie, trzeba przemiany głębszej, niż prosta zmiana myślenia. Tu zaszły radykalne zmiany organiczne, że tak powiem. Na poziomie komórkowym, albo nawet kwantowym.
Patrzę i obserwuję, bo ja też staram się o biotransfer, jak wspomniałam na początku tego felietonu.
Nie startuję wprawdzie w odmęty polityki, ale staram się o zmianę wizerunku.
Dostałam bowiem stanowcze zalecenie, żeby zacząć się wiosennie uśmiechać. Niestety, nie dostałam na to żadnej dotacji unijnej, więc cały mój biotransfer do Strefy Radości odbywa się na kredyt.
Technicznie takie przejście to powinna być łatwizna, nawet dla abstynentki.
Już odwiedziłam ortodontę, zamawiając radośnie uśmiechniętą wkładkę nazębną.
Nakładkę zębną.
Tak sama z siebie, spontanicznie, to potrafię tylko zrzędzić, krytykować i szukać dziury w całym (które przecież wcale nie jest całe!).
Ale umieszczenie w pysku uśmiechu trwałego powinno załatwić sprawę.
Bo – do waszej wiadomości i proszę podać dalej – kiedy wyszczerzasz gębę w paroksyzmie radości, organizm zaczyna produkować hormony podnoszące nastrój. Głównie serotoninę. Neurobiologia już dawno wie, jakie biologiczne sprzężenia zwrotne odpowiadają za optymizm.
Ja też wiem.
To nie jest wiedza tajemna, tylko elementarz: kiedy zaczynasz się śmiać, wraca poczucie szczęścia.
Wszyscy myślą, że zależność jest odwrotna – że kiedy poczujesz się szczęśliwy, to będziesz się śmiać.
Błąd.
Zapamiętajcie, gdyby naszła was ochota na wiosenny optymizm.
Słucham?
Dlaczego sama nie korzystam z tych odkryć? Do tej pory podobało mi się być pesymistką i zołzą.
Pesymistyczną zołzą.
Ale – jak powiadam – otrzymałam ostrzeżenie, że takie postawy tolerowane nie będą.
Mogę sobie pisać o czym mi się żywnie podoba, ale, psia mać, op-ty-mi-stycznie.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 11/2014
Biotransfer ten zaprawdę egzaktli jest optymistyczną wieścią. Nie rozumiemy, Aniu Donalda Czanelującego – TU zrobię rebus- TU(usunąć pół Polski i co powstanie?) ska
On daje owemuż człeczynie Wody Żywej. Kamiński jak Samarytanka odtrącony społecznie i wskazywany palcem, gnębiony i etykietkowany przychodzi do premiera (to jego nomen omen – do tego- życiowa premiera) a premier naśladuje Pana Jezusa. Rozmawia z nim, kiedy nikt nie chce go znać.
Jak bum cyk cyk mówie wam.
Pojutrze ma powrócić źródło pozytywnej narracji 🙂
A Kamiński niewart jest poświęcenia mu jednego zdania prostego, o złożonym nie wspominając. Za dużo się dzieje wokół, za szybko, za pięknie, żeby takimi głupotami się nie tylko przejmować, a wręcz zajmować.
Ja rozumiem, w gazecie chcą takich tekstów.
Ale innych nie wezmą? Choćby edukacji pod tytułem, co rozkwita, co śpiewa? Jak wygląda kokorycz, a jak brzmi kos czy kowalik?
Nie wiem, nie wiem, ja się wyciągam z przedwiosennego doła, z dupy ciemnej ogólnej, z braku kasy i sił jednak tym, co wokół się rozśpiewuje i kwitnie, a nie takimi gównami, jakże nieważnymi. I, nawet, kiedy widzę dziurę w całym, to inną.
Tak, wkurzył mnie ten felieton, wkurzyło mnie to, że Ty, obdarzona taką wrażliwością, takim talentem, taką swobodą i celnością słowa marnujesz to wszystko na rzeczy tak nieważne.
Nie, nie musisz pisać optymistycznie.
A w ogóle – to pisz, o czym chcesz, że ja się powkurzam, to moja sprawa, ot, tak tylko mi żal, że na taką miałkość słowa puszczasz.
Ja to powiem, ja nie jestem pciapciółą ani kimś bliskim w sensie genetycznym, a więc jestem z boku z deka obiektywna: Małpko bądźże jaka jesteś!!! BĄDŹ!!!!
A spoko, spoko. Nie mam specjalnie wyboru, Dżo, muszę BYĆ.
A dzięki, Do, dzięki za komplement, tym milszy, że skryty pod pozorem reprymendy:)))
Którą z wielokopostną pokorą przyjmuję!
Tak, Dżoanno, a przypomnij mi, w jakich wyborach startowała rzeczona Samarytanka po przyjęciu propozycji Jezusa?
Nie, to nie była reprymenda, ależ skąd! No, po prostu, tak mnie poniosło, bo ja bardzo wysoko cenię Twój dar pisania. I łaknę Twoich tekstów (bez wymogu optymistycznej narracji) jak kania dżdżu, a tu zostałam wcale nie dżdżem ożywczym napojona 🙁
A pogoda jest jakaś taka dwubiegunowa, z szybką zmianą faz.
Ona? Czy gdzieś startowała? Pewnie coś jak ci co wiążą koniec z końcem w stylu w Wyborach Życiowych.
Ci co władają, posiadają, rozporządzają próbują fatalnie imitować Ewangelie. Są jak dzieci, ale nie o takie bycie jak dzieci chodziło Chrystusowi, wracają jak synowie marnotrawni tylko przemianom na naprawdę dobre i metamorfozom końca nie widać, a także walutą obiegową jest 30 srebrników, a potem zwyczajnie przechodzi się nad nią do porządku dziennego (bez jakiś spektakularnych lin, drzew, za to wciąż praktykuje się pocałunki z niespodzianką na przyszłość)
hmm… (tu się raczej zasępiam i wyglądam kawałka przestrzeni pośmiertnej z dala od owych)