Kochana Mamo

Żadne z moich słów Ciebie nie zrani tak jak i nie sprawi cudu – niczego nie zrozumiesz.

Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie wyślę tego listu.

Nawet gdybym to zrobiła uznasz, że pomieszało mi się w głowie. Jak zawsze, kiedy mówiłam coś, co nie podobało się Tobie. Więc – nie warto. Z drugiej strony…

Mam trzydzieści siedem lat i w głębi serca ciągle wierzę, że cud się jednak wydarzy i pokochasz mnie Mamo.

Kiedy próbowałam znaleźć jakieś słowa na początek, wyobraziłam sobie Ciebie: zadbaną, kulturalną panią. Tak pewnie widzą Cię obcy. Jesteś nadal bardzo ładną kobietą, wiesz? Przy Tobie zawsze czułam się jak kopciuszek albo jakiś niezgrabny, nierozgarnięty stwór.

Nawet teraz, przywołując Twój obraz – czuję się byle jaka.

Na swoim urodzinowym przyjęciu opowiadałaś jaka jesteś dumna z efektów wychowania, że ciężka matczyna praca i troska przyniosła rezultaty. Mówiąc to patrzyłaś na mojego brata. Powiedziałaś też, że uwielbiasz swoje wnuki. Mówiąc to patrzyłaś na dzieci Swojego syna.

Mnie nie zaszczyciłaś ani jednym spojrzeniem, chociaż upiekłam te ciasta, ulepiłam pierogi, nagotowałam bigosu i wlokłam to wszystko przez pół Polski – żeby usłyszeć jeden, jedyny malutki komplement.

Dlaczego słuchając zachwytów nad pysznościami nie wspomniałaś słowem, że to moje dzieło? Uśmiechałaś się, kiedy goście wzdychali, jaka z Ciebie wspaniała gospodyni.

Siedziałam w kuchni i po raz setny przysięgałam sobie, że nigdy więcej.

A propos, czy zauważyłaś, że mój mąż i synowie nie odwiedzają Cię od dłuższego czasu? Och, racja, zauważyłaś. Powiedziałaś nawet „czegóż się można spodziewać po ludziach tak tępych i nieobytych?”.

Zatem znowu znalazłaś potwierdzenie dla własnych opinii! Jakaś Ty spostrzegawcza, jaka refleksyjna Mamo.

Ja także stanowię dowód na to, że nigdy się nie mylisz: przecież zawsze wiedziałaś, że jestem „tłumokiem, który odziedziczył komplet genów po ojcu”.

Miałam do niczego w życiu nie dojść – tak się stało według Twojej oceny.

Zamartwiałaś się głośno moją brzydotą i grubymi nogami – nigdy w życiu nie odważyłam się ubrać inaczej niż w szarą garsonkę (mój nierozgarnięty mąż oglądając stare fotografię zobaczył na nich ładną, szczupłą dziewczynkę – może to nie moje zdjęcia?).

Przewidziałaś, że okażę się zbyt tępa na medycynę – nawet nie próbowałam podejść do egzaminów. Wyśmiałaś ojca, kiedy próbował namówić mnie do studiowania, dodać mi pewności siebie. Często wyśmiewałaś swego męża.

Kiedy umarł powiedziałaś, że teraz Twoja kolej. Oświadczyłaś, że boisz się starości, bo wolałabyś skończyć w przytułku, niż oddać się w opiekę takiej córce. Opowiadasz swojej synowej jaka jestem nieczuła i podła. O niej mówisz to samo do mnie.

To wszystko przestaje mieć znaczenie, kiedy zbliża się sobota.

W każdą sobotę oczekujesz telefonu ode mnie. Podnosząc słuchawkę, wykręcając numer, za każdym razem mam nadzieję usłyszeć radość w Twoim głosie.

„No i co tam słychać na prowincji” – pytasz obojętnie a ja zdaję relację ze swoich drobnych sukcesów czekając na słowo aprobaty.

Później Ty mówisz: o podwyżkach i ciężkim losie biednej wdowy zmuszonej utrzymywać dwupiętrową willę i darmozjada Ukrainkę, która Cię okrada. O drożyźnie w sklepach, o tym, że jeśli nie kupisz nowego futerka, zamarzniesz na śmierć. Lubisz powtarzać, że ojciec był „kretynem, który nie pomyślał o zabezpieczeniu rodziny”(czyli Ciebie Mamo).

Zazwyczaj masz gotową historyjkę o absolutnie wspaniałej córce Twojej przyjaciółki, która urządziła się w Londynie a teraz śle swojej matce funty i drogie prezenty. Ostatnio, jak twierdzisz, zafundowała jej pobyt w luksusowym sanatorium. „To się nazywa wdzięczne dziecko” – powtarzasz.

Mamo, ty nie masz żadnej przyjaciółki. Odwiedzała cię pani Celina, ale kiedy jej córka umarła cztery lata temu na raka piersi, uznałaś za stosowne wyjaśnić, że u progu dwudziestego pierwszego wieku tylko naprawdę głupie kobiety przegapiają raka,  pamiętasz? Dziwiłaś się, że nigdy więcej nie przyszła, nie zadzwoniła. Byłaś wręcz oburzona.

Po każdej rozmowie z Tobą staję przed lustrem i zadaję sobie pytanie: „dlaczego ja się na to godzę”.

Kiedyś postanowiłam nie dzwonić. Przysłałaś list, w którym oskarżyłaś mnie o to, że życzę Ci śmierci. Użalałaś się nad sobą, wyliczyłaś dziesiątki chorób, które są skutkiem Twoich poświęceń dla nas, dzieci. Wyznałaś, że zazdrościsz rodzicom, których dzieci poczuwają się do wdzięczności. Na koniec napisałaś, że wykończyłam ojca, a teraz próbuję Ciebie doprowadzić do samobójstwa. Zachowałam ten list. Oprócz oskarżeń jest w nim dużo informacji o czasach, które pamiętam inaczej niż Ty, Mamo. Opisujesz moje szczęśliwe dzieciństwo, swoją troskę i wielką macierzyńską miłość.

Pamiętam co innego.

Pamiętam, jak bijesz mnie po twarzy bo mojemu braciszkowi koszulka wysunęła się z rajstopek.  Miałam wtedy osiem lat. Do moich obowiązków należała opieka nad Jureczkiem. O szóstej czterdzieści pięć odprowadzałam go do żłobka. Zimą było jeszcze całkiem ciemno. Później czekałam, aż woźny otworzy szkołę. Tuż po lekcjach przyprowadzałam Jureczka do domu. Kiedy zjadł podwieczorek sadzałam go obok siebie i odrabiałam lekcje. Już nie pamiętam, gdzie Ty wtedy byłaś, Mamo. Tato mówił, że realizujesz się zawodowo. Był z Ciebie taki dumny. Nazywałaś go „Pan Niezguła”. Jego też nigdy nie było w domu, bo pracował kilkanaście godzin a w soboty i niedziele budował dla Ciebie dom.

Czy pamiętasz, jak przyjechała do nas kuzynka Emka? Była starsza o kilka lat. Miałyśmy razem spać na tapczanie, Ty zgasiłaś światło i zamknęłaś drzwi. Zapytałam szeptem „Emka, czy rosną ci już włosy na pupie?” Okazało się, że Ty wcale nie wyszłaś z pokoju, stałaś w ciemności i wszystko słyszałaś. Wywlokłaś mnie za włosy z tapczanu i krzyczałaś, że jestem „małą zboczoną kurwą”. Później przeprosiłaś kuzynkę za moje zachowanie. Nawet dziś myśląc o tym czuję gorąco i mdłości. To jest wstyd, Mamo. Ja się wstydzę.

Kiedy ojciec brał mnie na kolana, nazywałaś go pedofilem. Nie rozumiałam tego słowa, w każdym razie przestał to robić. Miałam wrażenie, że omija mnie z daleka. Nawet składając mi życzenia całował powietrze koło mojej twarzy. Sądziłam, że mnie nie lubi albo się brzydzi.

Nie pozwalałaś zamykać drzwi mojego pokoju. Nie wolno mi było leżeć w dzień na tapczanie. Dostawałaś szału, kiedy zauważałaś, że siedzę i nic nie robię. Pamiętam, jak szarpałaś mnie za uszy, aż porobiły się rany. Smarowałaś mi te ponadrywane uszy piekącą maścią.

Nauczyłam się sprawiać wrażenie zajętej i zapracowanej, a później naprawdę taka się stałam. Nie umiem siedzieć spokojnie, muszę mieć zajęte ręce. Mało brakowało, a uczyniłabym to samo moim synom. Na szczęście potrafili się zbuntować, zażądać wolności i uwagi dla siebie.

Właśnie,  czy pamiętasz, jak urodziłam Maćka?

Przyjechałaś w odwiedziny, przywiozłaś komplet ścierek kuchennych. Powiedziałaś „ładny chłopak, szkoda, że kuternoga”. 

Kiedy operowano jego małą stópkę, nawet nie zadzwoniłaś.

Mamo, ja często o Tobie myślę. Podejmując najbłahszą decyzję zastanawiam się nad Twoją reakcją. Czuję na plecach Twoje spojrzenie kupując ubrania, gotując obiad, sprzątając. Nie chcę tego, ale wciąż mam wrażenie, że czaisz się w ciemnym pokoju i czekasz na moje potknięcie, błąd.

Zarzucasz mi, że pragnę Twojej śmierci i coraz częściej rzeczywiście o tym myślę. Z tymi myślami czuję się jeszcze gorsza, jeszcze bardziej winna. Tak naprawdę chcę jedynie Twojej akceptacji i uwagi, Mamo. Chociaż przez jedną krótką chwilę. Za to dziecinne pragnienie brzydzę się sobą, lecz nie potrafię, nie mogę uwolnić się od Ciebie.

Kochająca Cię T.

1 Komentarz

  1. Konfrontacja z Matką tak bolesna oczyszcza dogłębnie z poczucia winy. Udało mi się przeprowadzic ją z moją Mamą osobiście i myślę że był to najważniejszy dzień mego życia, choć nadal, nie ukrywam, czuje jej wymagający głos za uchem.

Leave a Reply