Gdyby ciocia miała druty
Od czasu do czasu, o wiele za rzadko, prasa nagłaśnia koszmarny los zwierząt hodowlanych. Tych bożych stworzeń, które zanim zostaną przez ludzi pożarte, znoszą bydlęcy, świński, czy kurzy los. Prasa dociera tam, gdzie dzieje się coś ponadprzeciętnego: kiedy całe stado krów padnie z głodu, gdy ktoś zadźga psa widłami na środku wsi, albo smród z hodowli drobiu przyciągnie uwagę ku parszywym warunkom kurzej egzystencji.
Codzienność pozostaje zakryta.
Zwierzęta to nasi bracia i siostry. Czujące, inteligentne stworzenia, których nie mamy ochoty rozumieć.
Bo zrozumieć, to współczuć. A współczucie jest nieznośnym mrowieniem, wiodącym do ryzykownych i bolesnych prób naprawy świata.
Zresztą, komu jeszcze się chce naprawiać świat?
Niech ONI to za nas zrobią.
Tylko, że kiedy ONI próbują, to… o tym za chwilę.
Co najmniej dwie grupy uznają braterstwo ludzi i zwierząt za fakt.
Jedna dlatego, że w to wierzy: to obrońcy praw zwierząt.
Druga, ponieważ to wie.
To genetycy.
Ci, którzy wierzą, że zwierzętom należy się nieco miłosierdzia – robią wiele w kierunku poprawy ich losu.
Zaś wiedzący zwykle poprzestają na wiedzy.
ONI, czyli w tym wypadku Bruksela, postanowili pochylić się nad świńskim żywotem i przydać mu nieco przyjemności.
Nie pochwalam wtrącania się Brukseli we wszystkie zakamarki naszego życia.
Drażni mnie i pobudza moją wrodzoną podejrzliwość wydawanie przepisów o spłuczkach sedesowych czy mentolowych papierosach.
Ale to nie znaczy, że nie docenię tego, co docenić powinnam.
Mniejsza o motywacje, one są nie tak szlachetne, jak wydawać by się mogło. Troska unijnych pasibrzuchów o świnie dotyczy jakości mięsa i ograniczenia strat w hodowlach, a nie dobrego samopoczucia trzody chlewnej. Ale to jest bez znaczenia, bo owoc z tego drzewa jest dobry.
Cała zadyma pod hasłem zabawki dla świń ma na celu zapewnienie zwierzakom rozrywki, a zwłaszcza warunków do zabaw zespołowych (tak!).
Żeby się rozrywały kulturalnie, a nie zębami.
Bo świnie, jeżeli nie mają zajęcia, wpadają w stres. Rośnie w nich napięcie, które my nazywamy nudą. A wtedy robią się agresywne, walczą ze sobą, gryzą się i ranią.
Słowem – zupełnie jak ludzie.
Oczywiście są też różnice międzygatunkowe. O ile świniom wystarczy opona na sznurku, kawałek plastikowej rury czy stara piłka, ludzie mają bardziej wyrafinowane potrzeby. Nam potrzeba igrzysk, najlepiej z epizodami śmiertelnymi. Pornografii, wojny, podglądactwa i innych twardych zabawek do gryzienia.
Wielki przemysł, mający za zadanie dostarczać ludzkości bodźców rozrywkowych pracuje pełną parą.
A świnie się nudzą.
Na falę oburzenia nie trzeba było długo czekać, wystarczyło podstawić mikrofon pod nos babie z chlewa.
Baba z chlewa okropnie się oburzyła, że ktoś jej mówi, jak ona ma dbać o swoje świnie. Bo jej świnie świetnie się bawią, nawet tuż przed szlachtowaniem podśpiewują pod ryjem. A skoro jej świnie są szczęśliwe, to nie ma potrzeby wydawać świńskich przepisów.
Myśl to śmiała, ale nieco prostacka. Bo przepisy i sankcje nie powstają dla tych, którzy postępują dobrze, tylko wręcz przeciwnie.
Ale czy ja muszę tłumaczyć tak oczywiste rzeczy?
W kierunku zgoła przeciwnym zmierza nasz minister Kalemba, inżynier rolnik. On uważa, że polscy rolnicy to lud światły i rozumny. W mojej opinii jest to twierdzenie na wyrost. To, że wśród rolników faktycznie można spotkać ludzi oświeconych i wrażliwych, jest jednym z tych niewyjaśnionych zjawisk paranormalnych. Jednak przypisywanie temu ludowi powszechnej odpowiedzialności, uczciwości i mądrości wydaje mi się nadmiernym optymizmem.
Lub – co bardziej prawdopodobne – cyniczną grą wyborczą.
Szkoda, że na tej grze stracą bydlęta. Zniesienie obowiązku (i sankcji) zapewnienia krowom dostępu do wody przynieść może fatalne skutki. Gdyby pan minister czytał prasę, to by wiedział. A tak, to mu się tylko wydaje.
Wydaje mu się, że rolnicy sami najlepiej wiedzą jak dbać o swoje zwierzęta.
Oczywiście, oczywiście. Skoro na wsi bywa pan tylko z okazji opłatka i śledzika, to rozumiem, skąd te wyobrażenia.
Jest jednak spore „ale”: żeby dostać unijną kasę, należy spełnić pewne warunki. Jednym z tych warunków jest zgoda na kontrole.
Nigdzie na świecie nie sieją gotówki na słowo honoru.
Dają – wymagają.
Proste.
Ale nie dla ministra rolnictwa, pochylającego się z troską nad udręczonym kontrolami, polskim rolnikiem.
Panie ministrze, gdyby wszyscy rolnicy byli tacy jak pewien znany mi pan Grzegorz z Pościenia, to żadne przepisy, kontrole czy sankcje nie byłyby potrzebne.
A gdyby wszystkie kucharki były takie jak moja babcia, to zbędny stałby się Sanepid.
A gdyby ciocia miała druty, to byłaby parasolką.
Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 7/2014
MY ludzie (minister Kalemba?) lubimy postawić się na pierwszym miejscu w tym łańcuszku
Ale !
O zwierzętach to my nic nie wiemy chociaż sporo wiemy
W czym żyjemy tez nic nie wiemy chociaż sporo wiemy
Żyjemy w takim pliku teorii które 100 lat temu były śmieszne a za 200 lat będą nie aktualne…pewnie
Żyjemy w pliku – podoba mi się, Kibolu.
Żyjemy w pliku, plik żyje w folderze, wszystko razem w macierzy…
…serwer… matrix… 🙂